7 rzeczy, którymi niepotrzebnie przejmują się młode matki

29 czerwca 2016

DSCN6115

Mówi się, że w ciąży kobieta zaczyna się martwić o dziecko i nie przestaje tego robić już do końca życia, przy czym te zmartwienia wraz z czasem ewoluują i się zmieniają. Jednak prawda jest taka, że to my, młode matki, a szczególnie matki, które rodzą swoje pierwsze dziecko, celujemy w największej ilości najczęściej mimo wszystko bezsensownych zmartwień. Każda z nas dałaby zapewne wiele, żeby ich uniknąć, jednak mam wrażenie, że co byśmy nie robiły, one i tak nas dopadną. Co tu kryć, dopadły i mnie, więc staram się być dzisiaj mądrzejsza. Ale to, że jestem ich świadoma, wcale nie oznacza, że udaje mi się ich uniknąć.

Karmienie

Piersią czy butelką? Słoiki czy ekologia? Zabawiać czy dać zgłodnieć? BLW czy totalna kontrola rodzica? Bez przerwy martwimy się o to, jak mają jeść nasze dzieci, kłócimy się o to z innymi, nie przyjmujemy żadnych rad, bo same chcemy być najmądrzejsze. Tymczasem okazuje się, że nasze maluchy nic sobie z tego nie robią, jedzą w taki sposób i takie jedzenie, na które naprawdę mają ochotę, i bez względu na to, czy jedzą bardzo dużo, czy bardzo mało, jakimś cudem zwykle udaje im się przetrwać dzieciństwo i stać się pochłaniającymi wszystko i wszędzie nastolatkami. A wtedy, kiedy lodówka opróżnia nam się w kilka chwil poza naszą kontrolą, z chęcią wróciłybyśmy do błogiego okresu niejadka. Niedoczekanie!

Bajki

W telewizji, na youtube’ie, w telefonie, na tablecie. Martwimy się, czy puszczanie dziecku bajek nie ograniczy jego inteligencji, nie zawęzi zainteresowań, nie zrobi z niego wpatrzonego w ekran półgłówka. Powiem tak: od kilkunastu minut bajki dziennie jeszcze nikomu nie stała się krzywda. Z tego, co obserwuję po moim dwulatku, z równym zaangażowaniem i przyjemnością ogląda on bajki, słucha, jak mu czytam do snu, sam wyciąga książeczki i sięga po analogowe zabawki typu samochody, hulajnoga czy piasek kinetyczny, który absolutnie uwielbia. A już największą atrakcją jest wyjście na plac zabaw, huśtawka i wspinaczki. A więc naprawdę, nie ma się czym martwić. Bajki to tylko kolejny, miły element dzieciństwa i tak proponuję je traktować.

Praca

W momencie, kiedy w życiu młodej matki pojawia się mały człowiek, razem z nim pojawiają się wątpliwości co do pracy. Mamy, które pracowały, zastanawiają się, czy wracając do pracy nie wyrządzą swojemu dziecku krzywdy. Bo pojawi się tęsknota, bo dziecko źle to zniesie, bo nic mu nie zastąpi mamy. No pewnie, że nie zastąpi. To może zostać w domu? A jeśli zostać, to na ile lat? I co zrobić, kiedy nagle dziecko urośnie, nie będzie już w ciągu dnia kim się zajmować w domu, a w CV pojawi się pokaźna luka? A nie daj Boże zdarzenia losowe sprawią, że zabraknie utrzymującego dom męża i taty. Tak źle, i tak niedobrze. Najlepiej zrobić to, co się uważa za stosowne i pogodzić się z konsekwencjami. Tu żadna ścieżka nie będzie łatwa.

Brak rozrywek intelektualnych

Twoje dziecko ma rok i nie dopasowuje jeszcze kształtów? Ma dwa lata i nie układa jeszcze puzzli? Nie masz czasu codziennie mu czytać, albo, o zgrozo, nie lubi tego? Otoczenie i media nieustająco atakują nas naciskami na to, aby maksymalnie stymulować umysł dziecka, podsuwać mu inteligentne zabawki, stawiać przed nim wyzwania i przede wszystkim poświęcać mu maksimum swojego czasu (czyt. wisieć nad nim) koncentrując się tylko na wysublimowanych zabawach. Wiecie co? Mam to gdzieś. Uwielbiam, kiedy moje dziecko bawi się samochodami, przez godzinę wchodzi do kartonu i wychodzi z niego, chodzi po domu z mopem albo obija się o ściany na jeździku. Uwielbia to. Mam mu tego zabronić na rzecz wydumanych korepetycji? Na to jeszcze będzie czas. Na razie wolę, żeby dziecko było dzieckiem.

Nieobecność przy ważnych wydarzeniach

To jest spore zmartwienie. Każda matka marzy o tym, żeby zobaczyć pierwszy krok swojego dziecka, usłyszeć jego pierwsze, a potem każde kolejne nowe słowo, widzieć każdą jego nową umiejętność, a potem zawsze być obecną na jego wszystkich przedstawieniach w żłobku, przedszkolu i szkole. Nie da się. Straciłam pierwszy dzień matki w żłobku, bo moje dziecko było chore. Straciłam masę jego pierwszych razów, bo pracowałam. Wiem, że wspaniale byłoby być przy tym obecną, ale wiem też, że jeszcze nieraz będzie mi dane doświadczyć pięknych chwil. Bo to nie pojedyncze zdarzenia się liczą, lecz sumaryczne wspomnienia, które razem tworzymy. Więc nie warto dokładać sobie do nich zbędnych zmartwień.

Podnoszenie głosu

Niech rzuci kamieniem ta, która nigdy nie straciła cierpliwości i nie podniosła głosu na swoje dziecko. Wszystkie jesteśmy tylko ludźmi, ale martwi nas to i żałujemy tych chwil tuż po tym, jak się wydarzają. Musimy umieć sobie wybaczyć, bo będą one miały miejsce jeszcze nieraz i wyrzuty sumienia nie dadzą nam żyć. Pewnie, że nie powinno tak być. Dziecko nie rozumie naszych nerwów i nie zasługuje na nie. Ale żadna z nas nie jest doskonała, mamy swoje słabości. Walczmy z nimi, ale nie pozwólmy im, aby zatruły nam życie. Nie warto.

Oddawanie dziecka pod opiekę

Marzymy o wolnej chwili. O zwykłym spacerze w samotności, wyjściu do kosmetyczki, kawie z przyjaciółką, kinie z mężem, powrocie do pracy. Każda z nas chce mieć trochę czasu dla siebie i to nie jest egoizm, to nam się zwyczajnie należy. Ale żeby mogło się to udać, musimy się przestać martwić, że zostawiamy dziecko pod opieką jego tacie, babci, opiekunce, żłobkowi czy przedszkolu. Pewnie, że czasem pojawi się płacz i tęsknota, ale im szybciej nauczymy się chociaż trochę myśleć tylko o sobie i swoich potrzebach, i przekonamy się, że maluszkowi też dobrze robi, kiedy czasem chwilę pobędzie bez nas, tym zdrowsza będzie nasza relacja. Z nim i z nami samymi.

A jakie wy dołożycie do tego zmartwienia, których najchętniej byście się pozbyły? Wyrzućcie je z siebie, wszystkim będzie nam lepiej!

Podobne wpisy

  • MyMami

    Ja dodałabym jeszcze spanie razem, czy osobno:) A tak, to wszystko w punkt!

  • Bardzo mądry i piękny tekst! Zgadzam się z każdym słowem!

  • Wszystko to prawda!

  • Wszystko się zgadza, co do joty! chociaż oczywiście wszystko widzi się lepiej z perspektywy czasu – nawet rok po fakcie już robi różnicę (przynajmniej u mnie). Ja z tego pierwszego okresu pamiętam takie sytuacje, kiedy przedłużające się dolegliwości mojego dziecka sprawiały, że przestawałam logicznie myśleć. Taka sytuacja: po dniu pełnym wrażeń mały budzi się w nocy z płaczem i za chiny nie udaje się go spacyfikować. I tak płacze (drze się) kolejną godzinę… I ja mimo świadomości, że to nadmiar bodźców spowodował problem, to już po 3-ciej godzinie płaczu zaczynam świrować: może to brzuch, może zęby, uszy, może coś z psychiką, może autyzm (?!?). I tak właśnie… dziś jak sobie pomyślę, to gdyby nie mąż który sprowadzał mnie na ziemię w moich dziwnych domysłach, to chyba bym skończyła na oddziale zamkniętym 😉

  • Mnie martwiły różne bzdurki, np. fioletowa plama na dziąsełku, pryszczyk na nosie, pierwszy pieprzyk na główce, a poważne sprawy jakoś tak zawsze ze stoickim spokojem przyjmowałam. Byłam tak opanowana i skupiona na działaniu w chwilach kryzysu, że…to aż zwróciło uwagę. Zdarzyła się niefajna sytuacja, że mały musiał zostać odwieziony do szpitala przez pogotowie. Ja w zupełnej ciszy słuchałam co mówi mi ratowniczka, jednocześnie błyskawicznie pakując małego i siebie do szpitala, odpowiadałam tak spokojnie, że oni mieli coraz większe oczy ze zdziwienia. W połowie drogi usłyszałam, jak pani ratowniczka szepnęła do kolegi, że ona chciałaby żeby wszystkie mamy były takie ciche i skupione, gdy przyjeżdżają do dziecka. Dla mnie to było naturalne, żeby im nie przeszkadzać i NIE STRASZYĆ dziecka swoją histerią i lamentami. Byłam przerażona, rozsypywałam się, ale wewnątrz siebie. Dziecko musi widzieć silną, odważną mamę, bo inaczej też zacznie się bać i płakać.