Za tę jedną rzecz Twój mąż ZAWSZE Ci podziękuje

za co mąż dziękuje

My, mamuśki, jesteśmy wiecznie zagonione i zestresowane. Mam wrażenie, że cała odpowiedzialna część rodzicielstwa spada na nas, podczas gdy tatusiowie wiecznie mają ubaw.

To my pilnujemy wszystkich terminów, spotkań w przedszkolu, wizyt u lekarza, dawek lekarstw, dopasowania ubioru dziecka do pogody, itp., itd. To my czuwamy w nocy. To my dbamy, żeby lodówka była pełna, a brzuchy najedzone. To nam zależy, żeby ubrania były wyprane i żeby nikomu w szufladzie na majtki nie zabrakło majtek. W tym samym czasie nasi partnerzy udają, że śpią, kiedy w nocy trzeba wstać do dziecka, doskonale się bawią, kiedy nadchodzi pora wieczornego wyciszania się i snu, nie słuchają nas, kupują dzieciom słodycze i często po prostu nie ogarniają.

Co się w tym czasie dzieje w nas?

W matkach, kobietach zestresowanych, zmęczonych, starających się to wszystko trzymać w kupie, rośnie frustracja. Co wtedy robimy? Wylewamy ją na ojców naszych dzieci. Mamy do nich pretensje, że są beztroscy, że obowiązki nie są podzielone po równo, że oni zawsze mają lepiej, że mają lżej.

Następny etap po zarzutach to przeważnie wymagania.

Może byś wreszcie zrobił TO, TO i TO?!

Ta śrubka leży tu nieprzykręcona od pół roku!

Ile Cię jeszcze będę musiała prosić o jedno i to samo?!

Której z nas chociaż raz się tak nie ulało? W którym domu nie było chociaż jednej kłótni o podział obowiązków nad dzieckiem? Tym, gdzie nie było, zazdroszczę. Tym, gdzie było, przybijam piątkę. To się zdarza, wiadomo. Dziecko generuje w dorosłym człowieku takie emocje, o które wcześniej nawet się nie podejrzewał. Padają słowa, których nie chcemy. A potem żałujemy.

Ale czy nie jest trochę tak, że my, mamusie, jesteśmy gdzieś tam w głębi do całej tej odpowiedzialności, ogarniania, zarządzania domowym ogniskiem zaprogramowane? Że tak naprawdę chcemy tego i nie wyobrażamy sobie bez tego życia? Przecież historia pokazuje, że to oni chodzili na polowania, a my w tym czasie ogarniałyśmy jaskinię. To oni chodzili na wojnę, a my w tym czasie zostawałyśmy z dziećmi w domu.

Wiem, że to mało feministyczny pogląd, nie każdemu się spodoba. Trudno. Ale to właśnie te przemyślenia sprawiły, że znalazłam sposób na to, żeby uniknąć takich spięć i kłótni. Nie zawsze działa, bo jeszcze sama nie umiem go zawsze stosować, ale się uczę. Wiecie, co robię? Odpuszczam mu.

Gryzę się w język.

Nie mówię tego, co mogłabym powiedzieć. Nie zarzucam i nie obwiniam. Po prostu odpuszczam.

Nie jest łatwo, bo czasami aż się cisną na usta kolejne pociski. Ale któregoś razu mój mąż zorientował się, że nauczyłam się przemilczeć kolejny kryzys. I wiecie co? Podziękował mi za to. I spożytkował ten czas, kiedy mogliśmy się kłócić, ale tego nie robiliśmy. Zrobił taką pierdołę, ale śmiać mi się z niej chciało strasznie.

Jakiś czas temu sprezentowałam mu trymer do brody. Długo go o tę brodę męczyłam. Że za długa, że kuje, że nie lubię. Żeby ją zgolił. Już prawie był skłonny, żeby to zrobić, ale odpuściłam. A jak odpuściłam, to nawet ją polubiłam! No i stąd wziął się trymer, bo niech chociaż chłopak wygląda jak człowiek.

No więc on wziął ten trymer, zamknął się w łazience, modzi tam coś, modzi, w końcu wychodzi i mówi:

Patrz, Kochanie! Nie dość, że tacy jesteśmy zgodni, to jeszcze jakiego masz przystojniaka!

No i właśnie tacy oni są. Możemy drzeć z nimi koty, walczyć, naprostowywać ich do swoich reguł, a przychodzi jedna chwila i jesteśmy rozłożone na łopatki.

Sztuka odpuszczania jest trudna do opanowania. Ale ten moment, kiedy nam się udaje, a nasz związek na tym zyskuje, wart jest wszystkich wysiłków. Czasem pomaga też trymer. 😉

Swoją drogą, trymer to Braun 7in1 Face & Body Trimming Kit i, jak twierdzi mój mąż, takiego dobrego nigdy nie miał. A brodę nosi od 5 lat, uwierzycie?! W każdym razie (ja się na tym nie znam) podobno cuda robi, podcina wąsy, modeluje brodę, no i, zgodnie z tym, co sama usłyszałam z jego ust i co potwierdzam, bo widziałam, od razu brodacz robi się przystojniejszy.

Wpis powstał we współpracy z marką Braun.




Jest tylko jedna rzecz, której każdy ojciec potrzebuje do szczęścia

cechy dobrego ojca

Na co dzień i od święta, w gazetach, w prasie i w internecie, w rozmowach między znajomymi i w wywiadach wychwala się, analizuje i przerabia pod każdym kątem macierzyństwo. Mówi się jakie te matki biedne, jakie dzielne, jakie odważne, ile mają siły, cierpliwości i wytrwałości. O ojcach mówi się mało albo wcale.

Przypominamy sobie o nich albo wtedy, kiedy potrzebujemy mieć chwilę wytchnienia od dziecka, albo kiedy zbliża się dzień ojca. Nie będę niestety inna, bo dzień ojca już dziś, a ja jak zwykle o tej porze przypomniałam sobie, jak dawno o ojcostwie nie pisałam.

A przecież ojciec, tak jak matka, pełni swoją rolę 24 godziny na dobę, a nie tylko wtedy, kiedy jest nam potrzebny albo kiedy zbliża się jego święto. Przeżywa te same radości, smutki, wzloty i upadki, co matka.

Wstaje w nocy, zmienia pieluchy, karmi, pomaga jak może. Nie śpi, kiedy dziecko choruje i wymaga ojcowskiej siły i opieki. Tak samo jak matka bywa przeokrutnie zmęczony i bezsilny.

Jednocześnie jednak przeżywa ojcostwo na swój własny, osobisty sposób.

Bez skrępowania i zażenowania może znów być dzieckiem – wrócić do ulubionych do zabawek (zwłaszcza gdy ma syna), przypomnieć sobie ulubione zabawy z własnego dzieciństwa, oglądać i czytać stare i nowe bajki (Tata Ignasia po prostu je uwielbia!).

Cieszą go wspólne spacery i aktywności, zwłaszcza te na świeżym powietrzu. Może się wykazać kiedy dziecko dorasta do roweru i hulajnogi, do grania w piłkę i pływania na basenie. Taki tata to skarb, bo poprzez swoje własne upodobania jest w stanie wspierać rozwój własnego dziecka.

Co za tym idzie – równie mocno jak mama, tata cieszy się z postępów robionych przez dziecko. Każda kolejna umiejętność jest jego dumą i radością, a każde wyzwanie jest dla niego ambicją i celem do osiągnięcia, których przecież tak bardzo mężczyzna potrzebuje.

Jest obrońcą i nauczycielem. Daje poczucie bezpieczeństwa, stanowi silny męski wzorzec, wspiera i przytula kiedy jest potrzeba. Dobry ojciec jest skałą i podporą zarówno dla swojego dziecka, jak i dla jego mamy.

Co jeszcze? Docenia małe rzeczy, a jednocześnie zdaje sobie sprawę, że to, co kiedyś było wielkie, dziś jest małe i nieważne, i odwrotnie. To dziecko pokazuje mu skalę priorytetów i wywraca jego męski świat do góry nogami.

Co więc możemy dla niego zrobić nie tylko od święta, nie tylko wtedy, kiedy akurat czegoś od niego potrzebujemy, ale na co dzień, pamiętając o jego potrzebach? Czego każdy ojciec potrzebuje tak samo jak matka, bo tak samo jest człowiekiem i tak samo poświęca dla dziecka bardzo wiele? Co takiego jest mu potrzebne, chociaż on sam o tym nie powie i chociaż nie przeczytacie o tym w żadnym poradniku?

Chwila wytchnienia.

Nie tylko matka bywa zmęczona i nie tylko ona lubi mieć chwilę odpoczynku tylko dla siebie, by móc o siebie zadbać. Dla mamy będzie to oznaczało maseczkę na twarzy, pomalowanie paznokci lub kąpiel z eterycznymi olejkami. Dla taty mogą to być równie proste przyjemności takie jak spotkanie z kolegami na piwie, samotne wyjścia do kina czy oddanie się ulubionemu hobby, np. majsterkowaniu, graniu na Playstation czy sklejaniu modelu.

Oskarżamy wiecznie ojców o nieobecność, o niewystarczające zainteresowanie życiem dziecka i naszym, ale mam wrażenie, że jednocześnie za mało doceniamy tych, którzy faktycznie się angażują bez względu na to, czy są ojcami biologicznymi, czy nie. A nie chcę wierzyć, że takich jest mniej! Nie wierzę, że zaangażowany tata, będący równorzędnym partnerem dla matki swojego dziecka i wzorem dla tegoż dziecka, tata, dla którego codzienne obowiązki i aktywności przy dziecku to nie „pomoc”, lecz rzeczywistość i normalność, to dziś rzadkość.

A jeżeli to nie rzadkość, to wniosek jest jeden: taki tata również potrzebuje chwili dla siebie, chwili odpoczynku. Pamiętajmy o tym, składając mu dziś życzenia i dziękując za jego obecność.

 

Takiego partnera i ojca dziecka życzę każdej mamie!

 

 

 

 

 

 




Te bajki to ZŁO!

czy bajki dla dzieci są szkodliwe

Czy oglądanie bajek jest szkodliwe? To pytanie zadaje sobie większość współczesnych rodziców. Ważą przeciwstawne argumenty, czytają badania i opinie naukowców, zdają się na zdrowy rozsądek, własną intuicję, walczą z wyrzutami sumienia. Chcecie poznać prawdę o oglądaniu bajek? Ja też! Ale nie czujcie się do końca oszukani. Bo bajki to zło, przez duże „O” i oglądanie ich całkowicie masakruje mózgownicę. Tyle że naszą, rodzicielską!

Oglądacie czasem bajki z pociechami? Ja tak. Nie wiem w sumie po co. Niby „kontroluję treści, które przyswaja moje dziecko”, ale na litość Odyna, jak mam zdecydować, czy OK jest pokazywanie, że w podwodnym świecie małe rybki grzeją się przy kominku? Dziecko uhahane, a ja w najgłębszych czeluściach swego jestestwa rozważam, czy przeczenie prawom fizyki jest lepsze czy gorsze od pokazywania mordobicia. Może lepiej przełączyć na jakiś Boxing Night, to się może nauczy gardę trzymać, a nie że przyłapię go kiedyś z zapałkami w akwarium. Z drugiej strony matka mego potomka uważa pokazywanie sportów walki dwulatkowi za niewłaściwe, wiec aby nie testować szczelności własnej gardy, przełączamy dla pewności na całkowite przeciwieństwo przemocy.

Dobra, nocny ogród tak wygląda?

Potrzebujemy sukcesu, wiec wybieramy sobie to, co najlepsze: „Najdroższa produkcja BBC dla dzieci” – super! „Najlepszy program aktorski dla dzieci w wieku przedszkolnym” – oh yeah, to jest to! Włączam, patrzę… i nie wiem co jest. Znaczy wiem: teletubisie zmutowały w jakieś pokręcone istoty. Nawet przybrały jakieś demoniczne imiona:  Igipiegiel – władca wschodnich rubieży piekła, czy Jej Czarcia Wysokość Makka Pakka. Jedyne co się zgadza to soczyście zielona trawa, która teraz porosła solidnym lasem, znak upływu czasu. Choć oglądając ma się wrażenie, że czas chyba przestał płynąć. Piłka odbiła się od drzewa, od trawy, od pagórka, ponownie od drzewa… trudno w to uwierzyć, odbiła się drugi raz pod rząd od drzewa… i spadła Jej Czarciej Wysokości pod nogi. Co teraz ta blada diablica z tym zrobi? Co zrobi? Wprawi ów kulistą bombę suspensu w ruch? Nie ma litości, wprawiła… O matko najmilejsza – pytam się w myślach – czy zniosę kolejną wędrówkę tej piłki? Zniosłem! Dla syna jestem w stanie nawet balansować na granicy szaleństwa. Ale już dość, zobaczmy teraz coś z fabułą i jakaś akcją, coś z przesłaniem.

Psi(a) patol(ogia)

Żeby daleko nie szukać – na pierwszy ogień idzie absolutny hit Synka o pomocnych pieskach rozwiązujących problemy mieszkańców pewnego malowniczego miasteczka. Przygód co nie miara, pozytywne treści, zero przemocy. Dla dziecka, może i tak. Mi nie jest do śmiechu. Ów malowniczym miasteczkiem rządzi Pani Burmistrz, która nadaje się do tej funkcji jak głuchy do call center, a na dodatek fakt, że nosi ze sobą w torebce kurę, każe podejrzewać u niej jakieś zaburzenia psychiczne. Gość z doniczką zamiast czapki to wariat, a kobieta z kurą pod pachą zamiast chiwawy nie? Jak to świadczy o mieszkańcach, skoro godzą się, aby ich przedstawiciel władzy mógł paraliżować miasto, bo mu nioska zaginęła. Albo są też szurnięci, albo zastraszeni, a Pani Burmistrz jest dyktatorem – Kim Dzong Un też chodzi głównie uśmiechnięty, robi co chce, a mieszkańcy jakoś się nie buntują. A główni bohaterowie? Pieski są sympatyczne, bezproblemowe i pracowite, uczą jak przezwyciężać swoje lęki, jako jedyne zwierzęta potrafią mówić, rozwiązywać wszelkie problemy innych mieszkańców i również jako jedyne posiadają super technologię. Czy to znaczy, że jak masz sprzęt i gadżety to jesteś lepszy od innych?

Sam to nie bohater

Skoro promować pomaganie, to może lepiej skupić się na bajce o konkretnym, realnym zawodzie – na przykład na strażaku. Dzielny strażak sam pomoże wszystkim, bo ma lepszy sprzęt? Nie, ma do dyspozycji to, co wszyscy strażacy, z tą różnicą, że ma super odwagę i wiedzę. Sam twierdzi, że nie robi nic nadzwyczajnego, nie jest żadnym bohaterem, ratuje innych, bo taki ma zawód.  Skoro sam tak mówi, to dlaczego mu nie wierzyć? Może nie chodzi mu o to, że jest takim skromnym gościem, tylko o to, że wypada tak na tle współpracowników-patałachów. Presley (czy jak mu tam) jest kwintesencją indolencji i pecha. Już to sobie wyobrażam – zerkam przez okno uwięziony w płonącym budynku, patrzę, a z gaśnicą biegnie Luis (czy jak mu tam), więc zaczynam zastanawiać się jak ze sobą skończyć, aby bolało mniej niż śmierć w płomieniach. Na domiar złego szef straży pożarnej widzi jego niekompetencję, czemu daje wyraz mobbingując go na każdym kroku. Jednakże z jakiegoś powodu go nie zwolni. Może Elvis jest po matce z tych Presleyów, albo pan Kapitan ma sadystyczną uciechę z poniżania słabszych?

New hope

Prześlizgiwać się po animowankach można by jeszcze długo i krzywić się choćby na Tomka i jego przyjaciół, którzy pod rozkazami swojego zawiadowcy-komunisty marzą jedynie o tym, by być użytecznymi (bumelant to wiadomo co…). Albo Świnki Peppy… której skomentowania nawet się nie podejmuję. Ale w gąszczu tego wszystkiego trafiają się bajeczki, w których nawet dorosłemu powieka nie drgnie przy oglądaniu. Miałbym tylko skromy postulat, dlaczego nie zaznaczać bajek ostrzeżeniami. Skoro można „Piłę”, czy jakąś „Sztukę kochania” oznaczyć jako „dozwolone od 18 lat”, to dlaczego na taką „Wandę i jej zielonego ludka” nie dać ostrzeżenia „Dla widzów poniżej 7 roku życia”?

Pozostaje tylko nadzieja, że poziom animowanek rośnie wprost proporcjonalnie do wieku widza. Choć z drugiej strony jak pomyślę o takim Sponge Bobie Kanciastoportym… na tego Boba czas u nas jeszcze nie nastał, ale wiem, że nastanie… i na tego Boba już czekam jak na wyrok w zawieszeniu.

Autor: Piotr Rogala




Żaden rodzic się nie przyzna, ale każdy to robi!

 Rodzice przeważnie chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Starają się postępować odpowiedzialnie, wychowywać mądrze, dokształcają się w swoim rodzicielstwie, bo i czasem porady jakiejś posłuchają, a nawet bywa, że przeczytają to i owo o wychowaniu. Jest super.

„Nie kąpać we wrzątku” – no i gra, a niech się kąpie w normalnej. „Nie dawać do picia kawy” – się wie, zero kawki, będzie Kubuś, bynajmniej ja, proszę pana, na zdrowiu swojego dziecka nie oszczędzam. „Nie zostawiać samego w samochodzie” – ofkors, oczywista oczywistość, co ja, psychol jestem?. „Nie puszczać bajek” – eeee… taaaa… nie no wiadomo, że nie… znaczy nie przez godziny, ale… ok, generalnie nieeee, ale czasami jak tak ładnie prosi… A CO, MA BYĆ OPÓŹNIONY JAK WSZYSTKIE INNE DZIECIAKI OGLĄDAJĄ? A CO, CHWILA SPOKOJU TEŻ MI SIĘ NALEŻY, A NIE CIĄGŁA BIEGANINA, KRZYKI, WALENIE, I JAK INACZEJ ZJE CAŁY OBIADEK? FARMAZONY TAKIE WYPISUJĄ PISMAKI BEZDZIETNE ŻYCIA NIEZNAJĄCE…. itd. itp. Będzie więc o tym, co wszyscy rodzice wiedzą, że nie powinni robić, a jednak to robią.

TV – Zło

Negatywny wpływ oglądania bajek przez dzieci badał i opisywał już chyba każdy z amerykańskich ośrodków badawczych, wiec i każdy rodzic jest w stanie wyrecytować przynajmniej ze 2-3 takie opinie wraz z listą kilkunastu skutków ubocznych i niedorozwojów, jakie taki Strażak Sam może wywołać u jego dziecka. Ale co, nie włączysz mu choć jednego odcinka przygód tego poprawnego do obrzydliwości typka z gaśnicą pod pachą? Włączysz, włączysz… każdy włącza. Przecież od kilku bajek jeszcze nikt nie umarł. A poza tym, skoro sam straciłeś wzrok na Gumisiach i Yatamanie, a mimo to masz dom, rodzinę, pracę i się nie jąkasz, to chyba nie ma co przesadzać? Ale ty twardo nic nie puszczasz, telewizor sprzedałeś i wiążesz mu oczy jak idziecie na zakupy? Szacunek, pięknie, serio. A w samochodzie? Co? Głośniej! Mówże głośniej synu, to spowiedź, a nie kurs czytania z ruchu warg. Aha, aha, rozumiem… a jak często?

Podróże krzywdzą

Samochód to dla wielu zupełnie inna bajka i rządzi się zupełnie innymi prawami, bo jak niby taki malec (i jego rodzic) ma przetrwać wielogodzinną trasę bez chwili wytchnienia przed bajeczką na tablecie? Nie da się. Można w ogóle w trasę nie ruszać… ale nie podróżować znaczy tyle, co krzywdzić dziecko, bo przecież podróże kształcą, a ja chcę mieć dziecię kształcone, bywałe, które wie, czym się ślimaki popija. Więc nie ma to tamto, trzeba do Dębek jechać.

Są oczywiście też rodzice spryciarze i w trasę jeżdżą tylko nocą, wiec pacholęta im przesypiają całą drogę i problemu oglądania nie ma. Super, bo dużo osób jest takich cwanych. Tyle, że generalnie wożenie śpiącego malucha jest co najmniej niewłaściwe. Szok, co? Chyba, że wiedzieliście? Ci, co wiedzieli, a wożą śpiące maluchy, rozumiem, że wyżej stawiają ryzyko utraty przez nie wzroku, niż głowy. Ci, co nie wiedzieli… no cóż, wiedza oznacza władzę i ból d… – Dobra, zaraz tam trasa, autostrada, 200 km/h i karambole. Po osiedlu spokojnie małego przewiozę, to mi uśnie i jest spokój. Zgadzam się, kto choć raz nie jeździł po osiedlu, żeby uśpić celowo pociechę, niech pierwszy rzuci kamieniem. – Ała, kto to rzucił? No dobrze, twoje nigdy nie spało w aucie. Dobrze, wierzę. Powiedz tylko, jak to robisz, że nie usypia: siedzi na pineskach czy masz sole trzeźwiące?

Poduszka też zła

Dobra, odpuśćmy na chwilę i powiedzmy, że Małe nie śpi, bo jest genialne i rozumie, że spać nie można w samochodzie.  Ale mimo, że genialne, to jednak nie na tyle, żeby czegoś od nas nie chciało. A chce wszystkiego, chce pić, chce jeść, chce podnieść upuszczonego pluszaka, chce i chce. Ty już to przerabiałeś wiele razy, ale ręka mimo treningu nadal nie jest z gumy, żeby tam z tyłu operować z wprawą kelnera, wiec sadzasz malucha przy sobie z przodu. Po pierwsze będzie podjarany podróżą na przednim fotelu jak Łajka w Sputniku, po drugie będzie blisko, więc będziesz mieć dostęp do klienta łatwiejszy… tylko ta poduszka, znaczy Air Bag. Co z nią? No nie ma opcji wyłączania, więc jak maluchowi wywali w razie kolizji… to nieważne czy siedzi przodem do kierunku jazdy, czy tyłem, odniesione obrażenia mogą skończyć się dla niego nawet koniecznością rehabilitacji… do końca życia.

To jak, wozisz z przodu mimo to, czy nie? Jasne, a kto nie wiózł? Ale to przecież dwie przecznice pod dom babci, nawet na kolankach niech sobie pojedzie, niech ma radochę. Nie? Dobra, no to nie z przodu. Z tyłu będzie jeździł. Może i racja, jest zima, ślisko, jeszcze ktoś nie wyhamuje na śniegu… główka pracuje. Ale jak zima, to kurteczka, a kurteczka plus fotelik to… – Panie, ja wiem, że się ponoć dziecko w kurtce wyślizguje z tych pasów, ale bez przesady, jakoś całe życie się turlałem na tylnym siedzeniu malucha i co? Dom jest, rodzina jest, praca jest, nie jąkam się… więc bez przesady. Co oni sobie wyobrażają, że go będę na mrozie rozbierał, jak i bez tego gluta ma do pasa? Poza tym parę metrów go tylko wiozę do przedszkola tylko.

Glut

Ha! Nie ma nic piękniejszego, niż słoneczny poranek, drzewka przyprószone białym puchem, auto odpaliło mimo mrozu, w przedszkolnej szatni potomek uśmiechnięty, aż rwie się, by już ci pomachać na do widzenia, aż tu nagle przyprowadzają gruźlika. Jak to możliwe, tu, do przedszkola? Powtarzasz w myślach trasę, bo może skręciłeś za wcześnie i to jakiś oddział zakaźny. Ale nieeee, przedszkole jak nic, wiszą przecież minikurteczki, znaczy wisiały chwilę temu, bo już wszystko pospadało jak tamten zakasłał. Scena grozy. Rodzice w szatni przerażeni, część myśli, że to grzmi i czołgają się do wyjścia, jakaś babcia wyjęła różaniec myśląc, że mały demony przyzywa, tylko jego matka nic. Zero reakcji. Pokerowa mina. Królowa saperów. Nie ma tematu. Ale coś się dzieje w ogóle?

Niestety atmosfera gęstnieje, więc żeby ją rozładować – ­A co ty tak synuś dziwnie… zakrztusiłeś się? Aż by się chciało od razu wykrzyknąć: tak, kurna mać, ewidentnie albo kłaczek, albo nurofen mu się cofnął i wpadł nie w tę dziurkę! Ale każdy rodzic milczy, bo wie, że sam nieraz miał nóż szefa na gardle, który dość dobitnie daje do zrozumienia, że oto firma rozumie problemy demograficzne kraju i z cała odpowiedzialnością wspiera politykę prorodzinną, co przejawia się chociażby poprzez paczki świąteczne dla dzieci, niemniej nie widzi związku z koniecznością korzystania z tak wielu zwolnień lekarskich? A skoro nie ma związku, to kręci, unika pracy. Są przecież opiekunki, można wynająć przecież. Nie stać go na opiekunkę? No to niech pracuje ciężej, dostanie awans i podwyżkę, będzie go stać na opiekunkę, a nie na zwolnienia chodzi. Chyba logiczne, czego tu nie rozumiesz?




Co gryzie współczesnego ojca?

DSCN3787

Są takie chwile w życiu ojca, gdy nachodzą go iście ojcowskie myśli, ocierające się wręcz czasami o refleksje natury etyczno-moralno-folozoficzno-wychowaczej. Jako że zbliża się Dzień Ojca, zasiadłem z fajką w ulubionym fotelu i wodząc wzrokiem po kolekcji jelenich poroży zamierzyłem się wypłynąć na głębię ojcowskich rozważań. Na szczęście zamierzyć się nie oznacza od razu gdzieś tam płynąć. Młodemu ojcu wystarczy, że się zamierzy, ledwo nogi zamoczy na płyciźnie ojcowskich dylematów, a już ma wyzwanie.

 

Ojciec-porywacz

Jako że większość ojców to faceci, a faceci lubią wyzwania, bywa, że ojciec rzuci się na głęboką wodę i postanowi sam wybrać się z maluchem w miejsce publiczne. Osobiście taki napad bohaterstwa miałem kilka wieczorów temu, kiedy przypadł mi w udziale zaszczyt nabycia drogą kupna kilku strategicznych produktów do domu. Postanowiłem, że zabiorę potomka ze sobą. Typowy męski wypad, pod pachą sześciopak, jakaś popitka, coś na ząb i panienki (czyt. zgrzewka wody mineralnej, mleko modyfikowane, jajko niespodzianka, ekspedientki rozanielone nielatem). Wychodzimy na pewniaka, a tu małego nagle łapie tęsknica i woła na cały głos „mama, mama!”, a po chwili „baba, baba!”. Ani pierwszej, ani dwóch pozostałych nie ma. No ewidentnie go opuściły, a jak faceta opuszczają naraz trzy kobiety jego życia, to się smuci. A że mój syn jest prawdziwym facetem, to łez się nie wstydzi (po prawdzie nie wstydzi się nawet usmarkać z rozpaczy, ale to tylko dowodzi skali jego męskości). Ludki z boku popatrują i co widzą? Jakiś brodaty typ taszczy zapłakanego maluszka wołającego bliskich. Zastanawiam się wtedy ilu obserwatorów sceny roi sobie: Chyba porywacz. Bogdan patrz – no ten tam. Porywacz. No jak nic ci mówię! Uprowadził dzieciątko, które desperacko wzywa bliskich. Jakby był jego ojcem, to by mu dziecko tak płakało? Porwie i sprzeda na organy. Bogdan, weź rzesz dzwoń na policję.

 

Ojciec cioci

Czekam dnia kiedy będę musiał udowadniać ojcostwo na jakimś parkingu. Na razie wprawkę w temacie daje żłobek/przedszkole, które legitymują ojców, którzy dość sporadycznie odbierają swoje pociechy. I to jest ok.

– Dzień dobry, ja po tego i tego.

– A dzień dobry, poproszę dowodzik, bo jeszcze nie wszystkich kojarzę z pierwszej grupy.

– A nie ma problemu, proszę.

Ąę ę… elegancja, maniery, super. Ubieram wiec sobie maluszka, pytam jak tam minął dzionek. (- Tata) Czy rysował sobie, czy jadł ładnie. (- Tata, no halo tata). Czy fajnie się bawił z dziećmi, czy chce po drodze do domu zajść na huśtawkę? Jednak za plecami cały czas jakiś irytujący głos powtarza tata i tata. Słyszę, że to nie dziecko, ale jakaś dorosła baba, wiec się odwracam…

No tata, wreszcie, wołam i wołam… no, tata, podpisz jeszcze listę – oznajmia mi rozbrajająco opiekunka ze żłobka wręczając papier i długopis. Jeśli rozmiar zdziwienia można by zmierzyć, to mój był wówczas niemierzalny. A więc to do mnie było?! Równie dobrze pani opiekunka mogłaby robić pompki na jednaj ręce – byłbym nie bardziej zaskoczony. Co to za obyczaj? Kobieta, która mogłaby być moją matką, mówi do mnie tata weź. Ja rozumiem, że człowiek pracujący w tak szkodliwych warunkach jak żłobek nie może nie odnieść uszczerbku na zdrowiu, ale nosz taka nie taka mać, co ja mam na takie dictum odpowiedź? Jasne córciu, gdzie mam podpisać!? Czy też: tak już podpisuje, niech ciocia poczeka!? Czy tak wypada odpowiedzieć? Brzmiałoby to nieco gburowato, z drugiej jednak strony, większym chyba chamstwem odpowiadać per pani, komuś kto mówi ci „tato”? Przysłuchawszy się chwilę otoczeniu stwierdziłem, że to specyfika języka cioć, ale to niczego nie wyjaśnia. Po dłuższej analizie problemu doszedłem do wniosku, że taka przedszkolanka jest jak zakonnica lub ksiądz. Dlaczego? Do pracy w żłobku/przedszkolu nie każdy się nadaje. Żeby się tym zająć trzeba czuć powołanie (i to chyba aż od Stwórcy). Zatem panie żłobianki nie pracują, one pełnią posługę bliźnim. I tak jak ksiądz mówi do innych „synu, córko” tak, żłobianka używa zwrotu „tato, mamo”. Problem tylko w tym, że to nadal nie wyjaśnia jak się do nich zwracać, bo per analogia do „proszę księdza”, należałoby im mówić „proszę siostry”. Ale siostra nie mówi do brata „tato”…

Ojciec on board

Jak głosi stare porzekadło: pożyczyć samochód ciężej niż dziewczynę. Fakt, że ma to ścisły związek z tym jaki jest samochód i jaka dziewczyna, ale mniejsza o to. Rzecz w tym, że dla wielu facetów samochód to nie tylko środek transportu, lecz wychuchany, pokryty lakierem powód do dumy i radości. Wraz z przeobrażeniem auta w pojazd rodzinny powód do radości słabnie, bo jak tu czerpać radość jak za głową trwa albo jazgot, albo jeszcze gorzej – uczta. A dziecięce uczty samochodowe kończą się tym, że samochód przestaje też być dumą właściciela. Sytuacja taka: teren zabudowany, korek, albo nie, lepiej, pusta 3-pasmówka, ojciec toczy się jak trzeba 60 km/h – w końcu wiezie malucha; za jego plecami trwa w najlepsze impreza zasiadana, coś jakby małe przyjęcie, a w zasadzie biesiada z najlepszymi gatunkami chrupek i biszkopcików w menu suto zakrapianym soczkami i musikami.  Jak pokazał niejeden mecz piłkarski, kiedy jedni się bawią, inni liczą straty, i tak jest i teraz. Ojciec ma tylko jeden dylemat: zapierać, oddać do prania, czy jeszcze poczekać?

Pozdrawiam,

Piotr Rogala




Sztuka wychowywania

sztukawychowywania

Czym jest wychowywanie dziecka? Oczywiście wyzwaniem i przywilejem rodzicielstwa, powiedzą idealiści, ale tak czysto pragmatycznie, to czym jest? Mamy, dajmy na to, ciastko, towar reglamentowany, prawo, które zabrania go zjeść przed obiadem, partyzanta prowadzącego akcję wejścia w posiadanie tego strategicznego surowca i dwoje zaborców czyniących wszytko li tylko w celu ciemiężenia ludu i utrzymania władzy. Mamy zatem klasyczny konflikt dwóch stron, których sprzeczne interesy muszą prowadzić do próby sił. Zatem wychowanie dziecka to wojna!

Wychowanie, tak jak i sztuka wojenna, opiera się na kilku podstawowych zasadach. Przede wszystkim na zdyscyplinowaniu i konsekwencji prowadzonych działań. I dotyczy to głównie koalicji rodzicielskiej, ponieważ mali partyzanci zazwyczaj są sami z siebie niezwykle wytrwali w swoich dążeniach. Potrafią bowiem całymi dniami wysuwać roszczenia wobec słodyczy, tygodniami walczyć o wolność od wieczornej kąpieli, i w reszcie miesiącami toczyć kampanię na rzecz noszenia na rękach. Tylko od stanowczości podjętych działań koalicjantów zależy powodzenie w bitwie. Kluczową kwestią jest również zachowanie zdolności bojowej. I znów dotyczy to głównie wojsk sprzymierzonych, ponieważ maluch nawet śpiąc, nawet w chorobie zdolności tych nie traci. Co więcej, staje się wówczas bardziej niebezpieczny, bo mniej przewidywalny i trudniejszy do spacyfikowania. Co innego rodzic. Przeziębienie, przepracowanie, pośpiech, miejsce publiczne potrafią skutecznie obniżyć zdolność skutecznego posługiwania się swoim arsenałem.

Imperium kontratakuje

Aparat władzy dysponuje szeregiem środków reakcji w przypadku konfliktów zbrojnych. Zazwyczaj na wszelkie roszczenia odpowiada na początku próbą negocjacji w celu pokojowego rozwiązania sporu. W końcu wojska można jeszcze rozproszyć, a czołgi pogasić. Jednak tłumaczenia, prośby, obietnice obopólnych korzyści z rozejmu rzadko kiedy przynoszą zamierzony skutek w sprawach naprawdę istotnych. Kiedy wojna o rysowanie po ścianie rozgorzeje na dobre, rodzic wytacza artylerię gróźb skutkujących odebraniem rebeliantowi dotychczasowych przywilejów oraz szantażu ograniczenia swobód obywatelskich lub zlikwidowania czekoladowych subwencji z niespodzianką w środku. Macie bowiem wiedzieć, że są dwa sposoby walczenia – trzeba być lisem i lwem, pozwolę sobie powtórzyć za Machiavellim.

 

Mały powstaniec

Maluch prowadzący swoje działania militarne nie jest bezbronny. Tu, jak łatwo się domyślić, dysponuje przede wszystkim płaczem – bronią masowego rażenia, którą detonuje bez względu na miejsce, czas i potencjalne straty w ludności cywilnej. Z czasem maluch rozwija bardziej wyrafinowane taktyki wojenne, przykładowo – próbę rozbicia sojuszu rodzicielskiego. Osiągnięcie celu oparte jest na ofensywie skierowanej wobec jednego z rodziców przy zastosowaniu silnego ostrzału ze „słodkich oczek” (szczególnie niebezpieczny jest atak kombinowany „słodkie oczka” plus buziaki). Takie koalicje są zwykle bardzo nietrwałe, toteż mały partyzant włącza do gry wojska najemne – dziadków. Opłacani uśmiechami weterani walk wychowawczych są niezwykle cennymi sojusznikami malucha – bezgranicznie oddani, wprawieni w dyplomacji i niegdysiejszej pacyfikacji rodziców.

 

Rozejm

Ktoś gotów powiedzieć, że wychowywanie to nie tylko potyczki, przeważają jednak okresy spokoju, zgody i przyjaznej atmosfery. Trudno temu odmówić racji, ale czyż pokój nie jest tylko brakiem wojny, jak twierdził Ronald Regan? Rodzic-strateg to wie i w czasie zawieszenia broni jak każdy okupant nie składa broni, zmienia tylko formę walki, czyli sięga po propagandę. W domu rozbrzmiewają wówczas hasła typu: Trzeba myć ząbki bo będzie próchnica, Plucie pomarańczą złe, Grzeczne dzieci nie rysują po telewizorze, Przecież mama nigdy nie chce dla Ciebie źle, etc. Rodzicielizacja pełną parą.

 

Każdy ma swoje Waterloo

Każda wojna składa się z bitew. Nie wszystkie da się i powinno się wygrać. Czasem trzeba poświęcić kilka potyczek, bo pyrrusowe zwycięstwo jest żadnym zwycięstwem. Mały partyzant czasem odnosząc sukces też kształtuje swój charakter, a bezlitosne niszczenie wszelkich ośrodków oporu paradoksalnie nie przyniesie wychowawczego skutku. Wojna też nie jest celem samym w sobie, prowadzona z maluchem ma swój szczytny cel. Jej zaniechanie byłoby prawdziwą klęska dla obu stron. Ważne zatem, żeby pamiętać, że kampania trwa i trwać będzie jeszcze długo, bo przeciwnik rośnie w siłę, doskonali technologię, ulepsza kamuflaż i usprawnia wywiad. A zatem: Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny.

 

Z żołnierskim pozdrowieniem,
Piotr Rogala