Rozpieszczanie pod kontrolą – jak oszczędzać, żeby nie ucierpiało na tym dziecko?

jak oszczędzać przy dziecku

Oszczędzanie w przypadku posiadania dziecka bardzo często rodzi u rodziców poczucie winy. Czy rzeczywiście rezygnacja z zakupu kolejnej zabawki jest jednoznaczna z cierpieniem malucha? Zdecydowanie nie! O wiele większą krzywdę można mu wyrządzić przesadnym rozpieszczaniem. Pytanie tylko – jak znaleźć złoty środek?

Od czego i jak zacząć rodzinne oszczędzanie?

Oszczędzanie to niewątpliwie słaba strona Polaków. Jak pokazują statystyki, oszczędzamy stosunkowo niewiele i bardzo nieregularnie. A wiedza o tym, jak z domowego budżetu wygospodarować pieniądze na dowolny cel potrafi czasem ułatwić życie i uniknąć niepotrzebnych stresów.

Od czego więc zacząć oszczędzanie? Odpowiedź nie jest prosta, bo jak wiadomo sukces zawsze stanowi wypadkową wielu różnych czynników.

Niewątpliwie konieczne jest uświadomienie sobie samej potrzeby oszczędzania. Odraczanie konsumpcji to doskonały sposób na zabezpieczenie się na wypadek nagłej utraty zatrudnienia, choroby czy innego wydarzenia, które zmusi nas do rezygnacji z pracy zarobkowej. Tzw. poduszka bezpieczeństwa, a więc środki pozwalające na przeżycie kilku miesięcy bez uzyskiwania dochodów, gwarantuje utrzymanie płynności finansowej, daje poczucie bezpieczeństwa oraz korzystnie wpływa na poziom pewności siebie. Co więcej, dysponując takim zabezpieczeniem znacznie łatwiej podjąć decyzję o zmianie pracy czy uruchomieniu własnej działalności gospodarczej.

Oszczędzanie to również doskonały sposób na realizację marzeń, wymagających zaangażowania większych środków, budowanie kapitału na spokojne życie po emeryturze czy sfinansowanie edukacji dzieci.

A kiedy już uświadomimy sobie, że oszczędzanie jest koniecznością, warto zatroszczyć się o właściwe planowanie. Pierwszym krokiem powinno być gruntowne przeanalizowanie domowego budżetu – zarówno strony przychodowej, jak i kosztowej. Mając świadomość tego, jak duże są nasze dochody, stałe wydatki i jak kształtują się poszczególne grupy kosztów zmiennych (np. żywność, rozrywka, odzież itd.), nieporównywalnie prościej będzie nam planować i identyfikować obszary, które można optymalizować. By sukcesem zakończyć misję pt. „rodzinne oszczędzanie” warto wyznaczyć sobie konkretny cel i działać zgodnie z opracowanym planem. Systematyczność w połączeniu z determinacją to dwa podstawowe czynniki sukcesu.

Jak rozpieszczać dziecko z głową?

Pojawienie się dziecka na świecie to niewątpliwie ogromna radość, ale również spore wydatki. Część jest uzasadniona, jednak wielu rodziców ma tendencję do rozpieszczania swoich pociech. Bo przecież każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej – próbuje przychylić mu nieba i zapewnić wszystko, co najlepsze. Niestety, takie działanie często prowadzi do przekroczenia cienkiej granicy pomiędzy rozsądnym kupowaniem a przesadnym rozpieszczaniem.

Jak tego uniknąć? Sposobów jest kilka. Warto przede wszystkim otwarcie rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach. Im szybciej dziecko pozna wartość pieniądza oraz różnicę między „chcę” a „potrzebuję”, tym lepiej. Konieczna jest otwartość w kwestiach finansowych oraz dawanie dziecku dobrego przykładu.

Każdy maluch musi wiedzieć, że pieniądze stanowią pochodną pracy, obowiązki domowe są czymś naturalnym, a dawanie daje znacznie większą przyjemność niż branie. Krzewienie takich wartości w młodym człowieku powoli na wychowanie malucha, który nie będzie egoistą czy leniwym egocentrykiem, ale szczęśliwym człowiekiem gotowym do bezinteresownej pomocy. Co więcej, łatwiej będzie mu racjonalnie gospodarować posiadanymi środkami.

Innym powodem rozpieszczania dzieci jest brak asertywności rodziców. Maluch musi wiedzieć, że w życiu nie zawsze dostaje się to, co chce. Im wcześniej zostanie mu to uświadomione, tym łatwiej będzie uniknąć dramatycznych scen rozpaczy w sklepie zabawkowym czy ze słodyczami. Ułatwi mu to też wejście w dorosłość i odnalezienie się w realnym życiu. Odmawianiu zakupu kolejnej zabawki czy gry absolutnie nie powinno towarzyszyć poczucie winy – raczej poczucie przekazywania maluchowi ważnych wartości.

Bardzo istotne jest ponadto wspólne spędzanie czasu z dzieckiem i uczestniczenie w jego rozwoju. Z jednej strony okazujemy mu w ten sposób miłość i stajemy się jego mentorem, zaś z drugiej unikamy rozpaczliwych prób zwrócenia na siebie uwagi rodziców. To właśnie nadmierna koncentracja na pracy i rzeczach materialnych bardzo często stanowi powód niewłaściwego zachowania naszego dziecka. A zagłuszanie własnego poczucia winy i tęsknoty drogimi prezentami to najgorsza strategia. W dodatku o bardzo krótkim okresie działania…

Najczęstsze błędy popełniane przy oszczędzaniu w rodzinie

Gdzie zatem szukać realnych oszczędności, by jednocześnie nie mieć poczucia, że nasz maluch coś w ten sposób traci? Nim przyjrzymy się bliżej wydatkom o charakterze zmiennym, warto sprawdzić w pierwszej kolejności koszty stałe. Zwykle dają one stosunkowo duże pole do manewru. O czym mowa? O rachunkach za media, telefon, Internet, telewizję itd. Konkurencja na rynku jest dziś ogromna, dlatego też zmiana dostawcy może okazać się bardzo korzystna. Nawet stosunkowo niewielkie oszczędności w skali miesiąca, mogą w ujęciu rocznym złożyć się na pokaźną sumę.

Kolejny istotny obszar stanowią wszelkiego rodzaju produkty finansowe. By przejść do fazy oszczędzania, konieczne jest uprzednie uporanie się ze wszelkimi zobowiązaniami. Rzeczywiste oprocentowanie kredytów czy pożyczek jest przynajmniej kilkukrotnie większe aniżeli oprocentowanie netto najkorzystniejszych lokat. Warto zatem w pierwszej kolejności pozbyć się wszelkich zobowiązań (począwszy od najbardziej kosztownego), a dopiero później zacząć myśleć o oszczędzaniu. Spore spustoszenie w portfelu mogą stanowić także kosztowne rachunki bankowe oraz wydane do nich karty. Zmiana banku może nie tylko wyeliminować niepotrzebne koszty, ale również pozwolić na wypracowanie niewielkiego bonusu. Promocji bankowych jest dziś naprawdę wiele, więc i im warto się przyjrzeć.

A z jakich wydatków związanych z dzieckiem zrezygnować? Zamiast kupować maluchowi kolejną zabawkę, grę komputerową czy elektroniczny gadżet, warto zarazić go jakąś pasją, od najmłodszych lat skłaniać do aktywności fizycznej i wspólnie spędzać czas, oddając się kreatywnym rozrywkom, które nie pociągają za sobą żadnych wydatków. Wspólne gotowanie, naprawa domowych sprzętów, praca w przydomowym ogrodzie czy rodzinne wyjście na basen lub do parku bardzo często gwarantuje większą frajdę aniżeli nowa gra czy zabawka.

Autorem wpisu gościnnego jest Jakub Górecki, ekonomista z pasji i wykształcenia. Na co dzień redaktor bloga o oszczędzaniu MySaver.




Te bajki to ZŁO!

czy bajki dla dzieci są szkodliwe

Czy oglądanie bajek jest szkodliwe? To pytanie zadaje sobie większość współczesnych rodziców. Ważą przeciwstawne argumenty, czytają badania i opinie naukowców, zdają się na zdrowy rozsądek, własną intuicję, walczą z wyrzutami sumienia. Chcecie poznać prawdę o oglądaniu bajek? Ja też! Ale nie czujcie się do końca oszukani. Bo bajki to zło, przez duże „O” i oglądanie ich całkowicie masakruje mózgownicę. Tyle że naszą, rodzicielską!

Oglądacie czasem bajki z pociechami? Ja tak. Nie wiem w sumie po co. Niby „kontroluję treści, które przyswaja moje dziecko”, ale na litość Odyna, jak mam zdecydować, czy OK jest pokazywanie, że w podwodnym świecie małe rybki grzeją się przy kominku? Dziecko uhahane, a ja w najgłębszych czeluściach swego jestestwa rozważam, czy przeczenie prawom fizyki jest lepsze czy gorsze od pokazywania mordobicia. Może lepiej przełączyć na jakiś Boxing Night, to się może nauczy gardę trzymać, a nie że przyłapię go kiedyś z zapałkami w akwarium. Z drugiej strony matka mego potomka uważa pokazywanie sportów walki dwulatkowi za niewłaściwe, wiec aby nie testować szczelności własnej gardy, przełączamy dla pewności na całkowite przeciwieństwo przemocy.

Dobra, nocny ogród tak wygląda?

Potrzebujemy sukcesu, wiec wybieramy sobie to, co najlepsze: „Najdroższa produkcja BBC dla dzieci” – super! „Najlepszy program aktorski dla dzieci w wieku przedszkolnym” – oh yeah, to jest to! Włączam, patrzę… i nie wiem co jest. Znaczy wiem: teletubisie zmutowały w jakieś pokręcone istoty. Nawet przybrały jakieś demoniczne imiona:  Igipiegiel – władca wschodnich rubieży piekła, czy Jej Czarcia Wysokość Makka Pakka. Jedyne co się zgadza to soczyście zielona trawa, która teraz porosła solidnym lasem, znak upływu czasu. Choć oglądając ma się wrażenie, że czas chyba przestał płynąć. Piłka odbiła się od drzewa, od trawy, od pagórka, ponownie od drzewa… trudno w to uwierzyć, odbiła się drugi raz pod rząd od drzewa… i spadła Jej Czarciej Wysokości pod nogi. Co teraz ta blada diablica z tym zrobi? Co zrobi? Wprawi ów kulistą bombę suspensu w ruch? Nie ma litości, wprawiła… O matko najmilejsza – pytam się w myślach – czy zniosę kolejną wędrówkę tej piłki? Zniosłem! Dla syna jestem w stanie nawet balansować na granicy szaleństwa. Ale już dość, zobaczmy teraz coś z fabułą i jakaś akcją, coś z przesłaniem.

Psi(a) patol(ogia)

Żeby daleko nie szukać – na pierwszy ogień idzie absolutny hit Synka o pomocnych pieskach rozwiązujących problemy mieszkańców pewnego malowniczego miasteczka. Przygód co nie miara, pozytywne treści, zero przemocy. Dla dziecka, może i tak. Mi nie jest do śmiechu. Ów malowniczym miasteczkiem rządzi Pani Burmistrz, która nadaje się do tej funkcji jak głuchy do call center, a na dodatek fakt, że nosi ze sobą w torebce kurę, każe podejrzewać u niej jakieś zaburzenia psychiczne. Gość z doniczką zamiast czapki to wariat, a kobieta z kurą pod pachą zamiast chiwawy nie? Jak to świadczy o mieszkańcach, skoro godzą się, aby ich przedstawiciel władzy mógł paraliżować miasto, bo mu nioska zaginęła. Albo są też szurnięci, albo zastraszeni, a Pani Burmistrz jest dyktatorem – Kim Dzong Un też chodzi głównie uśmiechnięty, robi co chce, a mieszkańcy jakoś się nie buntują. A główni bohaterowie? Pieski są sympatyczne, bezproblemowe i pracowite, uczą jak przezwyciężać swoje lęki, jako jedyne zwierzęta potrafią mówić, rozwiązywać wszelkie problemy innych mieszkańców i również jako jedyne posiadają super technologię. Czy to znaczy, że jak masz sprzęt i gadżety to jesteś lepszy od innych?

Sam to nie bohater

Skoro promować pomaganie, to może lepiej skupić się na bajce o konkretnym, realnym zawodzie – na przykład na strażaku. Dzielny strażak sam pomoże wszystkim, bo ma lepszy sprzęt? Nie, ma do dyspozycji to, co wszyscy strażacy, z tą różnicą, że ma super odwagę i wiedzę. Sam twierdzi, że nie robi nic nadzwyczajnego, nie jest żadnym bohaterem, ratuje innych, bo taki ma zawód.  Skoro sam tak mówi, to dlaczego mu nie wierzyć? Może nie chodzi mu o to, że jest takim skromnym gościem, tylko o to, że wypada tak na tle współpracowników-patałachów. Presley (czy jak mu tam) jest kwintesencją indolencji i pecha. Już to sobie wyobrażam – zerkam przez okno uwięziony w płonącym budynku, patrzę, a z gaśnicą biegnie Luis (czy jak mu tam), więc zaczynam zastanawiać się jak ze sobą skończyć, aby bolało mniej niż śmierć w płomieniach. Na domiar złego szef straży pożarnej widzi jego niekompetencję, czemu daje wyraz mobbingując go na każdym kroku. Jednakże z jakiegoś powodu go nie zwolni. Może Elvis jest po matce z tych Presleyów, albo pan Kapitan ma sadystyczną uciechę z poniżania słabszych?

New hope

Prześlizgiwać się po animowankach można by jeszcze długo i krzywić się choćby na Tomka i jego przyjaciół, którzy pod rozkazami swojego zawiadowcy-komunisty marzą jedynie o tym, by być użytecznymi (bumelant to wiadomo co…). Albo Świnki Peppy… której skomentowania nawet się nie podejmuję. Ale w gąszczu tego wszystkiego trafiają się bajeczki, w których nawet dorosłemu powieka nie drgnie przy oglądaniu. Miałbym tylko skromy postulat, dlaczego nie zaznaczać bajek ostrzeżeniami. Skoro można „Piłę”, czy jakąś „Sztukę kochania” oznaczyć jako „dozwolone od 18 lat”, to dlaczego na taką „Wandę i jej zielonego ludka” nie dać ostrzeżenia „Dla widzów poniżej 7 roku życia”?

Pozostaje tylko nadzieja, że poziom animowanek rośnie wprost proporcjonalnie do wieku widza. Choć z drugiej strony jak pomyślę o takim Sponge Bobie Kanciastoportym… na tego Boba czas u nas jeszcze nie nastał, ale wiem, że nastanie… i na tego Boba już czekam jak na wyrok w zawieszeniu.

Autor: Piotr Rogala




Żaden rodzic się nie przyzna, ale każdy to robi!

 Rodzice przeważnie chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Starają się postępować odpowiedzialnie, wychowywać mądrze, dokształcają się w swoim rodzicielstwie, bo i czasem porady jakiejś posłuchają, a nawet bywa, że przeczytają to i owo o wychowaniu. Jest super.

„Nie kąpać we wrzątku” – no i gra, a niech się kąpie w normalnej. „Nie dawać do picia kawy” – się wie, zero kawki, będzie Kubuś, bynajmniej ja, proszę pana, na zdrowiu swojego dziecka nie oszczędzam. „Nie zostawiać samego w samochodzie” – ofkors, oczywista oczywistość, co ja, psychol jestem?. „Nie puszczać bajek” – eeee… taaaa… nie no wiadomo, że nie… znaczy nie przez godziny, ale… ok, generalnie nieeee, ale czasami jak tak ładnie prosi… A CO, MA BYĆ OPÓŹNIONY JAK WSZYSTKIE INNE DZIECIAKI OGLĄDAJĄ? A CO, CHWILA SPOKOJU TEŻ MI SIĘ NALEŻY, A NIE CIĄGŁA BIEGANINA, KRZYKI, WALENIE, I JAK INACZEJ ZJE CAŁY OBIADEK? FARMAZONY TAKIE WYPISUJĄ PISMAKI BEZDZIETNE ŻYCIA NIEZNAJĄCE…. itd. itp. Będzie więc o tym, co wszyscy rodzice wiedzą, że nie powinni robić, a jednak to robią.

TV – Zło

Negatywny wpływ oglądania bajek przez dzieci badał i opisywał już chyba każdy z amerykańskich ośrodków badawczych, wiec i każdy rodzic jest w stanie wyrecytować przynajmniej ze 2-3 takie opinie wraz z listą kilkunastu skutków ubocznych i niedorozwojów, jakie taki Strażak Sam może wywołać u jego dziecka. Ale co, nie włączysz mu choć jednego odcinka przygód tego poprawnego do obrzydliwości typka z gaśnicą pod pachą? Włączysz, włączysz… każdy włącza. Przecież od kilku bajek jeszcze nikt nie umarł. A poza tym, skoro sam straciłeś wzrok na Gumisiach i Yatamanie, a mimo to masz dom, rodzinę, pracę i się nie jąkasz, to chyba nie ma co przesadzać? Ale ty twardo nic nie puszczasz, telewizor sprzedałeś i wiążesz mu oczy jak idziecie na zakupy? Szacunek, pięknie, serio. A w samochodzie? Co? Głośniej! Mówże głośniej synu, to spowiedź, a nie kurs czytania z ruchu warg. Aha, aha, rozumiem… a jak często?

Podróże krzywdzą

Samochód to dla wielu zupełnie inna bajka i rządzi się zupełnie innymi prawami, bo jak niby taki malec (i jego rodzic) ma przetrwać wielogodzinną trasę bez chwili wytchnienia przed bajeczką na tablecie? Nie da się. Można w ogóle w trasę nie ruszać… ale nie podróżować znaczy tyle, co krzywdzić dziecko, bo przecież podróże kształcą, a ja chcę mieć dziecię kształcone, bywałe, które wie, czym się ślimaki popija. Więc nie ma to tamto, trzeba do Dębek jechać.

Są oczywiście też rodzice spryciarze i w trasę jeżdżą tylko nocą, wiec pacholęta im przesypiają całą drogę i problemu oglądania nie ma. Super, bo dużo osób jest takich cwanych. Tyle, że generalnie wożenie śpiącego malucha jest co najmniej niewłaściwe. Szok, co? Chyba, że wiedzieliście? Ci, co wiedzieli, a wożą śpiące maluchy, rozumiem, że wyżej stawiają ryzyko utraty przez nie wzroku, niż głowy. Ci, co nie wiedzieli… no cóż, wiedza oznacza władzę i ból d… – Dobra, zaraz tam trasa, autostrada, 200 km/h i karambole. Po osiedlu spokojnie małego przewiozę, to mi uśnie i jest spokój. Zgadzam się, kto choć raz nie jeździł po osiedlu, żeby uśpić celowo pociechę, niech pierwszy rzuci kamieniem. – Ała, kto to rzucił? No dobrze, twoje nigdy nie spało w aucie. Dobrze, wierzę. Powiedz tylko, jak to robisz, że nie usypia: siedzi na pineskach czy masz sole trzeźwiące?

Poduszka też zła

Dobra, odpuśćmy na chwilę i powiedzmy, że Małe nie śpi, bo jest genialne i rozumie, że spać nie można w samochodzie.  Ale mimo, że genialne, to jednak nie na tyle, żeby czegoś od nas nie chciało. A chce wszystkiego, chce pić, chce jeść, chce podnieść upuszczonego pluszaka, chce i chce. Ty już to przerabiałeś wiele razy, ale ręka mimo treningu nadal nie jest z gumy, żeby tam z tyłu operować z wprawą kelnera, wiec sadzasz malucha przy sobie z przodu. Po pierwsze będzie podjarany podróżą na przednim fotelu jak Łajka w Sputniku, po drugie będzie blisko, więc będziesz mieć dostęp do klienta łatwiejszy… tylko ta poduszka, znaczy Air Bag. Co z nią? No nie ma opcji wyłączania, więc jak maluchowi wywali w razie kolizji… to nieważne czy siedzi przodem do kierunku jazdy, czy tyłem, odniesione obrażenia mogą skończyć się dla niego nawet koniecznością rehabilitacji… do końca życia.

To jak, wozisz z przodu mimo to, czy nie? Jasne, a kto nie wiózł? Ale to przecież dwie przecznice pod dom babci, nawet na kolankach niech sobie pojedzie, niech ma radochę. Nie? Dobra, no to nie z przodu. Z tyłu będzie jeździł. Może i racja, jest zima, ślisko, jeszcze ktoś nie wyhamuje na śniegu… główka pracuje. Ale jak zima, to kurteczka, a kurteczka plus fotelik to… – Panie, ja wiem, że się ponoć dziecko w kurtce wyślizguje z tych pasów, ale bez przesady, jakoś całe życie się turlałem na tylnym siedzeniu malucha i co? Dom jest, rodzina jest, praca jest, nie jąkam się… więc bez przesady. Co oni sobie wyobrażają, że go będę na mrozie rozbierał, jak i bez tego gluta ma do pasa? Poza tym parę metrów go tylko wiozę do przedszkola tylko.

Glut

Ha! Nie ma nic piękniejszego, niż słoneczny poranek, drzewka przyprószone białym puchem, auto odpaliło mimo mrozu, w przedszkolnej szatni potomek uśmiechnięty, aż rwie się, by już ci pomachać na do widzenia, aż tu nagle przyprowadzają gruźlika. Jak to możliwe, tu, do przedszkola? Powtarzasz w myślach trasę, bo może skręciłeś za wcześnie i to jakiś oddział zakaźny. Ale nieeee, przedszkole jak nic, wiszą przecież minikurteczki, znaczy wisiały chwilę temu, bo już wszystko pospadało jak tamten zakasłał. Scena grozy. Rodzice w szatni przerażeni, część myśli, że to grzmi i czołgają się do wyjścia, jakaś babcia wyjęła różaniec myśląc, że mały demony przyzywa, tylko jego matka nic. Zero reakcji. Pokerowa mina. Królowa saperów. Nie ma tematu. Ale coś się dzieje w ogóle?

Niestety atmosfera gęstnieje, więc żeby ją rozładować – ­A co ty tak synuś dziwnie… zakrztusiłeś się? Aż by się chciało od razu wykrzyknąć: tak, kurna mać, ewidentnie albo kłaczek, albo nurofen mu się cofnął i wpadł nie w tę dziurkę! Ale każdy rodzic milczy, bo wie, że sam nieraz miał nóż szefa na gardle, który dość dobitnie daje do zrozumienia, że oto firma rozumie problemy demograficzne kraju i z cała odpowiedzialnością wspiera politykę prorodzinną, co przejawia się chociażby poprzez paczki świąteczne dla dzieci, niemniej nie widzi związku z koniecznością korzystania z tak wielu zwolnień lekarskich? A skoro nie ma związku, to kręci, unika pracy. Są przecież opiekunki, można wynająć przecież. Nie stać go na opiekunkę? No to niech pracuje ciężej, dostanie awans i podwyżkę, będzie go stać na opiekunkę, a nie na zwolnienia chodzi. Chyba logiczne, czego tu nie rozumiesz?




6 mitów dotyczących dbania o mleczaki

Wydaje nam się często, że skoro nasze dzieci mają mleczne zęby stosunkowo krótko, bo w końcu czym jest te 5 – 6 lat w stosunku do całego życia, to dbanie o nie nie jest aż tak ważne. Jednak specjaliści coraz częściej mówią o tym, że to „przejściowe” uzębienie ma duży wpływ na to, jak później wyglądać będą zęby stałe. Oto 6 mitów dotyczących dbania o mleczaki, które chciałabym obalić, ponieważ przekonanie, że są prawdziwe, wciąż pokutuje wśród wielu rodziców.

MIT: Mleczaki nie są takie ważne

Mleczne zęby są słabsze i mniej zmineralizowane niż zęby stałe, ale to nie czyni ich mniej ważnymi. To dzięki nim dzieci uczą się jeść, to one stanowią podstawę struktury twarzy, czyli wpływają na wygląd naszego dziecka. To one przecierają szlak dla zębów stałych i, co dla mnie jest ich najważniejszą funkcją, to właśnie one decydują o rozwoju mowy u dziecka. Co więcej, jeżeli zaniedbamy dbanie o mleczaki naszego malucha, jego szczęka i żuchwa nie rozwiną się prawidłowo.

MIT: Ząbkowanie może powodować choroby

Owszem, efektem ząbkowania mogą być biegunka, wymioty, lekkie podwyższenie temperatury i wiele innych symptomów. Jednak kiedy u dziecka pojawiają się takie objawy jak naprawdę wysoka gorączka lub silny kaszel (nie należy pomylić go z lekkim kaszelkiem związanym z zachłyśnięciem się nadmiarem śliny, która w tym czasie występuje w obfitych ilościach), należy niezwłocznie udać się do lekarza.

MIT: Mleczaki można myć raz dziennie

Czas, który jest potrzebny, aby warstwa bakterii powodująca ubytki pokryła płytkę zębową, to 24 godziny  i niemożliwe jest, aby dziecko (lub nawet dorosły) usunęło ją jednym szczotkowaniem na dobę. Optymalna ilość myć zębów mlecznych to dwa razy dziennie, chociaż oczywiście najkorzystniejsze dla każdych zębów mycie ich po każdym posiłku. Co równie ważne, zanim w ogóle u dziecka pojawią się zęby, warto czyścić same dziąsła, ponieważ na nich również osadzają się bakterie. Można przy tym użyć tej samej techniki, co w przypadku mycia zębów: małą ilością pasty wykonywać koliste ruchy wzdłuż linii dziąseł.

MIT: Dziecko nie może myć zębów pastą z fluorem do drugiego roku życia

Już od pierwszego zęba możemy stosować przy myciu mleczaków pastę z fluorem. Najnowsze badania pokazują, że jeżeli rodzice sprawują kontrolę nad dzieckiem w trakcie mycia i mają wysoką świadomość higieny jamy ustnej, to od pierwszego zęba lub od 6. miesiąca można stosować pastę z zawartością 1000 ppm fluoru w ilości śladowej porównywalnej do muśnięcia włosa. Jeżeli natomiast rodzice mają obawę, że dziecko mogłoby ją połykać, zaleca się stosowanie pasty o zawartości 500 ppm. W drugim przypadku ilość pasty, którą należy nałożyć na szczoteczkę do zębów, to wielkość ziarna groszku.

MIT: Niemożliwe, aby dziecko miało ubytki w mleczakach

Badania wykazują, że dzieci, które mają ubytki w zębach mlecznych, są trzy razy bardziej narażone na prawdopodobieństwo psucia się zębów stałych. Praktyka, której możemy uniknąć, aby maksymalnie zapobiec psuciu się ząbków u maluchów, to podawanie im przed snem lub w nocy soków i mleka modyfikowanego. Mitem jest natomiast, że taki sam wpływ na mleczaki ma karmienie piersią. Tak długo, jak długo niemowlę karmione jest wyłącznie mlekiem mamy, nie trzeba mu czyścić dziąseł i zębów, ponieważ nie wpływa ono na nie w żaden sposób negatywnie.

MIT: Nie trzeba z dzieckiem chodzić do dentysty do 3. roku życia

Najnowsze badania w tym zakresie pokazują, że z dzieckiem należy się udać na pierwszą wizytę u dentysty w momencie, kiedy pojawią się pierwsze ząbki lub najpóźniej w okolicach pierwszych urodzin, chociażby po to, aby dowiedzieć się od specjalisty jak prawidłowo dbać o mleczaki. Potem takie wizyty należy powtarzać regularnie co pół roku lub według zaleceń dentysty. Warto również pokazywać dziecku, że samemu chodzi się do stomatologa, a także zabierać je na badania do gabinetu dostosowanego do potrzeb dzieci, tak, aby odciągnąć ich uwagę od faktu, że może to być w jakikolwiek sposób nieprzyjemne.

W napisaniu powyższego postu posiłkowałam się pomocą Ani Adamczyk, czyli mamy stomatolog. Jej bardzo pomocne konta na instagramie i facebooku znajdziecie tutaj i tutaj.

Grafikę dostarczyła mi niezastąpiona Ania z Jeden Ryzunek Dziennie.

Pozostałe źródła, z których czerpałam wiedzę, to książki:

  • „Zapobieganie i leczenie choroby próchnicowej u dzieci” pod red. Doroty Olczak-Kowalczyk i Leopolda Wagnera, Warszawa 2013
  • „Zarys współczesnej ortodoncji” autorstwa Hanny Bielawskiej-Victorini, Izabelli Doniec-Zawidzkiej i Ireny Karłowskiej
  • „Stomatologia wieku rozwojowego” pod redakcją Marii Szpringer-Nodzak i Magdaleny Wochny-Sobańskiej
  • „Stomatologia dziecięca” pod redakcją Angusa C. Camerona i Richarda P. Widmera

a także artykuły internetowe:


Zapraszam do grupy mam, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością!




Moje dziecko jest słodkie. Twoje też? I co z tego?

stocksnap_9x23x6dm8q

Kiedy zaszłam w ciążę, podjęłam bardzo trudną decyzję. Wiedziałam, że ciężko mi będzie konsekwentnie w niej wytrwać. Wiedziałam, że pokusa będzie wielka. Ale wiedziałam też, że tej jednej rzeczy po prostu nie mogę zrobić swojemu dziecku, bo moje sumienie, odpowiedzialność i wyobraźnia nie pozwoliłyby mi na to.

Mój synek jest słodki. Dla mnie jest najsłodszym i najpiękniejszym dzieckiem świata, przechodnie na ulicy oglądają się za nim z uśmiechem na twarzy, a ekspedientki w sklepach są rozłożone na łopatki. Chciałabym go wszystkim pokazywać, chwalić się nim na prawo i lewo, marzę o tym tak samo, jak każda matka. Jednak zdecydowałam, że jego twarz nie pojawi się w internecie bez jego zgody i postanowiłam, że chcę dać mu wolność decyzji w kwestii upubliczniania swojego wizerunku. Jednak o ile było mi łatwo, dopóki nie prowadziłam bloga, o tyle w momencie założenia go zaczęły mnie dopadać wątpliwości.

Zastanawiałam się co będzie, kiedy dostanę propozycję współpracy, której warunkiem byłoby pokazanie twarzy mojego dziecko, a pieniądze za tę współpracę miałyby niemałe znaczenie dla mojego domowego budżetu? Zastanawiałam się też, jak odbiorą mnie czytelnicy, co sobie pomyślicie, kiedy wejdziecie na bloga z założenia i z nazwy opowiadającego o macierzyństwie, rodzicielstwie i dzieciach, a ukrywającego przed wami twarz tego, który jest bohaterem i źródłem prawie wszystkich wpisów? Czy nie potraktujecie mnie podejrzliwie i nie stwierdzicie, że nie jestem godna waszego zaufania?

Właśnie wtedy, na samym początku blogowej działalności, rozejrzałam się po blogosferze. I okazało się, że blogi, które wówczas najchętniej czytałam, wcale nie pokazywały uroczych buziek na licznych przesłodkich zdjęciach. Co więcej, wręcz od tego stroniły. A kiedy do kompletu doszły sprawy, w których dorosłe już dzieci pozywają swoich rodziców w sądzie o nierozsądne rozporządzanie ich wizerunkiem na łamach mediów społecznościowych, postanowiłam zapytać moich ulubionych blogerów o powody tej decyzji. A potem poszłam o krok dalej i poprosiłam też o opinię radcę prawnego (znajdziecie ją na końcu wpisu) tak, abyście mieli pełny obraz sytuacji prawnej w Polsce.

Oddaję dziś głos moim autorytetom i ludziom, z których opinią w tym zakresie liczę się w stu procentach.

Ania Dydzik, autorka bloga nieperfekcyjnamama.pl

indeksKiedy założyłam bloga dałam ponieść się modzie na publikowanie zdjęć swoich dzieci. Jak każda mama uważam, że moje są cudowne, jedyne, wyjątkowe i śliczne. Uczyłam się fotografowania, obróbki zdjęć, inspirowałam się innymi stronami. Od samego początku nie byłam przekonana co do tego czy postępuję słusznie i wrzucając kolejne zdjęcie córki miałam mieszane uczucia. Blog prawie od samego początku cieszył się popularnością, a liczba osób czytających i obserwujących profil „Nieperfekcyjnej Mamy” rosła w zawrotnym tempie. Kiedy założyłam konto na stronie, która monitoruje statystyki facebookowe doznałam szoku. W przeciągu miesiąca treści z fanpage’a zobaczyło ponad 20 milionów ludzi. Zdałam sobie sprawę z tego, że nasze codzienne życie może zobaczyć każdy, na całym świecie. Ilu z nich do pedofile? Wiem, że nie liczba wyświetleń ma tu znaczenie, bo zboczeniec może znaleźć się w grupie już dwudziestu osób, ale te liczby były tak ogromne, że otworzyły mi oczy. W zasadzie każdy mógł pobrać sobie zdjęcie i zrobić z nim co chce. Nie ukrywam swoich córek przed światem. Pojawiają się ze mną na różnego rodzaju spotkaniach, wywiadach, w felietonie telewizyjnym. Nie chodzi o to, by zamknąć je w piwnicy i nie pokazywać światu, ale zdecydowałam, że nasze zdjęcia z wyraźnymi twarzami na facebooku czy instagramie to zbyt wiele dla kilkuletnich dziewczynek. Istnieje realne zagrożenie, że takie zdjęcia wpadną w niepowołane ręce. Poza tym, to co mnie wydaje się słodkie może być ośmieszające, gdy dzieci pójdą np. do szkoły. Takie zdjęcia są w internecie nieśmiertelne a dzieci rosną i w końcu stają się dorosłe. Raczej nie chciałabym, żeby moja mama chwaliła się mną w social mediach, gdy miałam kilka lat. Staram się myśleć o tym co może wydarzyć się w przyszłości. Nie chcę by miały mi cokolwiek za złe. Jasne, trochę na tym tracę. Nie reklamuję ciuchów dziecięcych, bo jak zrobić dobrą reklamę z dzieckiem bez twarzy? Ale przeliczając, bezpieczeństwo i przyszłość moich córek jest dla mnie ważniejsza niż torba ubrań i wynagrodzenie za wpis na blogu. I okazuje się, że można z sukcesem pisać bloga oraz prowadzić konto na instagramie bez dziecięcych twarzy.

Agnieszka Fleischer, autorka bloga prettypleasure.com i przepięknego konta na instagramie @agafleischer:

13325540_1235058429867785_6045894045623648128_nDo takiej decyzji skłonił mnie mój partner – Tata Chłopców. Jestem mu wdzięczna za to, że pozwala pokazywać nasz Dom. Dlatego jego prośba o niepokazywanie Maluchów po prostu została przyjęta i uszanowana jak tylko się pojawiła. Na początku było mi ciężko, bo przecież każda Mama chce się chwalić swoim Szczęściem. No ale obiecałam… I tak jak ze Starszym było mi ciężej, tak z młodszym to było tak oczywiste i naturalne, że właściwie się nad tym nie zastanawiałam. Teraz nieużywanie imion Chłopców i niepokazywanie ich buziek stało się niejako moim znakiem szczególnym. Wystarczy, że zapraszam czytelników do naszego domu, pokazywanie jego mieszkańców byłoby już zbyt dużym obnażaniem się.

Ania Brzozowska, autorka bloga brzozoweczka.pl:

14088605_2110233445868583_54144606124389752_nWizerunek dziecka w sieci to bardzo śliski temat. Wiadomo, wszyscy bardzo kochamy swoje dzieciaki i chcielibyśmy wykrzyczeć całemu światu, że są najwspanialsze. Jeszcze na etapie myślenia o założeniu bloga byłam przekonana, że mój syn z czasem stanie się jego niekwestionowaną gwiazdą, lecz zanim pierwszy raz wcisnęłam „opublikuj” mój zapał do tapetowania internetów jego wizerunkiem się ulotnił. Już na początku nie czułam klimatu epatowania jego wizerunkiem. Skłamałabym, mówiąc że nie ma w sieci ani jednego zdjęcia jego buzi, ale są to zdecydowanie sporadyczne przypadki. Zanim opublikuję jego zdjęcia choćby tyłem czy bokiem, zawsze wielokrotnie zastanawiam się, czy nie będzie musiał kiedykolwiek się ich wstydzić i czy nie będzie miał o to pretensji. W końcu to jego wizerunek i na tym etapie jego dzieciństwa, to ja muszę się zatroszczyć o jego ochronę.

Nie będę się zarzekać też, że nigdy więcej nie opublikuję zdjęcia, na którym będzie jego buzia, ale wiem, że nie będzie to wynikiem impulsu czy kaprysu, a raczej przemyślaną decyzją.

Kasia Płaza, autorka bloga zapytajpolozna.pl:

indeksTaka decyzja już zapadła na etapie ciąży. Dla mnie zdjęcie USG mojej córeczki to pamiątka do schowania w albumie i dzielenia się z najbliższymi.

Moim zdaniem wkraczając w świat Internetu stawiamy granice ile w nim pokarzemy siebie, swoich bliskich i swojego domu.

Na początku blogowania nie wrzuciłam nawet swoich zdjęć. Z czasem opublikowałam swoją fotografię. Uwielbiam aplikacje Instagram, która pokazała mi jak tysiące ludzi wrzuca piękne zdjęcia, opisuje to co im w duszy gra. U jednych mamy wrażenie jakbyśmy byli gościem w codzienności, a inni dzielą się swoją pasją bądź wiedzą. Niektórzy łączą wszystkie te sfery i pokazują w różnym stopniu.

Odpowiadając na pytanie: Co sprawia, że podjęłam taką decyzję, to jest kilka czynników. Jednym z nich jest, to, że chciałabym by widoczność w Internecie była jej świadomą decyzją. Mam pewne granice i świadomie decyduję, że to i to chce publikować, a tego już nie. Także brak zdjęć mojego dziecka wynika z mojej granicy tego co pokazuję w Internecie. Chciałabym, żeby ta decyzja zaprocentowała tym, że gdy dorośnie będzie miała refleksję nad tym co będzie publikować w Internecie.

Bardzo ważną konsekwencją publikowania wizerunku dziecka jest zabranie jej anonimowości. Julia/ Moja córka nie jest moją własnością, jest odrębnym człowiekiem. Uważam, że ma prawo sama zadecydować kiedy chce być widoczna w Internecie i czy w ogóle zechce. Być może kiedyś sama do mnie podbiegnie i powie zróbmy sobie selfie i wstawmy na Facebooka, a być może nigdy nie będzie czuła takiej potrzeby. Natomiast chciałabym by to była jej decyzja, a nie moja. Poza tym za naście lat. Będzie dorosła i nie wiem jak by odniosła się do swoich zdjęć opublikowanych, gdy była mała.

Zapytałaś czy mój mąż popiera takie podejście. Jak najbardziej jest to spójne z naszym podejściem do publikowania zdjęć w Internecie. Oboje jesteśmy za tym by nie publikować zdjęć naszego dziecka. Oczywiście ona czasami się pojawia na Internetowych fotografiach, w kontekście mojej opowieści o macierzyństwie. Natomiast dalej na tych zdjęciach jej nie widać.

Ania Mazur, autorka bloga towsrodku.pl (wcześniej znana jako Anielno):

13528975_1114634785246770_8253861972149011857_nWizerunek mojego dziecka został ustawiony na offline pół roku po tym, jak pojawiło się na świecie. Wcześniej zdarzały mi się publikacje jego zdjęć na instagramie. Z jakiegoś powodu nie dawało mi to spokoju. Myślałam sobie o tym trochę, jak ująć to wszystko w słowa i doszłam do wniosku, że w moim przypadku istotny był CEL zamieszczania zdjęć w sieci. Próbowałam znaleźć jakiś istotny i odpowiedzieć sobie na proste pytanie. Po co to robię? Odpowiedzi nie znalazłam. Wiedziałam, że za jakiś czas otworzę bloga o wymiarze specjalistycznym i nie ma w nim miejsca na strefę kids w social mediach. W tamtym okresie, miałam bardzo zaangażowaną społeczność na instagramie. Jedno zdjęcie potrafiło wygenerować bardzo dużo komentarzy na temat Słodkiego Bobasa – źle się po tym czułam. Profil obecnie utrzymuję w tonacji prywatnej, dzielę się momentami z mojego życia, ale mam poniekąd wyznaczony cel jego prowadzenia i już nie działałam na nim tak aktywnie, jak kiedyś.

Niemniej, zastanawiałam się w jakich sytuacjach mogłabym publikować wizerunek dziecka i doszłam do tego samego wniosku co na początku, że cel jest dla mnie istotny. Kiedy musiałabym zorganizować zbiórkę na leczenie mojego dziecka, nie zawahałabym się użyć, ani jednego zdjęcia i relacjonowałabym wszystko z tego prywatnego okresu. Więc, czy aby na pewno chodzi o sam wizerunek? Upublicznianie wizerunku dziecka, jak widać, nie jedno ma imię.

W moim odczuciu, publikacja zdjęć wydawała mi się bez sensu. Nie czerpałam z tego satysfakcji – wręcz przeciwnie, czerpałam wyrzuty sumienia. Jednak fajnie jest, że ten świat jest różnorodny pod względem takich wyborów.

Mamo, jak mogłaś nie założyć mi konta na instagramie, jak byłam mała! – mam nadzieję, nie usłyszeć takim słów od swojego dziecka za kilka lat.

Ostatnio kręciłam filmik pokazujący trud osób, które starają się o dziecko. Na jednej z końcowych scen znajduje się obrazek rodzinny wraz z małą dziewczynką, która nie zawsze chciała współpracować w ten sposób, żeby nie było widać jej twarzy. Nie wiem, czy użyję tego fragmentu, ale jeżeli tak, to publikując ten film nie mam zamiaru wspominać, że jest to moje dziecko i zwracać na niego uwagę. Temat przemilczę. Chcę zwrócić uwagę na problem niepłodności, a nie na dziecko, bo upublicznianie wizerunku dziecka nie jedno ma imię.

Judyta Kokoszkiewicz, autorka bloga żudit.pl:

cropped-zudit_logoO tym, że nie pokażę twarzy, ani nie zdradzę imienia dziecka w blogowym świecie, wiedziałam od samego początku ciąży. Wszystko to z banalnego powodu – dziecko nie powie mi dziś, gdy jest kwilącym noworodkiem, czy by sobie tego życzyło. Sama przez bardzo wiele lat życia pozostawałam anonimowa w Internecie – gdy wpisywało się moje imię i nazwisko w wyszukiwarce, nie pojawiało się totalnie nic – i to było w tamtym czasie świetne! Dziwne, ale czułam się bezpiecznie, trochę, jakbym nie istniała tam, gdzie nie chcę istnieć. Dopiero po latach podjęłam świadomą decyzję, że powstanie blog, będzie na nim mnóstwo pięknych zdjęć i osobistych treści. To wymagało odwagi, wyjścia z ukrycia, pojawienia się w jakimś internetowym tłumie. Myśląc o tym, zastanawiam się, czy i moja mała córeczka nie miałaby ochoty być choć w tych w pierwszych latach życia anonimowa? Tego nie wiem, dlatego chcę, by sama kiedyś mi powiedziała: „mamo, nie wstawiaj nigdzie moich fotografii”: albo: „mamo, moim zdaniem okropnie tu wyszłam, nie pokazuj tego nikomu”. Inna sprawa – wszystkie wrzucane do Sieci zdjęcia bobasków, noworodków są owszem, cudowne dla ich rodziców i najbliższych, ale „zlewają się”, jeśli chodzi o odbiór obcych ludzi – przecież chyba każdy bobas wygląda tak samo: jest łysy i pomarszczony. I tu pojawia się kolejna kwestia: własne dziecko jest w mojej ocenie cudem świata i nie chcę, by obcy ludzie podglądali go jako „kolejnego łysego Ryszarda Kalisza”. Podobnego zdania o nieupublicznianiu wizerunku jest mój Karlos – jak mówi, za granicą już pojawiają się przypadki, w których dzieci pozywają do sądu własnych rodziców za upublicznianie ich wizerunku bez wyrażenia zgody samych zainteresowanych. Bardzo słusznie, myślę, że dziś nie ma takich pieniędzy z reklam, akcji promocyjnych czy eventów, które byłyby warte smutku czy wstydu mojego dziecka, gdy już podrośnie. Jednocześnie też – to wspaniale, że inni rodzice mają odwagę i pokazują swoje maluszki na blogach – bez tych zdjęć radosnych buziaków internetowy świat byłby bardzo smutny!

Natalia Tur, autorka bloga nishka.pl

Natalia, a raczej jej dzieci, były czynnikiem, który najbardziej dał mi do myślenia w momencie podejmowania decyzji o nie publikowaniu zdjęć wizerunku mojego synka z internecie. Sami przeczytajcie dlaczego:

Co sprawiło, że nie pokazujesz na blogu zdjęć swoich dzieci?

nishkaNajprostsza rzecz na świecie: dzieci mi tego zabroniły. 🙂 Były już bowiem na tyle świadome, że zdawały sobie sprawę z tego, że mają prawo odmówić. Z pewnością nie bez znaczenia był fakt, że podjąwszy decyzje o założeniu bloga, który miał w dość dużej mierze opierać się na cytatach z ich wypowiedzi, spytałam je o zdanie i zgodę.

Jakie były Twoje powody i obawy?

Gdybym publikowała zdjęcia dzieci, myślę, że moją obawą byłoby to, że będą rozpoznawane na ulicy, czyli że zabrałabym im tym samym prywatność. Teraz nikt nie wie, ani jak wyglądają ani jak mają na imię moje dzieci. Jednak chcę podkreślić: że nie krytykuję rodziców którzy publikują zdjęcia dzieci – domyślam się, na pewno nie mają złych intencji. Ja po prostu poszłam inną drogą.

Jak się do tego odnoszą Twoje dzieci?

Moje dzieci są zadowolone z tego, że uszanowałam ich decyzję. Im bardziej popularny robi się blog, tym bardziej cieszą się, że kilka lat temu – prawie 4 poprosiły mnie o to.

Czy Twój mąż popiera takie podejście, czy jest mu to obojętne lub uważa, że to dziwny wymysł? ?

Mój mąż cieszy się, że nie publikuję zdjęć jego dzieci. Teraz, gdy mamy nowego synka – mimo, że ma dopiero 2,5 miesiąca i nie może zaprotestować, idzie ścieżką, którą wytyczyły mu starsze siostry: również nie pokazuję jego twarzy w internecie. Niechbym spróbowała! Starsze siostry czuwają i co jakiś czas przypominają mi, że nie mam do tego prawa. 🙂

Matylda Kozakiewicz, autorka bloga segritta.pl:

segMuszę zaznaczyć, że ja nie mam nic przeciwko ujawnianiu wizerunku dzieci publicznie. Serio. To ważne, bo można by pomyśleć, że skoro sama tego nie robię, to pewnie uważam, że inni też nie powinni. A tak nie jest. Uważam, że publikowanie wizerunku dzieci z rozwagą, w pozytywnym kontekście, bez ośmieszania lub zawstydzania jest zupełnie normalną praktyką i sama – gdybym nie była osobą publiczną – z pewnością bym to robiła.
Nie robię tego tylko dlatego, że traktuję Facebook, bloga i Instagram jak moje narzędzia pracy. To są w istocie kanały publikowania treści dla bloga Segritta, a razem z popularnym blogowaniem idzie też hejt, który niestety boli. I nie chcę, żeby tym hejtem dostało rykoszetem moje dziecko. Nie chcę, żeby ktoś go kiedykolwiek wyśmiał, obsmarował albo nawet naraził na nieprzyjemności w szkole tylko dlatego, że ktoś nie lubi jego mamy. Dlatego staram się chronić jego prywatność.

Ania Włodarczyk, autorka bloga strawberriesfrompoland.pl:

1479487_564599573615245_100178674_nKiedy pojawił się Olek, nawet przez moment nie zastanawiałam się, czy go pokazywać światu, oczywiste było dla mnie, że nie udostępnię jego wizerunku. Wynika to z faktu, że dbam o swoją i bliskich prywatność. Szanuję odrębność Olka i to, że w przyszłości mógłby nie być zadowolony z tego, że kiedyś publikowałam jego zdjęcia. Poza tym pokazywanie zdjęć dziecka (bliskich w ogóle) wydaje mi się bardzo intymne, po prostu. Mój mąż tę decyzję szanuje, ale nie zabiegał mocno o to, bym Ola nie pokazywała.

Kamil Nowak, autor bloga blogojciec.pl:

logo-nowe-blog-ojciecNa początku wizerunek dzieci sporadycznie pokazywałem. Niemniej im dłużej pisałem, tym do większej ilości ludzi docierałem, a w efekcie, trafiałem również na ludzi… niepoczytalnych? Chyba tak bym ich określił. Takich, którzy pisali mi, że takich jak ja powinno się zagazować lub życzyli mi innych przyjemności tego rodzaju tylko dlatego, że napisałem coś z czym się nie zgadzali. Ja oczywiście pisząc bloga wiedziałem, że takie coś może się zdarzyć i są to raczej pojedyncze wydarzenia, do których z zasady nie przykładam zbyt wielkiej wagi, ale nie chciałbym, aby kiedykolwiek ten hejt przeszedł na moje dzieci, więc stąd decyzja o niepublikowaniu ich wizerunku czy nawet imion. Jestem świadomy, że mój blog na tym traci, na co wiele osób mi zwróciło mi uwagę, ale przynajmniej śpię spokojnie.

A oto, co na temat publikowania wizerunku dzieci w internecie mówi polskie prawo. Autorką poniższej opinii prawnej jest Magdalena Pietkiewicz, radca prawny reprezentujący Kancelarię Pietkiewicz.

Wizerunek jest dobrem osobistym człowieka pozostającym pod ochroną prawa cywilnego (art. 23 Kodeksu cywilnego). Prawo do wizerunku przysługuje każdemu człowiekowi, także dziecku.

Zgodnie z art. 81 ust. 1 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. Dzieci, z uwagi na brak pełnej zdolności do czynności prawnych, nie mogą jednak same decydować o wykorzystaniu swojego wizerunku. Dlatego też wykorzystanie wizerunku osoby niepełnoletniej wymaga zgody jej opiekunów prawnych (rodziców). Podkreślić przy tym należy, że rodzice decydując o wykorzystaniu wizerunku swojej pociech (czy to przez siebie, czy też przez inne osoby) powinni uwzględnić również zdanie dziecka na ten temat. Dziecko bowiem, zgodnie z Konstytucją RP oraz Konwencją o prawach dziecka, ma prawo do wypowiadania się w każdej kwestii jego dotyczącej.

Osoba, której wizerunek został wykorzystany bez wymaganego zezwolenia, może dochodzić ochrony swoich praw na drodze sądowej. Każda osoba fizyczna może być stroną w procesie cywilnym. Jednak dziecko, do momentu uzyskania pełnoletności, nie ma zdolności procesowej, rozumianej jako możliwość podejmowania czynności procesowych. W praktyce oznacza to, że do momentu uzyskania pełnoletności i związanej z nią pełnej zdolności do czynności prawnych, co do zasady z roszczeniami wynikają z naruszenia prawa do wizerunku dziecka do sądu mogą wystąpić jego opiekunowie prawni (rodzice). Dziecko nie może tym samym wnieść samodzielnie pozwu przeciwko rodzicom o naruszenia prawa do jego wizerunku.

W świetle polskiego prawa możliwe jest jednak, aby dziecko, już po uzyskaniu pełnoletności i pełnej zdolności do czynności prawnych, wniosło przeciwko rodzicom pozew o naruszenie dóbr osobistych. W takiej sytuacji dziecko będzie mogło wystąpić przeciwko rodzicom z roszczeniem o zaniechania rozpowszechniania jego wizerunku oraz dopełnienie czynności potrzebnych do usunięcia skutków naruszenia, w szczególności złożenie publicznego oświadczenia o odpowiedniej treści i formie (przeprosin). Jeżeli naruszenie prawa do wizerunku było zawinione, sąd może ponadto przyznać dziecku odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub zobowiązać do uiszczenia odpowiedniej sumy pieniężnej na wskazany cel społeczny. Ponadto jeżeli wskutek naruszenia prawa do wizerunku została wyrządzona dziecku szkoda majątkowa, może ono żądać jej naprawienia na zasadach ogólnych.

Jeśli zatem dziecko sprzeciwi się rozpowszechnianiu jego wizerunku, rodzice natychmiast powinni tego zaprzestać. W innym przypadku nie można wykluczyć, że  rodzicom przyjdzie spotkać się ze swą pociechą przed obliczem sądu. W tym miejscu na marginesie zauważyć należy, że co do zasady w każdej chwili możliwe jest odwołanie zgody na rozpowszechnienie wizerunku.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże wahającym się przyszłym i obecnym rodzicom w podjęciu tej ważnej dla ich dziecka i dla nich samych decyzji. Warto pamiętać, że zdjęcie raz wrzucone do sieci już nigdy nie ginie, a to, jaki wizerunek człowieka w niej pokazujemy, może zaważyć na całym naszym życiu.


Zapraszam do grupy mam, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością!




Co gryzie współczesnego ojca?

DSCN3787

Są takie chwile w życiu ojca, gdy nachodzą go iście ojcowskie myśli, ocierające się wręcz czasami o refleksje natury etyczno-moralno-folozoficzno-wychowaczej. Jako że zbliża się Dzień Ojca, zasiadłem z fajką w ulubionym fotelu i wodząc wzrokiem po kolekcji jelenich poroży zamierzyłem się wypłynąć na głębię ojcowskich rozważań. Na szczęście zamierzyć się nie oznacza od razu gdzieś tam płynąć. Młodemu ojcu wystarczy, że się zamierzy, ledwo nogi zamoczy na płyciźnie ojcowskich dylematów, a już ma wyzwanie.

 

Ojciec-porywacz

Jako że większość ojców to faceci, a faceci lubią wyzwania, bywa, że ojciec rzuci się na głęboką wodę i postanowi sam wybrać się z maluchem w miejsce publiczne. Osobiście taki napad bohaterstwa miałem kilka wieczorów temu, kiedy przypadł mi w udziale zaszczyt nabycia drogą kupna kilku strategicznych produktów do domu. Postanowiłem, że zabiorę potomka ze sobą. Typowy męski wypad, pod pachą sześciopak, jakaś popitka, coś na ząb i panienki (czyt. zgrzewka wody mineralnej, mleko modyfikowane, jajko niespodzianka, ekspedientki rozanielone nielatem). Wychodzimy na pewniaka, a tu małego nagle łapie tęsknica i woła na cały głos „mama, mama!”, a po chwili „baba, baba!”. Ani pierwszej, ani dwóch pozostałych nie ma. No ewidentnie go opuściły, a jak faceta opuszczają naraz trzy kobiety jego życia, to się smuci. A że mój syn jest prawdziwym facetem, to łez się nie wstydzi (po prawdzie nie wstydzi się nawet usmarkać z rozpaczy, ale to tylko dowodzi skali jego męskości). Ludki z boku popatrują i co widzą? Jakiś brodaty typ taszczy zapłakanego maluszka wołającego bliskich. Zastanawiam się wtedy ilu obserwatorów sceny roi sobie: Chyba porywacz. Bogdan patrz – no ten tam. Porywacz. No jak nic ci mówię! Uprowadził dzieciątko, które desperacko wzywa bliskich. Jakby był jego ojcem, to by mu dziecko tak płakało? Porwie i sprzeda na organy. Bogdan, weź rzesz dzwoń na policję.

 

Ojciec cioci

Czekam dnia kiedy będę musiał udowadniać ojcostwo na jakimś parkingu. Na razie wprawkę w temacie daje żłobek/przedszkole, które legitymują ojców, którzy dość sporadycznie odbierają swoje pociechy. I to jest ok.

– Dzień dobry, ja po tego i tego.

– A dzień dobry, poproszę dowodzik, bo jeszcze nie wszystkich kojarzę z pierwszej grupy.

– A nie ma problemu, proszę.

Ąę ę… elegancja, maniery, super. Ubieram wiec sobie maluszka, pytam jak tam minął dzionek. (- Tata) Czy rysował sobie, czy jadł ładnie. (- Tata, no halo tata). Czy fajnie się bawił z dziećmi, czy chce po drodze do domu zajść na huśtawkę? Jednak za plecami cały czas jakiś irytujący głos powtarza tata i tata. Słyszę, że to nie dziecko, ale jakaś dorosła baba, wiec się odwracam…

No tata, wreszcie, wołam i wołam… no, tata, podpisz jeszcze listę – oznajmia mi rozbrajająco opiekunka ze żłobka wręczając papier i długopis. Jeśli rozmiar zdziwienia można by zmierzyć, to mój był wówczas niemierzalny. A więc to do mnie było?! Równie dobrze pani opiekunka mogłaby robić pompki na jednaj ręce – byłbym nie bardziej zaskoczony. Co to za obyczaj? Kobieta, która mogłaby być moją matką, mówi do mnie tata weź. Ja rozumiem, że człowiek pracujący w tak szkodliwych warunkach jak żłobek nie może nie odnieść uszczerbku na zdrowiu, ale nosz taka nie taka mać, co ja mam na takie dictum odpowiedź? Jasne córciu, gdzie mam podpisać!? Czy też: tak już podpisuje, niech ciocia poczeka!? Czy tak wypada odpowiedzieć? Brzmiałoby to nieco gburowato, z drugiej jednak strony, większym chyba chamstwem odpowiadać per pani, komuś kto mówi ci „tato”? Przysłuchawszy się chwilę otoczeniu stwierdziłem, że to specyfika języka cioć, ale to niczego nie wyjaśnia. Po dłuższej analizie problemu doszedłem do wniosku, że taka przedszkolanka jest jak zakonnica lub ksiądz. Dlaczego? Do pracy w żłobku/przedszkolu nie każdy się nadaje. Żeby się tym zająć trzeba czuć powołanie (i to chyba aż od Stwórcy). Zatem panie żłobianki nie pracują, one pełnią posługę bliźnim. I tak jak ksiądz mówi do innych „synu, córko” tak, żłobianka używa zwrotu „tato, mamo”. Problem tylko w tym, że to nadal nie wyjaśnia jak się do nich zwracać, bo per analogia do „proszę księdza”, należałoby im mówić „proszę siostry”. Ale siostra nie mówi do brata „tato”…

Ojciec on board

Jak głosi stare porzekadło: pożyczyć samochód ciężej niż dziewczynę. Fakt, że ma to ścisły związek z tym jaki jest samochód i jaka dziewczyna, ale mniejsza o to. Rzecz w tym, że dla wielu facetów samochód to nie tylko środek transportu, lecz wychuchany, pokryty lakierem powód do dumy i radości. Wraz z przeobrażeniem auta w pojazd rodzinny powód do radości słabnie, bo jak tu czerpać radość jak za głową trwa albo jazgot, albo jeszcze gorzej – uczta. A dziecięce uczty samochodowe kończą się tym, że samochód przestaje też być dumą właściciela. Sytuacja taka: teren zabudowany, korek, albo nie, lepiej, pusta 3-pasmówka, ojciec toczy się jak trzeba 60 km/h – w końcu wiezie malucha; za jego plecami trwa w najlepsze impreza zasiadana, coś jakby małe przyjęcie, a w zasadzie biesiada z najlepszymi gatunkami chrupek i biszkopcików w menu suto zakrapianym soczkami i musikami.  Jak pokazał niejeden mecz piłkarski, kiedy jedni się bawią, inni liczą straty, i tak jest i teraz. Ojciec ma tylko jeden dylemat: zapierać, oddać do prania, czy jeszcze poczekać?

Pozdrawiam,

Piotr Rogala