Ustąp ciężarnej, do cholery!

ustąp ciężarnejCiąża to nie choroba. Chciała, to ma. Gdzie się pcha?! Niech stoi i czeka, jak inni! Kiedyś rodziła w polu, a następnego dnia szła zbierać ziemniaki!

Żyjemy w XXI wieku. Mamy akcje takie jak „Odmienny stan, odmienne traktowanie” Anny Majewskiej czy #jestemwciąży Nicole Sochacki-Wójcickiej. Mamy naklejki w Rossmannie i placówkach zdrowia mówiące o tym, że ciężarne obsługiwane są w pierwszej kolejności. Mamy kasy pierwszeństwa dla ciężarnych, miejsca parkingowe dla ciężarnych. A mimo to nadal, nieustająco napotykamy na obojętność, a nawet wrogość wobec kobiet w ciąży.

Dlaczego poruszam ten temat?

Po mojej wczorajszej przygodzie w Lidlu i poście, który spontanicznie opublikowałam na moim fanpage’u, ruszyła lawina komentarzy:

Wróciłam przed chwilą z Lidl Polska, gdzie po zgarnięciu na szybko wszystkich składników na kolację, stanęłam w długiej,…

Gepostet von Motheratorka.pl am Dienstag, 20. Februar 2018

Dziewczyny, mamy i ciężarne, piszą w nich o zachowaniach ludzi w stosunku do ciężarnych. Najgorzej reagują starsi ludzie. Ci sami starsi ludzie, którzy nie mają oporów, żeby poprosić nas o ustąpienie miejsca w komunikacji miejskiej czy o powiedzenie, o której przyjedzie tramwaj, bo nie mogą dojrzeć na rozkładzie. Luz, nie mam z tym problemu i zawsze, jak tylko mogę, pomagam. Ale przykro mi, kiedy czytam, że ciężarne w mało wybredny sposób odsyłane są przez nich po wolne miejsce w autobusie czy w kolejce do młodszych. Że mają pretensje o to, z jakiej racji mają kogokolwiek przepuszczać. Wyzywają od młodych kurew z życzeniem, oby się kaleka urodziła (sic!).

Inni, młodsi, w obecności ciężarnej nagle tracą wzrok, wpatrują się uparcie w telefon lub książkę. Czasami wręcz biegną, żeby stanąć przed nią w kolejce! Zahaczając o brzuch nawet nie przeproszą i mają świetne wymówki, żeby nie ustąpić pierwszeństwa: spieszy im się, są zmęczeni, im się należy bardziej. Osobiście również doświadczyłam podobnych sytuacji, na przykład w kolejce do pobrania krwi, gdzie mimo wyraźnej naklejki mówiącej o tym, że ciężarne mają pierwszeństwo, grupa emerytów oburzyła się, gdzie ja się pcham.

Przykłady można by mnożyć i mnożyć.

I jest to tym bardziej przykre, że robi się ich coraz więcej. Od zeszłego roku mamy w Polsce ustawę, zgodnie z którą ciężarnej należy się bezwzględne pierwszeństwo w placówkach zdrowia. Nie sądzę jednak, żeby wszędzie była ona przestrzegana, zwłaszcza przez pacjentów. Pozytywne reakcje można policzyć na palcach jednej ręki, i to najczęściej w tych samych miejscach, takich jak wspomniany Rossmann, czy placówki LuxMedu.

Oczywiście, można by uważać, że kobieta w ciąży niczym się nie różni od przeciętnego człowieka.

A jednak wiedza medyczna świadczy na niekorzyść tej teorii. Po pierwsze układ krwionośny ciężarnej jest dużo bardziej obciążony niż przeciętnego człowieka. Z tego powodu pojawiają się u niej obrzęki i jest podatna na tracenie przytomności. Podczas długotrwałego stania jej serce jest bardzo obciążone. Jej odporność spada do poziomu odporności małego dziecka. Co gorsza, wraz z dodatkowymi kilogramami i rosnącym brzuchem, środek ciężkości ciała ciężarnej przesuwa się, więc dużo trudniej jest jej utrzymać równowagę. (źródło: wywiad z @mamaginekolog). Długie stanie może być u niej również przyczyną wolniejszego wzrostu płodu, zwiększać ryzyko powikłań ciąży, takich jak stan przedrzucawkowy, przedwczesny poród i urodzenie zbyt małego dziecka. (źródło: mamotoja).

Zresztą wystarczy trochę wyobraźni.

Czy widząc kobietę w ciąży wiemy, czy ciąża ta przebiega bezproblemowo? Czy nie ma powikłań, cukrzycy ciążowej, anemii i innych problemów, których na pierwszy rzut oka nie widać? Nie potrzebujemy mieć w oczach rentgena, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że w środku tej kobiety jest mały, bezbronny człowiek, którego swoją bezmyślnością możemy narazić na fatalne skutki.

Uderza mnie też mocno diametralna różnica pomiędzy traktowaniem w komunikacji miejskiej kobiet z dziećmi i kobiet w ciąży. Podczas gdy rzadko kiedy widzę, jak ludzie sami z siebie ustępują tym drugim, te pierwsze nie mają żadnego problemu, żeby zdobyć miejsce siedzące. A tak naprawdę w jednym i drugim przypadku z grę wchodzą dwie osoby, dwa odrębne byty: małe, bezbronne dziecko i odpowiedzialna za nie matka.

Mam nadzieję, że ten wpis dotrze do jak największej ilości ludzi, zwłaszcza takich, którzy na swoim sumieniu mają te najmniej przyjemne zachowania w stosunku do ciężarnych i teksty typu „ciąża to nie choroba” czy „jej się nie należy”. Do takich ludzi apeluję o rozsądek i wyobraźnię.

Wszystkich innych nawołuję do zachowań takich, jak moje: do zachęcania ciężarnych, aby głośno upominały się o swoje prawa. Bo sama na swoim przykładzie wiem, że im samym często jest albo głupio, albo nie mają już po prostu siły użerać się z kolejnymi idiotycznymi komentarzami ignorantów.

A wy, ciężarne, walczcie o swoje! Należy wam się jak psu buda!


Zapraszam do grupy Matki, mamy, mamusie – motherujemy życie, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością!




Moje kosmetyczne odkrycia 2017 roku

najlepsze kosmetyki 2017

Rok 2017 nie był łaskawy dla mojej cery. Mimo że skończyłam 32 lata, nigdy wcześniej, nawet jako nastolatka w czasie dojrzewania, nie miałam takich problemów i nie szukałam tak intensywnie dobrej jakości kosmetyków.

Po części to, a po części potrzeba zmian (od lat używałam niezmiennie tych samych produktów) sprawiła, że odkryłam kilka bardzo przyjemnych kosmetyków, które chciałabym wam dziś pokazać i polecić.

Tusz do rzęs Lovely Pump Up

tusz do rzęs lovely pump up

Wiem, że wiele z was na pewno go już zna, ale dla mnie jest to odkrycie tego roku. Wcześniej całymi latami wierna byłam Max Factor 2000 Calorie, ale coś się w nim w moim odczuciu popsuło i zaczęłam szukać alternatywy. Do tuszu Lovely podchodziłam jak do jeża. No bo jak to – taki tani i taki niby dobry? Kłóciło mi się to, ale któregoś dnia zaryzykowałam. Okazało się, że tusz ma świetną, sztywną szczoteczkę, która doskonale rozczesuje rzęsy (nie lubię silikonowych i elastycznych szczoteczek). Nie kruszy się, jest wydajny, naprawdę świetny jakościowo. W niczym nie ustępuje dużo droższym konkurentom. Polecam spróbować go chociaż raz! Ja się absolutnie zakochałam.

Korektor do brwi Eveline Art Scenic Brown

korektor do brwi eveline art scenicTrend ogarniętych brwi uważam za fantastyczny, bo zupełnie zmienia to i doskonale uzupełnia codzienny makijaż. Jednak jako wiecznie spiesząca się matka nie miałam nigdy czasu na malowanie brwi cieniami. Korektor Eveline po pierwsze je rozczesuje i układa, a po drugie nadaje im kolor i kształt. Rano zajmuje mi to dosłownie dwie minuty więcej podczas codziennego malowania się. Wybrałam kolor brązowy, bo czarny wydawał mi się jednak zbyt intensywny. Warto spróbować, bo cena jest naprawdę atrakcyjna.

Krem ultranawilżający Resibo

krem ultranawilżający resiboDłuuugo szukałam idealnego kremu nawilżającego do twarzy. Nie tylko wydajnego, ale i z gęstą, zwartą, nie lejącą się konsystencją, dobrze wchłaniającego się i naprawdę działającego, a przy okazji delikatnego i z naturalnym składem. Krem Resibo spełnia wszystkie te warunki. Nie należy do najtańszych, bo jego cena waha się pomiędzy 60 a 80 zł, ale jest naprawdę wydajny (jedna pompka starcza na całą twarz) i wystarcza na około dwa do trzech miesięcy. Forma opakowania zapewnia wykorzystanie kosmetyku do ostatniej kropli, bo nie ma prawa dostać się do niego powietrze. Używam go codziennie rano pod makijaż i czasami na noc. Po jednym opakowaniu widzę, że moja twarz jest wyraźnie lepiej nawilżona. Zamierzam być mu długo wierna.

Krem La Roche-Posay Effaclar Duo [+]

krem effaclar duo plusZdaję sobie sprawę, że na temat tego kremu krążą różne opinie, ale mimo wszystko postanowiłam przetestować go na własnej skórze. Jego zadaniem jest wyrównywać koloryt cery i zwalczać niedoskonałości, z czym radzi sobie bardzo dobrze. Ma tez działanie matujące i nawilżające. Okazało się, ze jest dla mnie idealny zarówno rano pod makijaż, jak i wieczorem, na oczyszczoną cerę. I to właśnie przez noc działa najlepiej, ponieważ wycisza wszelkie trądzikowe zmiany i podrażnienia, uspokaja i wygładza skórę. Jego cena waha się pomiędzy 40 a 70 zł, warto więc szukać promocji.

Peeling enzymatyczny Sylveco

peeling enzymatyczny sylveco

Odkrycie tego peelingu to efekt moich kolejnych poszukiwań w stronę kosmetyków naturalnych. Jest bardzo delikatny dla twarzy, a przy stosowaniu raz do dwóch razy w tygodniu bardzo wydajny. Ma konsystencję masła i podczas mycia nim twarzy wydaje się, że nic się nie dzieje, a mimo to buzia robi się wygładzona i miękka. Mimo dość nieprzyjemnego dla mnie zapachu (coś jakby zioła z miodem i cytrusami) uwielbiam go używać i bardzo wspomaga moją walkę z gładką cerą. Uwaga: aby faktycznie odczuć jego działanie, twarz należy myć od trzech do pięciu minut, zgodnie z zaleceniem producenta.

Azjatyckie maseczki w płachtach

Te maseczki to mój wielki hicior 2017 roku. Szukałam czegoś, co pomoże mi zapewnić spore nawilżenie cery, dając trochę lepszy efekt niż kremy. Koreańskie i japońskie maseczki w płachtach nie tylko dają mi mega-giga-bombę nawilżeniową, ale są też cudowne w stosowaniu. Nie trzeba nic smarować, nic zmywać (a często miałam z tym trudność w przypadku maseczek smarowanych) – wystarczy położyć na twarz płachtę na 15-20 minut, a następnie ją zdjąć, wklepując resztki produktu w twarz. Najlepiej robić to wieczorem, bo wtedy działanie przeciąga się na noc i rano budzimy się z buźką niemowlaka. Te maseczki ratowały mnie też po zmyciu ciężkich wieczorowych makijaży. Wystarczyło 15 minut powstrzymać się przed zaśnięciem po męczącej imprezie, a moja cera rano była mi za to wdzięczna.

Polecam zamówić sobie paczkę kilku maseczek i popróbować. Wszystkie poniższe są bardzo fajne, testowałam na sobie i polecam.

Skin79:

Monkey animal Mask mocno nawilżająca

All That Aloe nawilżająco – łagodząca

Holika Holika:

Baby Pet Magic Mask

Aloe 99% Soothing Gel

Juicy Mask sheet Aloe

Pure Essence Avocado

Pure Essence Acaiberry

Skin Rescuer Hyaluronic Acid

Skin Rescuer Vita C

Japońskie szampony i odżywki

japońskie szampony i odżywki

Szampon i odżywka Shikioriori Tsubaki

Szampon i odżywka Beaua 10 essences

Mam bardzo gęste i grube włosy, które, ze względu na to, że mieszkam w pełnym spalin mieście i pracuję w klimatyzowanym pomieszczeniu, ciągle potrzebują nawilżenia i wygładzenia. Zanim kupiłam te produkty, długo przyglądałam im się z daleka, bo odstraszała mnie cena (wahająca się od 50 do 70 zł za sztukę). Któregoś razu skorzystałam z promocji i okazało się, że dzięki tak dużej pojemności (odpowiednio 600 i 700 ml) i pompce dozującej odpowiednią ilość produktu wcale nie wychodzi to drogo. Jednorazowo wydatek jest większy, ale w tym czasie, kiedy zużywam dużą butlę jednego z tych szamponów i odżywek, zużyłabym dwie lub trzy butelki mniejszych kosmetyków. Żaden z tych produktów nie obciąża włosów, ale też włosy nie puszą się po nich nadmiernie. Na dodatek wspaniale pachną i faktycznie sa bardzo dobrze nawilżone.

Mam nadzieję, że udało mi się polecić wam naprawdę dobre kosmetyki. A jeżeli macie jakies swoje kosmetyczne hity, koniecznie mi je polećcie. Jestem otwarta na wszelkie nowości! 🙂




10 rzeczy, których na pewno NIE zrobię w te Święta

czego nie zrobię w świętaŚwięta Bożego Narodzenia są pięknym czasem. Spokojnym, magicznym i refleksyjnym. W moim wspomnieniach z rodzinnego domu również takie były i zawsze uczono mnie, że to bardzo specjalne chwile. Pamiętam, że jako dziecko bardzo na nie czekałam i nigdy nie byłam nimi rozczarowana.

Ten wpis miał w pierwotnej wersji nosić tytuł „Czy moje dziecko wybaczy mi, że nie miało magicznych świąt?”. Brzmiał tak dlatego, że, stety lub niestety, nie robię masy rzeczy, które obserwuję obecnie głównie wśród rodziców dzieci aktywnych w mediach społecznościowych. Wystarczy wspomnieć, że dopiero minęła połowa listopada, a my już pędzimy za wszystkim, co dotyczy tych trzech dni w roku. W sklepach już są tłumy, reklamy już atakują nas idealnymi prezentami, instagram atakuje nas perfekcyjnymi przygotowaniami. Mam wrażenie, że od kilku lat Boże Narodzenie zamieniło się w wyścig, w którym startujemy, chcąc, nie chcąc, wszyscy, o północy z 1 na 2 listopada.

A może by tak wyluzować?

Może tak po prostu, ze zdrowym podejściem, nie zrobić kilku rzeczy w imię świętego spokoju i nie spinania się przez prawie dwa miesiące tylko dla tych trzech dni? Oto moja lista rzeczy, których na pewno nie zrobię w tym roku i pewnie przez kilka najbliższych lat też nie.

1. Nie opakuję prezentów we własnej roboty opakowania

Nie jestem uzdolniona manualnie – to raz. Nie mam czasu, bo pracuję na etacie – to dwa. Nie będzie ani zgrabnych wycinanek, ani własnoręcznie zrobionych bilecików, ani innych tego typu czasochłonnych ozdób, bo po prostu nie czuje się do nich powołana. Dla tych trzech sekund rozpakowywania wystarczy mi kupny papier i wstążeczka. A wszyscy i tak będą się cieszyć z prezentów.

2. Nie upiekę pierniczków

Robienie pierniczków jest moją zmorą. Zrobiłam je raz w życiu, poświęcając na to trzy wieczory. Jedynym plusem tej roboty były solidne bicepsy, które uformowały się dzięki wyrabianiu ciasta. Będę musiała przeżyć bez pierniczków.

3. Nie przygotuję własnoręcznie kalendarza adwentowego

Ta sama historia co z opakowaniami. Naprawdę nie wiem, czy jestem aż tak do bólu pragmatyczną osobą, czy aż tak bardzo przywiązaną do własnych wspomnień z dzieciństwa, ale mnie jako dziecko zawsze cieszyły czekoladki wyjmowane z klasycznego kupnego kalendarza. I znowu – brak czasu przemawia za tym, żeby nie podążyć za modą tworzenia własnych kalendarzy. Są piękne i pięknie prezentują się na zdjęciach, ale nie dla mnie takie atrakcje.

4. Nie zamówię rodzinnej sesji zdjęciowej

To pewnie piękna pamiątka i nie wykluczam, że kiedyś się na nią skuszę, ale na pewno nie w tym roku. Z jednej strony to dla mnie kwestia wydatków, które i tak w okolicach świąt są napompowane do granic możliwości, z drugiej – znowu czas! Szczerze mówiąc im dalej piszę ten wpis, tym bardziej przekonuję się, jak strasznie mało go mam…

5. Nie kupię mojemu dziecku świątecznych ubrań

Tak, znowu jestem pragmatyczna. Ciuchy, które można nosić przez tydzień w ciągu roku? Serio? Jedyne szaleństwo, na które sobie pozwoliłam, to piżama z czerwononosym reniferem. Na wigilię będzie pewnie koszula z kołnierzykiem i dżinsy, które po godzinie zamienią się w zwykłą bluzkę i dresik. Tak, moje dziecko również jest pragmatyczne.

6. Nie podpowiem dyskretnie mężowi, co bym chciała pod choinkę

My po prostu kupimy sobie wspólny prezent, coś do domu, z czego oboje będziemy korzystać. To już od kilku lat nasza tradycja, która bardzo dobrze się sprawdza i nie widzę powodu, żeby ją zmieniać. Ba, ja ją wręcz polecam!

7. Nie będę się przejmować, że przytyję

To ostatnia rzecz, którą zamierzam się przejmować, zwłaszcza, że w tym roku (tak, jeszcze w tym, a nie od 1 stycznia) planuję poważnie się za siebie wziąć. Mam do zrzucenia kilka kilogramów, ale umówmy się. Święta nie są najlepszym czasem, żeby przejmować się dietą.

8. Nie ubiorę choinki tak, żeby była fotogeniczna

Mam pudło różnokolorowych ozdób choinkowych, których używam co roku. Czasem dokupuję kilka elementów, ale nie planuję choinki pod kątem fotogeniczności, instagrama i jednego, wiodącego koloru. Moja choinka jest przeważnie lekko krzywym chaosem. I za to ją kocham.

9. Nie przyozdobię całego mieszkania świątecznymi dekoracjami

Szczerze podziwiam osoby, które co roku kupują nowe dekoracje do mieszkania, albo, o zgrozo, wykonują je same. Nawet, kiedy nie miałam dziecka, nie czułam w sobie powołania do okazjonalnych ozdób, które najpierw zbierają kurz, a potem, jeśli nie znajdzie się czasu na ich sprzątnięcie (a przeważnie się nie znajdzie), to ozdabiają dom aż do Wielkanocy. Dziecko natomiast jest dodatkowym usprawiedliwieniem, żeby nie zagracać dodatkowo mieszkania. Ono samo wie jak i czym najlepiej zagracać.

10. Nie spędzę sylwestra na modnej imprezie

To wyjątkowo nie świąteczny, ale mój ulubiony punkt. Nigdy szczególnie nie lubiłam przymusu fantastycznej zabawy na cudownej sylwestrowej imprezie. Cały świat się bawi, baw się i Ty! Musisz koniecznie pokazać wszystkim, że doskonale się bawisz! Brrr. Aż mnie wzdryga. Kiedy na świat przyszło moje dziecko i sytuacja zmusiła nas do kanapowego sylwestra i odrzucenia wszystkich zaproszeń odkryłam, że to jest najlepsza i najdoskonalsza forma spędzania tej nocy. Dres i kapcie. Nic więcej mi nie trzeba.

A co w tym roku zrobię na pewno?

Jak pewnie większość z was jak co roku obejrzę „Love Actually”, pojedziemy obejrzeć z roku na rok coraz piękniejsze świąteczne światełka na ulicach Warszawy, zrobimy sobie we trójkę wyprawę po choinkę i razem ją ubierzemy przy dźwiękach kolęd. Kupię masę mandarynek i pomarańczy, i będziemy się nimi zajadać. Spędzimy rodzinnie wigilię, a potem pierwszy i drugi dzień Świąt. Tylko tyle i aż tyle. Bez pędu, bez stresu i bez wyścigu. Czego i wam z całego serca życzę.




Rozpieszczanie pod kontrolą – jak oszczędzać, żeby nie ucierpiało na tym dziecko?

jak oszczędzać przy dziecku

Oszczędzanie w przypadku posiadania dziecka bardzo często rodzi u rodziców poczucie winy. Czy rzeczywiście rezygnacja z zakupu kolejnej zabawki jest jednoznaczna z cierpieniem malucha? Zdecydowanie nie! O wiele większą krzywdę można mu wyrządzić przesadnym rozpieszczaniem. Pytanie tylko – jak znaleźć złoty środek?

Od czego i jak zacząć rodzinne oszczędzanie?

Oszczędzanie to niewątpliwie słaba strona Polaków. Jak pokazują statystyki, oszczędzamy stosunkowo niewiele i bardzo nieregularnie. A wiedza o tym, jak z domowego budżetu wygospodarować pieniądze na dowolny cel potrafi czasem ułatwić życie i uniknąć niepotrzebnych stresów.

Od czego więc zacząć oszczędzanie? Odpowiedź nie jest prosta, bo jak wiadomo sukces zawsze stanowi wypadkową wielu różnych czynników.

Niewątpliwie konieczne jest uświadomienie sobie samej potrzeby oszczędzania. Odraczanie konsumpcji to doskonały sposób na zabezpieczenie się na wypadek nagłej utraty zatrudnienia, choroby czy innego wydarzenia, które zmusi nas do rezygnacji z pracy zarobkowej. Tzw. poduszka bezpieczeństwa, a więc środki pozwalające na przeżycie kilku miesięcy bez uzyskiwania dochodów, gwarantuje utrzymanie płynności finansowej, daje poczucie bezpieczeństwa oraz korzystnie wpływa na poziom pewności siebie. Co więcej, dysponując takim zabezpieczeniem znacznie łatwiej podjąć decyzję o zmianie pracy czy uruchomieniu własnej działalności gospodarczej.

Oszczędzanie to również doskonały sposób na realizację marzeń, wymagających zaangażowania większych środków, budowanie kapitału na spokojne życie po emeryturze czy sfinansowanie edukacji dzieci.

A kiedy już uświadomimy sobie, że oszczędzanie jest koniecznością, warto zatroszczyć się o właściwe planowanie. Pierwszym krokiem powinno być gruntowne przeanalizowanie domowego budżetu – zarówno strony przychodowej, jak i kosztowej. Mając świadomość tego, jak duże są nasze dochody, stałe wydatki i jak kształtują się poszczególne grupy kosztów zmiennych (np. żywność, rozrywka, odzież itd.), nieporównywalnie prościej będzie nam planować i identyfikować obszary, które można optymalizować. By sukcesem zakończyć misję pt. „rodzinne oszczędzanie” warto wyznaczyć sobie konkretny cel i działać zgodnie z opracowanym planem. Systematyczność w połączeniu z determinacją to dwa podstawowe czynniki sukcesu.

Jak rozpieszczać dziecko z głową?

Pojawienie się dziecka na świecie to niewątpliwie ogromna radość, ale również spore wydatki. Część jest uzasadniona, jednak wielu rodziców ma tendencję do rozpieszczania swoich pociech. Bo przecież każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej – próbuje przychylić mu nieba i zapewnić wszystko, co najlepsze. Niestety, takie działanie często prowadzi do przekroczenia cienkiej granicy pomiędzy rozsądnym kupowaniem a przesadnym rozpieszczaniem.

Jak tego uniknąć? Sposobów jest kilka. Warto przede wszystkim otwarcie rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach. Im szybciej dziecko pozna wartość pieniądza oraz różnicę między „chcę” a „potrzebuję”, tym lepiej. Konieczna jest otwartość w kwestiach finansowych oraz dawanie dziecku dobrego przykładu.

Każdy maluch musi wiedzieć, że pieniądze stanowią pochodną pracy, obowiązki domowe są czymś naturalnym, a dawanie daje znacznie większą przyjemność niż branie. Krzewienie takich wartości w młodym człowieku powoli na wychowanie malucha, który nie będzie egoistą czy leniwym egocentrykiem, ale szczęśliwym człowiekiem gotowym do bezinteresownej pomocy. Co więcej, łatwiej będzie mu racjonalnie gospodarować posiadanymi środkami.

Innym powodem rozpieszczania dzieci jest brak asertywności rodziców. Maluch musi wiedzieć, że w życiu nie zawsze dostaje się to, co chce. Im wcześniej zostanie mu to uświadomione, tym łatwiej będzie uniknąć dramatycznych scen rozpaczy w sklepie zabawkowym czy ze słodyczami. Ułatwi mu to też wejście w dorosłość i odnalezienie się w realnym życiu. Odmawianiu zakupu kolejnej zabawki czy gry absolutnie nie powinno towarzyszyć poczucie winy – raczej poczucie przekazywania maluchowi ważnych wartości.

Bardzo istotne jest ponadto wspólne spędzanie czasu z dzieckiem i uczestniczenie w jego rozwoju. Z jednej strony okazujemy mu w ten sposób miłość i stajemy się jego mentorem, zaś z drugiej unikamy rozpaczliwych prób zwrócenia na siebie uwagi rodziców. To właśnie nadmierna koncentracja na pracy i rzeczach materialnych bardzo często stanowi powód niewłaściwego zachowania naszego dziecka. A zagłuszanie własnego poczucia winy i tęsknoty drogimi prezentami to najgorsza strategia. W dodatku o bardzo krótkim okresie działania…

Najczęstsze błędy popełniane przy oszczędzaniu w rodzinie

Gdzie zatem szukać realnych oszczędności, by jednocześnie nie mieć poczucia, że nasz maluch coś w ten sposób traci? Nim przyjrzymy się bliżej wydatkom o charakterze zmiennym, warto sprawdzić w pierwszej kolejności koszty stałe. Zwykle dają one stosunkowo duże pole do manewru. O czym mowa? O rachunkach za media, telefon, Internet, telewizję itd. Konkurencja na rynku jest dziś ogromna, dlatego też zmiana dostawcy może okazać się bardzo korzystna. Nawet stosunkowo niewielkie oszczędności w skali miesiąca, mogą w ujęciu rocznym złożyć się na pokaźną sumę.

Kolejny istotny obszar stanowią wszelkiego rodzaju produkty finansowe. By przejść do fazy oszczędzania, konieczne jest uprzednie uporanie się ze wszelkimi zobowiązaniami. Rzeczywiste oprocentowanie kredytów czy pożyczek jest przynajmniej kilkukrotnie większe aniżeli oprocentowanie netto najkorzystniejszych lokat. Warto zatem w pierwszej kolejności pozbyć się wszelkich zobowiązań (począwszy od najbardziej kosztownego), a dopiero później zacząć myśleć o oszczędzaniu. Spore spustoszenie w portfelu mogą stanowić także kosztowne rachunki bankowe oraz wydane do nich karty. Zmiana banku może nie tylko wyeliminować niepotrzebne koszty, ale również pozwolić na wypracowanie niewielkiego bonusu. Promocji bankowych jest dziś naprawdę wiele, więc i im warto się przyjrzeć.

A z jakich wydatków związanych z dzieckiem zrezygnować? Zamiast kupować maluchowi kolejną zabawkę, grę komputerową czy elektroniczny gadżet, warto zarazić go jakąś pasją, od najmłodszych lat skłaniać do aktywności fizycznej i wspólnie spędzać czas, oddając się kreatywnym rozrywkom, które nie pociągają za sobą żadnych wydatków. Wspólne gotowanie, naprawa domowych sprzętów, praca w przydomowym ogrodzie czy rodzinne wyjście na basen lub do parku bardzo często gwarantuje większą frajdę aniżeli nowa gra czy zabawka.

Autorem wpisu gościnnego jest Jakub Górecki, ekonomista z pasji i wykształcenia. Na co dzień redaktor bloga o oszczędzaniu MySaver.




Dlaczego tak cholernie ciężko jest prowadzić bloga

Postanowiłam zamknąć bloga. Pisanie przestało mi sprawiać przyjemność, nie miałam czasu na ogarnianie facebooka i instagrama, chciałam mieć więcej czasu dla rodziny. Mój ciężki kryzys twórczy trwał nieprzerwanie z drobnymi zrywami w zasadzie od końcówki grudnia zeszłego roku i przestałam już dawać sobie jakiekolwiek szanse na to, że do tego wrócę. Powiedziałam sobie, że jeżeli do końca 2017 roku się nie podźwignę, zawieszę to na kołku.

Prowadzenie bloga jest cholernie ciężkim zajęciem. Zwykły, szary czytelnik może mi w tym momencie zadać pytanie: dlaczego „prowadzenie”, a nie „pisanie”? Ano, dlatego, że poza zwykłym napisaniem wpisu dobry bloger (a za takiego chciałabym się uważać i marzyłabym, aby za takiego uważali mnie moi czytelnicy) dba o cała masę innych rzeczy: chce mieć dobre zdjęcia, chce się merytorycznie przygotować do napisania tekstu, chce mieć dobre pozycjonowanie w wyszukiwarce Google, chce mieć zaangażowanych fanów na facebooku i followersów na Instagramie. Innymi słowy łaknie i pragnie lajków, komentarzy i udopstępnień, i sen z oczu spędza mu wizja ich braku. Serio.

Marzy o nich do tego stopnia, że cały ten proces, cała ta otoczka pisania wpisu, które niegdyś było dla niego czystą przyjemnością, zaczyna podkopywać jego motywację, podcinać mu skrzydła i, w ostatecznym rozrachunku, sprawiać, że przestaje mieć ochotę na napisanie choćby jednego zdania. Tak to przynajmniej u mnie działało i miesiącami nie byłam w stanie się wyzwolić z tego dziwacznego impasu.

Do tego wszystkiego dochodziło, niczym bzycząca nad uchem mucha, uczucie, że…

…nigdy już nie napiszę tekstów na miarę moich najlepszych.

Potworne uczucie.

Byłam w tym roku na dwóch olbrzymich konferencjach blogowych: Blog Conference Poznań i See Bloggers. Jednak, kto śledzi mnie od jakiegoś czasu i choć trochę mnie zna, ten wie (bo mędziłam na ten temat na prawo i lewo), że w kwestii blogowania miałam dwa największe marzenia: jednym z nich było znalezienie się w rankingu Tomka, a drugim udział w Blog Forum Gdańsk, którego renomę znałam jeszcze zanim zaczęłam w ogóle prowadzić bloga. I o ile zeszłoroczną porażkę (nie dostałam się) przyjęłam z godnością, o tyle tegoroczny sukces przyjęłam bez godności: cieszyłam się jak małe dziecko!

Ale zaraz potem przyszła refleksja.

Chwila moment, przecież tegorocznym motywem przewodnim BFG jest przekraczanie granic. Po kiego szlaka mi przekraczanie granic?! Żadna ze mnie blogerka podróżnicza, rzadko przekraczam granice, no, ale dobra. Zaprosili, to jadę.

I nagle okazało się, że pojechałam tam, żeby przekroczyć własne granice. Żeby przestać myśleć o zamykaniu bloga, a zacząć się zastanawiać jak dać mu nowe życie. Żeby, wychodząc poza ramy samego blogowania, posłuchać o rzeczach ważnych i ważniejszych. O tym, jak ludzie blogują o swoich problemach tak poważnych, jak depresja. O sytuacji imigrantów w Polsce widzianej pełnymi łez oczami ojca małego dziecka pochodzenia hinduskiego, który przestał jeździć komunikacją miejską i nauczył się mieć grubą skórę, ale przecież dziecka tego nie nauczy. O tym jak się podnosić po porażkach i jak wyciągać z nich wnioski na przyszłość tak, aby przekuć je w sukces.

blog forum gdańsk

Ale dwie rzeczy na Blog Forum Gdańsk absolutnie wbiły mnie w fotel i zmieniły moje myślenie o 180 stopni. Jedna z nich były warsztaty z twórczego pisania z Konradem Kruczkowskim haloziemia i Anną Śmigulec, dziennikarka Dużego Formatu. Pozwoliły mi one spojrzeć na pisanie z innej perspektywy, podszkolić mój własny pisarski warsztat i posłuchać, jak to robią najlepsi. Nie do przecenienia!

Co do drugiej rzeczy, miałam do niej nastawienie: no pewnie, że idę! Będą heheszki! A mocno się zaskoczyłam, i to pozytywnie. Tą rzeczą, a raczej osobą, była Janina prowadząca kultowego już bloga janina.daily. Janina jest mistrzynią ciętego, inteligentnego żartu, a jej humorystyczne riposty po prostu uwielbiam, bez względu na kontekst. Natomiast to, co podczas BFG Janina zrobiła dla mnie, nie było w ogóle śmieszne. To właśnie ona, swoim zadaniem polegającym na pisaniu przez cztery minuty o tym, dlaczego chciałabym być truskawką sprawiła, że zdałam sobie sprawę, że to ja sama dla siebie jestem ograniczeniem. Że jeżeli tylko chcę, mogę usiąść i pisać cokolwiek. Nie przejmując się czy czcionka jest odpowiednia, czy ludziom się spodoba, czy SEO będzie dobre. Dała mi niewiarygodną siłę i olbrzymią motywację.

blog forum gdańsk

Jeszcze jeden aspekt Blog Forum Gdańsk bardzo mi się spodobał, ale tego akurat się spodziewałam. BFG jest wydarzeniem kameralnym. Dużo więc rozmawiałam, poznałam kilka nowych osób, a to zawsze jest olbrzymia wartość dodana takich konferencji. Natomiast tutaj nie gubiłam się w tłumie i to było fantastyczne uczucie.

Zapytacie pewnie, co teraz zrobię, skoro tak duże marzenie jak pojechanie na Blog Forum Gdańsk już się spełniło? Będę marzyć dalej. Bo teraz dopiero wiem, że warto. I chcę tam być co rok.

Fotografia „Blogaki”: Kaja Wolnicka

Fotografia ze ścianki: Małgorzata Kotkowicz




Bielactwo – moja historia, przyczyny i leczenie

bielactwo przyczyny i leczenie

Bielactwo, z łaciny vitiligo. Choroba Michaela Jacksona i modelki Winnie Harlow (na zdjęciu tytułowym). I moja. Choroba bardzo powszechna, zwłaszcza, kiedy, tak jak ja, zwraca się na nią wzmożoną uwagę. I zaskoczenie w oczach ludzi, kiedy mówię, że  tak, miałam. I wyleczyłam.

Poniższy wpis kieruję do wszystkich mam, których dzieci może to dotyczyć, ponieważ zwłaszcza u dzieci (zwykle po 10. roku życia) bielactwo leczy się najskuteczniej.

Czym jest bielactwo?

Ludzkim językiem bielactwo to mlecznobiałe plamy na powierzchni skóry o nieregularnym kształcie, które nie opalają się na słońcu. U mnie zaczęło się od małych kropek na prawej dłoni, które stopniowo rosły (zablokowane później przez leczenie) i rozprzestrzeniły mi się wyżej na rękę, ramię, szyję i brodę. Fachowym językiem bielactwo to niedobór melaniny, czyli barwnika nie tylko skóry, lecz także tęczówek oczu i włosów. To stopniowa depigmentacja skóry. Co ciekawe, zwykle depigmentacja ta jest symetryczna, obejmuje obie strony ciała, natomiast u mnie objęło to tylko i wyłącznie prawą stronę. Dlaczego? Mam pewnie podejrzenia.

Co jest przyczyną bielactwa?

Tak naprawdę główne przyczyny są dwie. Bielactwo można odziedziczyć w genach lub może być ono efektem stresu pourazowego. U mnie wyglądało to w ten sposób, że, kiedy byłam dzieckiem, rok po roku najpierw spadł na mnie czajnik z gotującą się wodą i miałam poparzoną całą prawą nogę, a następnie złamałam na nartach prawą rękę w taki sprytny sposób, że przez miesiąc chodziłam w gipsie od pasa po szyję. Mam wrażenie, że dla mojego organizmu było to dość sporo. Możliwe też, że spadła mi wtedy odporność (co dla bielactwa ma spore znaczenie) i reakcja była taka, że białe plamki pojawiły się najpierw na prawej dłoni, następnie na prawej stronie ramienia, szyi i po prawej stronie brody.

Na czym polega leczenie?

Leczenie jest długie i wymaga dużej systematyczności. Polega na naświetlaniu lampą PUVA, często w połączeniu ze smarowaniem zmian preparatami intensyfikującymi efekt i pobudzającymi pracę melaniny. Dodatkowo można stosować na zmiany przed wyjściem na słońce preparaty roślinne. U mnie był to dziurawiec. Leczenie nie było zbyt bolesne, ale nie było tez przyjemne, zwłaszcza, że wiązało się z częstymi poparzeniami skóry na powierzchni białych plamek. Jednak, o dziwo, poparzenia są bardzo dobrym objawem, ponieważ świadczą o tym, iż skóra reaguje, a barwnik został pobudzony do działania.

W leczeniu bielactwa ważna jest szybka reakcja na jego pierwsze objawy, czyli błyskawiczna wizyta u dermatologa, ponieważ im szybciej zaczniemy naświetlania, tym mniejsza będzie szansa, że białe plamki się powiększą i rozprzestrzenią.

Jaki jest efekt leczenia?

Leczenie przechodziłam jako nastolatka, można więc sobie łatwo wyobrazić co to dla mnie oznaczało. Fakt, iż plama umiejscowiła się na twarzy, miejscu bardzo widocznym dla otoczenia, nie dodawał mi pewności siebie. Podziwiam bardzo mocno moją mamę za wytrwałość w wożeniu mnie do szpitala na naświetlania i w nieustannym nakłanianiu mnie do wystawiania twarzy na słońce. Wtedy miałam tego serdecznie dość, bo takie wystawienie przeważnie kończyło się poparzeniem, natomiast na dzień dzisiejszy, właśnie dzięki mojej mamie, mój problem z bielactwem nie istnieje. Plamy na całej dłoni, ramieniu i szyi zniknęły, są koloru reszty ciała, natomiast plama na brodzie jest bardzo mało widoczna i po nałożeniu makijażu nie widać jej w ogóle, zwłaszcza w okresie zimowym, kiedy nie jestem opalona. Przy opaleniźnie plamka robi się delikatnie różowa.

Bielactwo nie wpłynęło na mnie w żaden istotny sposób, poza kompleksami wieku nastoletniego. Jednak w ostatecznym rozrachunku wiem, że leczenie miało duży sens dla mojego zdrowia fizycznego i psychicznego. Jestem szczęśliwa, że ta choroba już mnie nie dotyczy.

Źródło zdjęcia tytułowego: medium.com.

Podobne wpisy: