Bez kategorii

Zbuntowana matka – historia prawdziwa

6 stycznia 2016
Untitled design (11)

Nie mówi się o tym głośno, bo kiedy się mówi, nie natrafia się na zrozumienie. Można ewentualnie być wyśmianą. Depresja poporodowa? Do roboty się bierz, a nie o głupotach myślisz! Baby blues? A kto dzisiaj bluesa słucha, włącz sobie jakąś normalną muzykę.

Ciąża nie była dla mnie zaskoczeniem. Poród nie był dla mnie traumą. A mimo to nowa rzeczywistość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Karmienie piersią przychodziło mi z ogromnym trudem. Mój synek, po tym jak nie załapał ssania tuż po porodzie podczas kontaktu skóra do skóry, nie załapał go już do końca. Karmiłam go przez nakładki i przez sondę ze strzykawki, karmiłam go też przy dźwięku suszarki, żeby był spokojny. Nawał pokarmowy był dla mnie koszmarem, tak samo jak dwa zapalenia piersi, które przeszłam.

Płakałam. Pierwsze pół roku po porodzie przepłakałam. Opłakiwałam życie, które już nigdy miało do mnie nie wrócić, wolność, którą w swojej głowie utraciłam, urodę, której w lustrze próżno było szukać. Każdy płacz dziecka wyprowadzał mnie z równowagi, nie umiałam go uspokoić, sama również nie będąc spokojną.

Obowiązki? Jakie obowiązki? Zmuszałam się, żeby rano wstać z łóżka, do 14:00 czasem udawało mi się przebrać w dres i umyć zęby, zjedzenie śniadania było luksusem. Mimo że maluszek spał dużo, nie umiałam się zebrać w sobie, posprzątać domu, zrobić prania, ogarnąć się. Ratowali mnie mama i mąż. Mama – mobilizacją do wychodzenia na spacery, mąż – wielogodzinnymi rozmowami.

Bezdzietne koleżanki kręcili głową z niedowierzaniem. Dzieciate niczemu się nie dziwili. Szkoda, że żadna wcześniej mnie nie przygotowała, nie uprzedziła. Bo że sam poród będzie bolał – to wiedziałam. Ale że każdy kolejny dzień po nim przez następne pół roku będzie bolał jeszcze bardziej – nikt o tym nie mówił na głos.

Proces akceptacji i przemiany trwał długo. Pierwsze pół roku – wycinam z życiorysu, chcę o tym zapomnieć. Musiałam się nauczyć nowej siebie, musiałam poznać i pokochać moje dziecko. Mimo że od początku kochałam je bezwarunkowo, dopiero po jakimś czasie nauczyłam się miłości radosnej, beztroskiej. Drugie pół roku – powoli zaczynałam się cieszyć naszymi wspólnymi chwilami, odczuwać radość z prostych rzeczy, prostych gestów.

Dzisiaj mój synek ma półtora roku i wszystko to jest dla mnie wspomnieniem, coraz bledszym, ale wciąż wyraźnym. Czasem tęsknię za chwilami, kiedy był malusieńkim noworodkiem, ale wtedy patrzę na mojego dużego chłopca, już nie niemowlaka, tylko fajnego, komunikatywnego dzieciuszka, i cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem. Że jestem z nim, a on ze mną.

Wciąż zdarza mi się płakać. Ale coraz częściej są to lży szczęścia. I tylko czasem jeszcze płaczę z żalu nad samą sobą, tą uciemiężoną i zestresowaną matką, którą byłam jeszcze rok temu, płaczę z żalu nad tym, co straciłam, a co mogłam mieć, gdybym wtedy była spokojniejsza, bardziej pogodzona ze swoim życiem i swoim dzieckiem. Ale ten gniew minął, ten bunt ustąpił. I mówię sobie, że tak jak z najbardziej zbuntowanych nastolatków wyrastają potem najfajniejsi dorośli, tak z najbardziej zbuntowanych matek wyrastają te, których macierzyństwo jest dojrzałe, przemyślane i świadome. I, co najważniejsze, dzisiaj bez zająknięcia mogę powiedzieć jestem szczęśliwa!

Podobne wpisy

  • Iza

    Jeśli urażę autorkę tego postu lub kogokolwiek to przepraszam z góry, ale muszę to napisać. Jestem mamą 3-latka. Pierwszy rok po porodzie nie było łatwo, było nawet bardzo ciężko…ale nigdy o tym nie mówie. I nie dlatego ze nie chcę się przyznać ze nie jestem idealna, tylko dlatego że takie jest życie. Wychodzę z założenia że trzeba je brać takie jakie jest. Też miałam baby blusa, ale to przeszło. Tak jak przeszły kolki, ząbkowanie czy pierwsza choroba. Zawsze sobie powtarzałam: to wszystko kiedys minie, a ja będę sie z tego śmiać. I taka jest prawda. Piszesz ze nie miałaś siły wstać z łóżka, wstawić prania itd. a pomyśl sobie co czuje matka ktora rodzi chore dziecko, które przez całe życie będzie rośłiną, albo będzie niepełnosprawne umysłowo…ona ma prawo powiedzieć że nie chce jej sie wstać z łóżka czy ugować obiadu, albo że jej życie nie ma sensu, albo ze straciła swoją niezależność, ale nie Ty, bo urodziłaś zdrowe dziecko, które bardzo szybko urośnie. Przerazają mnie te wszystkie blogi o macierzyństwie, na których kobiety pisza jak to ich zycie sie zmienia, jak traca niezależność itd. To prawda, tak już jest… ale bez przesady, nie popadajmy w paranoje:-)

    • Eliza Puda

      Iza, przepraszam ale chyba nie wiesz o czym piszesz. Trud życia, wychowania to nie to samo co depresja. Zmieniona chemia mózgu która uniemożliwia Ci odczuwanie radości, siły, nadziei i. Kiedy wstanie z łóżka jest zmartwychwstaniem.
      Bardzo dobrze, że się o tym mówi. To nie wstyd, tak nie musi być.

  • Naki

    Czytając to.. popłakałam się. Sama nie wiem dokładnie z jakiego powodu.. ulgi? Ulgi, że nie jestem jedyna, że nie jestem złą mamą. Ciężko było mi zaakceptować nową rzeczywistość, bycie mamą. Byłam na siebie zła, że nie kocham go bezgranicznie, że nie patrze na niego jak na cud świata, że jak tylko zaczynał płakac.. płakałam razem z nim. Byłam zła na siebie i obwiniałam o wszystko. Każdy dzień był ogromnym bólem.. z czasem zrozumiałam, że instynkt macierzyński przychodzi z czasem, że trzeba nauczyć się kochać swoje dziecko. Mój synek ma 15 miesięcy. Mogę ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że kocham go całym sercem i cieszę się z każdej chwili spędzonej z nim. Jednak pierwsze miesiące/rok.. było koszmarem. Koszmarem na który nikt mnie nie przygotował, nie uprzedził. Do tej właśnie chwili myślałam, że jestem jedyną która nie umiała poradzić sobie z byciem mamą, nie poradziłam sobie z karmieniem piersią, do tej pory się obwiniam. Jednak Twoja historia trochę uspokoiła moje sumienie i wyrzuty do samej siebie.

  • Tusia

    Szczera prawda, czytałam jakbym ja sama to napisała