Glut w przedszkolu wasza mać.

10 października 2017

chore dziecko w przedszkolu

Ten schemat znamy chyba wszyscy: w poniedziałek puszczamy do przedszkola zdrowe dziecko, we wtorek jeszcze ok, w środę jeszcze jak cię mogę, w czwartek rano jakby trochę zatkany po nocy nosek, w piątek regularny glut i początki kaszlu. W weekend liczymy na cud, który przeważnie nie nadchodzi.

Co poszło nie tak? Gdzie popełniliśmy błąd?! Dziecko zawsze ciepło ubrane, uszy osłonięte, nie przewiało go, nie przemarzł. Otóż, moi kochani, nasze myślenie jest błędne. To nie my popełniliśmy błąd.

Kilka dni temu na moim fanpage’u przetoczyła się dyskusja na temat oddawania chorych dzieci do przedszkoli i żłobków.

W komentarzach pojawiło się wiele słów poparcia dla mojej postawy, ale też masa arcyciekawych aspektów tego dylematu, które skłoniły mnie do trochę szerszego spojrzenia na sprawę.

L-4 a pracodawca

Ciężka sprawa, bo zwolnienia lekarskie, czy to na siebie, czy na dziecko, nigdy nie są w pracy mile widziane. Kiedy bierzemy je na siebie, to jeszcze pół biedy, bo przynajmniej nikogo nie zarazimy. Ale kiedy, nie daj Boże często, bierzemy je na dziecko, od razu stajemy się mniej wartościowym pracownikiem. Nie dość, że nas nie ma, to jeszcze na odległość też nie mamy jak popracować, bo nasz chory maluch jest słabszy tylko w teorii. W rzeczywistości pochłania tyle naszego czasu i energii, co w zdrowej wersji, tylko że z glutem do pasa. A to też nie wszyscy rozumieją.

Sama pracuję na etacie i wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim, kiedy moje dziecko miało półtora roku. Wiem jak jest cholernie ciężko. Ale z dzisiejszej perspektywy wiem też, że dobry pracodawca zrozumie naszą sytuację, a zły nie jest wart tego, żeby poświęcać dla niego zdrowie naszego dziecka.

Hipokryzja rodziców

Ten aspekt boli mnie najbardziej. Wielokrotnie obserwowałam w szatniach, żłobkowej i przedszkolnej, rodziców, którzy udawali, że nic się nie dzieje. Teksty typu „No coś ty, nie wygłupiaj się!” czy „Ojej, zakrztusiłeś się?” wygłaszane do duszącego sie od mokrego kaszlu dziecka, to nie legenda miejska czy opowiadane z ust do ust anegdotki, tylko smutna rzeczywistość. Pod wspomnianym wyżej postem moje czytelniczki w komentarzach dołożyły do tego jeszcze oddawanie dziecka do przedszkola na antybiotyku i leku przeciwgorączkowym, a nawet wręczanie przedszkolnym nauczycielkom leków i uciekanie co sił w nogach. Na usta cisną mi się wszelkie możliwe przekleństwa i jednocześnie olbrzymie współczucie dla traktowanych w ten sposób dzieci.

Jest katar i katar

Żeby była jasność. Nie zostawiam dziecka w domu, kiedy raz lub dwa wytrę mu rano nosa, lub kiedy odkaszlnie po nocy. Nie jestem głupia i ślepa, znam swoje dziecko na tyle, żeby nie robić również z pań w przedszkolu i z pozostałych rodziców idiotów – nazywajmy rzeczy po imieniu. Katar alergiczny nie jest zielony i gęsty. Kaszel alergiczny nie jest mokry i nie pochodzi z głębi płuc lub oskrzeli. Mówimy sobie, że to przedszkole powinno zadbać o przyjmowanie pod swój dach zdrowych dzieci. Ale w czasach, kiedy każdy lekarz wyda zaświadczenie o zdrowiu dziecka bez względu na stan tego zdrowia, przedszkole może tylko rozłożyć ręce. Wśród lekarzy panuje przekonanie, że przeziębienie, nawet silne, jest naturalnym stanem zdrowia dziecka żłobkowo-przedszkolnego. To do nas, rodziców, należy wykazanie się zdrowym rozsądkiem i ocena sytuacji na korzyść naszego brzdąca. To my znamy go na tyle, żeby wiedzieć, kiedy naprawdę warto otoczyć go opieką w domowym zaciszu.

Chore dziecko w przedszkolu

Jest zagrożeniem dla pozostałych dzieci. Mój synek (lat 3 i pół) ma dość wysoką odporność, ale kiedy puściłam go do przedszkola zdrowego po tygodniowej kwarantannie i po trzech dniach zaczął smarkać, doskonale wiedział, które dziecko go zaraziło. A to tylko taki delikatny przykład. Często rodzicom brakuje świadomości, że to, co dla ich dziecka jest niegroźnie wyglądającym przeziębieniem, dla innego dziecka może się skończyć zapaleniem płuc lub oskrzeli i, co gorsza, wizytą w szpitalu. Jedno dziecko przyjmie w domu bez problemu wszystkie leki, a drugie stanowczo ich odmówi, a jedynym rozwiązaniem będzie podawanie mu ich właśnie w placówce służby zdrowia. Choroba dziecka to ogromne koszty, nie tylko finansowe.

Na koniec muszę się wam do czegoś przyznać.

Kiedy moje dziecko chodziło jeszcze do żłobka, a ja już tak bardzo byłam zmęczona jego ciągłymi chorobami i zostawaniem w domu, przez krótki czas miałam takie podejście, że w dupie z tym wszystkim. Że dopóki nie będzie miał temperatury, będzie chodził. A był to czas, kiedy moje dziecko nie umiało jeszcze mówić o swoim samopoczuciu i o swoich potrzebach. Dość niedawno to on sam uświadomił mnie w jakim wtedy byłam błędzie. Obudził się rano, niby bez gorączki, ale z zatkanym nosem, niby nic wielkiego. Powiedział mi „Mamusiu, źle sie czuję, nie chcę dziś iść do przedszkola”  i widziałam po nim, że mówi prawdę. Został w domu cały tydzień i mam wewnętrzne poczucie, że dobrze zrobiłam.

Kiedy słyszę hasło „glut w przedszkolu”, brzmi ono dla mnie jak największa obelga. Taka, że ma się tylko ochotę dodać „…wasza mać!”. Rodzic, który świadomie oddaje chore dziecko do przedszkola nie ma szacunku nie tylko do innych rodziców i do nauczycielek w przedszkolu, ale przede wszystkim nie ma szacunku do własnego dziecka.


Zapraszam do grupy mam, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością!

Podobne wpisy

  • AniaKa

    A mi jednak bliżej do takiego myślenia jak na blogu Makóweczki (post pt. „Z katarem w przedszkolu”)
    W Polsce jest trudno o takie podejście do sprawy, ale czasami warto się zastanowić czy utarte schematy są na pewno słuszne i dobre dla naszego dziecka…

    • mallora

      Cóż, czytam blog Motheratorki od dawna i zazwyczaj jako matka zgadzam się z tokiem rozumowania autorki. Natomiast tym razem raczej staję po stornie Makóweczki i AniaKa. Mój synek uczęszcza do żłobka od 8ego miesiąca życia, teraz ma niespełna 3 latka. W pierwszym sezonie zimowym było ciężko, co tydzień przywlekał do domu jakiś wirus. Widziałam też w jego grupie wiele dzieci z wiszącym całą zimę gilem. Ale przetrwał. Następnej zimy nie opuścił z powodu choroby ani jednego dnia w żłobku. Z dwa razy miał katar, ale cóż, które dziecko w grupie go nie miało?! 🙂 Więc szedł do żlobka, obcował z podobnymi sobie, spacerował po świeżym powietrzu, bo wtedy z katarem lepiej się oddycha i łatwiej spływa to, co ma spłynąć z zatkanych nozdrzy. I nikt nie robił afer. Nie uważam, ze jestem wyrodną matką, kocham swoje dziecko i nigdy świadomie nie naraziłabym go na cierpienie. Myślę, że to zdrowy rozsądek. Myślę też, że obsesyjne roztkliwianie się nad każdym naturalnym etapem życia naszego dziecka staje się w dzisiejszym świecie patologią i obsesją. Nie bądźmy „kwokami”, matkami, które najchętniej pomagałyby naszym dzieciom nawet oddychać.

      • Justyna Pawlak

        Rece opadaja. Swoje dziecko na pewno kochasz. i wyrodna matka nie jestes. Prawda. Ale zyjemy w spoleczenstwie. gdzie normy spoleczne obowiazuja. a wysylanie dziecka z katarem do przedszkola moze i twojemu zle nie zrobi. ale inne od tego moze miec zapalenie oskrzeli, szpital itd. Szanowanie innych dzieci nie jest obsesyjnym roztkliwianiem sie nad dzidziusiem.

  • Brawo, powiedziane w punkt! Świetny wpis!

  • Beata Osińska

    Przedszkole powinno zadbać o nieprzyjmowanie chorych dzieci….. niewykonalne! Przedszkole nie ma żadnych, absolutnie żadnych narzędzi w postaci przepisów, zarządzeń w tym temacie. Więcej! Przedszkole nie ma prawa żądać od rodziców zaświadczeń o stanie zdrowia dziecka. No, chyba, że rodzic chce przysłac do przedszkola dziecko z zagipsowaną ręką, czy obojczykiem, ze szwami na głowie, a chcą przysyłać uwierzcie mi. Wtedy mogę tupnąć noga i zażądać żeby lekarz wydał zaświadczenie, że dziecko może chodzić do przedszkola. Mamy w statutach najróżniejsze zapisy, w tym taki, że „Do przedszkola chodzą tylko zdrowe dzieci”, ale nie da się zapisać i egzekwować : „Do przedszkola przyjmujemy tylko zdrowe dzieci”. No, bo jak? Żadna z nas nie jest lekarzem ani pielęgniarką i nie może oceniać stanu zdrowia. Ja po 30 latach pracy potrafię rozpoznac symptomy choroby /nawet jeśli nie ma gorączki/ ale diagnozować nie potrafię. Rodzice są nieuczciwi i nie zdają sobie sprawy, że bije w nich samych, bo ich chore dzieci sprzedają innym wirusa, a innym razem same od kogoś złapią. Najgorzej jest kiedy nafaszerowane lekami dziecko koło południa pada, dzwonimy do rodziców i godzinami czekamy na ich przyjście. Przy 25 osobowej grupie nie jesteśmy w stanie zapewnić spokoju, ciszy i w ogóle nie mamy jak zająć się chorym dzieckiem. Rodzic przysyłający chore dziecko, bo może jeszcze jeden dzień się uda sam powinien pójść z grypą czy anginą do pracy i zobaczyć jak wszystko go drażni, jak głowa boli, a gorączka pcha do łóżka. Tak samo czuje się wasze dziecko….. Warto o tym pamiętać.

    • Katarina Naima Bana-Lopez

      Co więcej! Zapis w statucie „do przedszkola przyjmujemy tylko dzieci zdrowe” nie może się tam znaleźć, bo stanowi przejaw dyskryminacji. Bo np. dziecko z cukrzycą nie jest zdrowe:-/

  • Aszka

    Przedszkole to nie szpital ani przychodnia, rodzicu – włącz myślenie!

  • Kasia

    Znam tą sytuacje od strony rodzica i nauczyciela. Cała niestety prawd.😐 Poza tylko zielonymi gilami a alergią. Mam 3,5 roczne dziecko z alergią na roztocza i jej objawem jest gęsty ropny zielony katar. Byłam pewna że to nie alergia i z błędu wyprowadziła mnie moja alergolog. Pozdrawiam

    • Ania

      Dokładnie jest to samo u nas. Brzydki zielony katar plus mokry kaszel w sezonie zimowym albo ciągnący się od dwóch do 3 tygodni albo non stop. To też są objawy alergii i początków astmy. Dziecko nie zaraza,nie jest przeziebione. Pomimo że w przedszkolu oceniane jako sedlisko wszelkich chorob

  • Ania W

    Zgadzam sie w 100% z artykulem. Sama jestem mama 16-miesiecznej Hani i dokonale wiem kiedy mala zle sie czuje i lepiej nie prowadzac jej do zlobka. I naprawde szlag trafia kiedy dziecko wraca zdrowe do zlobka po chorobie, tygodniowym pobycie w domu tylko po to zeby za trzy dni znowu wyladowac u lekarza z goraczka. Naprawde nie rozumiem rodzicow, ktorzy posylaja swoje podziebione/chore pociechy do zlobkow/przedszkoli. A jeszcze bardziej nie rozumiem lekarzy wypisujacych zaswiadczenia o zdrowiu chorym dzieciom.

  • Malwina Grzegorczyk

    Dziecko rodzi się nieodporne na patogeny, tę odporność musi nabyć. Przeziębienie w młodym wieku jest normalne, naturalne i potrzebne. Potrzebny jest też ruch na świeżym powietrzu. Roztkliwianie się nad każdym katarkiem + antybiotyki to zła droga.

  • gość

    A rodzice chodzą na zwolnienia kiedy są przeziębieni? Nie. Chodzą do pracy. Dopóki nie ma gorączki to pracują. Nie wyobrażam sobie dziecka z gorączką czy z ewidentnie mokrym kaszlem, nagminnie kichającego i z zielonym katarem na antybiotyku w przedszkolu ale jeśli chodzi o zwykłe lekkie przeziębienie (suchy sporadyczny kaszel, biały lekki katar) to nie widzę w tym nic złego bo dzieci łapią tak odporność do 12 roku życia. Uodparniają się chorując. Ja osobiście musiałabym zrezygnować z pracy żeby zajmować się synem. Jestem jedynym pracownikiem w fili firmy i nie mam zastępstwa. Otwieram i zamykam firmę. Dwa L4 pod rząd na dziecko i jestem zwolniona. Szef dał mi to jasno do zrozumienia kiedy musiałam nagle zamknąć i pojechać po dziecko do żłobka. Ktoś powie to znajdź sobie inną pracę. Fajnie się mówi tylko kto mi zagwarantuję że inny pracodawca nie będzie miał takiego samego podejścia i praca będzie tak dobrze płatna jak ta.

  • Milena Kotynia

    A ja powiem tak.chyba każda z mam powinna wyjechać zagramanice na jakieś pół roku..np UK Holandia..tam właśnie katar w przedszkolu czy antybiotyk podawany przez panią uczycielke to nic nadzwyczajnego. W UK nie ma L4 . A jak dziecko nie ma biegunki lub gorączki to obowiązkowo paracetamol i do szkoły. Każda absencja to 60 funtów od każdego z rodziców za dzień. Norowodek wychodzi że szpitala bez czapeczki i skarpetek. W zimny listopadowy dzień w wózku jedzie dziecko w kurtce ciepłej ale bez skarpetek. Na przeziębienie dostanie paracetamol i olbas. I jakoś żyją