Matko Supermenko!

Matko Supermenko!

Przyniosłam w weekend z Lidla do domu, tak przy okazji innych zakupów, choinkę w doniczce. Spędziłam z moim dzieckiem tydzień w szpitalu. Potrafię bujać go przez pół nocy kiedy tego potrzebuje, bo jest chory lub wychodzą mu kolejne zęby. A to przecież tylko kilka przykładów, bo każda z nas może je mnożyć i mnożyć. Dlatego dzisiaj chcę to powiedzieć na głos: my, matki, mamy super moce!

Chcecie dowodów? Oto one.

O ilu rzeczach naraz jesteś w stanie pamiętać?

Termin wizyty u lekarza, szczepienia, przedstawienia w przedszkolu, lista zakupów (spożywcze, chemia, dzieciakom poprzecierały się skarpetki, a pater familias chodzi w dziurawych gaciach), mnóstwo spraw w pracy i w domu. Pamiętasz ile jakiego leku masz podać, chociaż karteczkę z zaleceniami czytałaś tylko raz. Przetrwałaś kolki, trzydniówki, ospy, świnki, znasz każdy rodzaj płaczu swojego dziecka. Rano ogarniasz siebie i malucha (w wersji pojedynczej, podwójnej lub, hardkorowo, potrójnej), pamiętasz o której obudzić męża i z czym dzisiaj zrobić mu kanapki do pracy. Znasz prognozę pogody na trzy dni do przodu, wiesz jaką czapkę i bluzę założyć nielatowi, czy ma być kurtka, czy wystarczy bezrękawnik. Większości tych rzeczy nie zapisujesz, po prostu o nich pamiętasz. Hiper- inteligencja? Umysł cyborga? Nie, po prostu jesteś matką.

Ile rzeczy naraz jesteś w stanie przenieść z miejsca na miejsce za pomocą dwóch rąk?

Mi się zdarzało tachać fotelik z dzieckiem, na ramieniu mieć swoją normalną torbę, bo przecież to się nie liczy, do tego jeszcze torbę od wózka i zakupy. Dół wózka wypchany po brzegi wszystkim, co się da? Absolutny standard. Nie wyobrażam sobie jak to będzie, kiedy tego wózka zabraknie. Nagle wersja po dziesięć toreb w każdym ręku i dziecko na barana przestaje być przerażająca, zresztą co to dla mnie, jeżeli potrafię na jednym ręku bujać do snu dziesięciokilogramowe szczęście, a drugą ręką wycierać mu nos. Skąd w nas ta nadludzka siła, skoro całe życie byłyśmy delikatnymi kobietkami wyręczanymi we wszystkim przez silnych ojców i walecznych mężów? Moja teoria jest taka, że ta umiejętność rodzi się w nas w momencie porodu i już do końca życia nas nie opuszcza.

Ile godzin w ciągu doby jesteś na nogach?

Policzmy. Pobudka między czwartą a siódmą, cały dzień na pełnych obrotach, kąpiel i kolacja o 19:00, jak się uda to buziaczek i dobranoc o 20:00, i można zacząć życie. Jakaś kolacja, ogarnięcie chałupy, może nawet film. Pewnie zaśniesz w trakcie, ale jeśli nie, to Morfeusz weźmie Cię w swe objęcia między 22:00 a północą. No to ile tych godzin wychodzi? Na moje oko od piętnastu do dwudziestu. Plus najczęściej przerywany sen. A kiedyś było to ze wszech miar niewyobrażalne.

Ile etatów ciągniesz naraz?

Pociągnijmy dalej nasze obliczenia. Jeżeli etat to osiem godzin, to samo macierzyństwo daje nam trzy. Funkcja żony daje nam ze dwa (pomijam czas snu), a praca zarobkowa to najczęściej jeden. Dla mnie dodatkowe pół etatu to blog, więc w sumie wychodzi mi sześć i pół. W jednej dobie! Stachanowiec? Pracoholik? Kiedyś oburzyłabym się jak to możliwe, nikt tyle nie tyra, każdy potrzebuje kiedyś odpoczynku. A teraz nagle okazuje się, że przywdziewam pelerynę superbohatera i to wszystko jest dla mnie realne, wręcz zapominam o tym, bo staje się to normą i nie ma innej opcji.
Uf. Jesteśmy silne, niesamowite i bohaterskie. Czasem tylko, gdy peleryna przestaje powiewać, a elastyczny strój, który nosimy pod znoszonym t-shirtem, zabrudzi się zupą, kupą i mlekiem modyfikowanym, przysiadamy gdzieś na chwilę w kącie, żeby chwilę pochlipać. Czasem musimy się komuś wyżalić, czasem mamy gorszy dzień. To normalne. Każdy superbohater ma jakiś wrażliwy punkt, w który zdarzy mu się zarobić. Nie zmienia to faktu, że nadal jest nieśmiertelny, otrzepuje się, regeneruje i ponownie wkracza do akcji, jeszcze silniejszy.
Autorką grafik jest Nathalie Jomard z bloga Grumeautique.



5 sposobów na prosty wybór imienia dla dziecka

pregnant-453200_1920

Mówi się, że człowiek nie wie ilu ludzi mu w życiu podpadło, dopóki nie musi wybrać imienia dla własnego dziecka. Coś w tym jest, bo łatwo wpaść w pułapkę zbyt wielu negatywnych skojarzeń i emocji, szczególnie, że w ciąży hormony robią swoje. Zanim więc zalejesz się łzami nad ciężkim wyborem, jaki postawiło przed Tobą ciążowe życie, i zanim dziesięć razy pokłócisz się na ten temat z partnerem, przeczytaj rady, które pomogły mi w wyborze imienia mojego dziecka.

 

1. Emocje na bok

To najtrudniejsza część zadania. Warto od początku uświadomić sobie, że imię, które wybierzemy dla naszego potomka, który póki co prawdopodobnie jest jeszcze małym kropkiem na monitorze USG, będzie dla niego jak tatuaż. Przylgnie do niego na zawsze, a my przez całe życie będziemy się do niego zwracać za pomocą tego jednego, jedynego słowa, które teraz wybierzemy (oraz dziesięciu tysięcy innych zdrobnień, zwierzątek i wszelkiego rodzaju wymyślnych miłych określeń). Warto więc trochę na zimno i z dystansem (chociaż wiem oczywiście, że nigdy nie będzie to możliwe w 100%) zastanowić się, czy dane imię dobrze leży nam w ustach (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało) i czy mamy ochotę właśnie je wymawiać setki razy codziennie przez resztę życia.

2. Skojarzenia mają moc!

Przywołaj wszystkie – te dobre i te złe. Każde złe skojarzenie pozwoli Ci odsiać absolutnie odrzucane imiona. Pomyśl jak nazywali się Twoi byli, koleżanki, z którymi się pokłóciłaś, nielubiany nauczyciel czy sklepikarka, która sprzedała Ci zgniłe jajka. W drugą stronę zrób to samo. Może masz swoich ulubionych bohaterów książek lub filmów, pewnie spotkałaś na swojej drodze ludzi, którzy pozytywnie zapadli Ci w pamięć. Ja mam na imię Magdalena, bo moja mama miała na studiach koleżankę Magdę, która była bardzo sympatyczna. Osobiście bardzo podoba mi się taki powód wyboru imienia i bardzo swoje lubię. Z kolei imię mojego synka, Ignacy, kojarzy mi się z postacią Ignacego Borejko stworzoną przez Małgorzatę Musierowicz (która z nas nie czytała za młodu Jeżycjady?) – bardzo pozytywnie i sentymentalnie. Nie bójmy się więc przywoływania wszelkich skojarzeń.

3. Imię ma różne wersje

Postarajmy się wszystkie te wersje wziąć pod uwagę. Warto usiąść z długopisem i wypisać je sobie lub poszukać w internecie jak dane imię może się zdrabniać. Ja miałam na względzie dwie rzeczy – czy zdrobnienia imienia będą w mojej opinii ładnie brzmieć oraz czy nie będą się rymować z żadnymi obraźliwymi czy brzydkimi określeniami. Trzeba pamiętać, że dzieci, rówieśnicy, bywają okrutne i potrafią wymyślać przykre przezwiska, najczęściej na bazie rymu do jakiejś wersji imienia. Wiadomo, że nie zawsze się to zdarza i że nie da się zapobiec wszystkim tego typu sytuacjom – przyszłości nie przewidzimy. Ale dla spokoju własnego sumienia warto przeanalizować czy akurat zarówno Jan, jak i Jaś oraz Jasiek na pewno przypadły nam do gustu.

4. To może tak coś z rodziny?

To drażliwa kwestia. U nas wchodziło w grę jedno rodzinne imię, które akurat pojawiło się i u mnie, i u Taty Ignasia, ale to do małżonka należał decydujący głos, który ostatecznie zadecydował, że dziwnie by mu było tak mówić do własnego dziecka i może to być drugie imię. Myślę, że to bardzo dobre rozwiązanie. Nie warto zmuszać się do nadawania danego imienia tylko dlatego, że pojawiało się w co drugim pokoleniu Twojej rodziny od czasów Mieszka Starego. Ale jeżeli bardzo chcesz i właśnie to imię Ci się podoba, to oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie. Dobrze też zwrócić uwagę na to, aby imię ładnie brzmiało z nazwiskiem. Ja na przykład lubię, kiedy w nazwisku powtarza się któraś litera z imienia, ale to oczywiście moje osobiste upodobanie.

5. Presja otoczenia

Rodzice, teściowie, dziadkowie, ciotki, wujkowie, a nawet koledzy i koleżanki zaleją Cię wspaniałymi propozycjami. Możliwe, że wśród nich będą te naprawdę dobre, które Ci pomogą, ale proponowałabym raczej opierać się na własnych sądach. Gdybym uległa takim sugestiom, mój synek nazywałby się dziś na przykład… Polikarp. Całkiem słodko i oryginalnie (zdrobniale mogłoby być Karpik), ale raczej trudno żyłoby mu się z takim imieniem. A więc w moim odczuciu im dłużej zachowacie dla siebie zarówno płeć, jak i pomysły na imiona, tym bardziej bezstronnie uda wam się to imię wybrać. Ostatecznie to właśnie wy jako rodzice najczęściej będziecie go używać, więc z całym szacunkiem dla wszystkich pozostałych, ale na szczęście ostateczny wybór należy do was i tego się trzymajmy.
Mam nadzieję, że moje rady chociaż trochę będą pomocne na trudnej ścieżce wyboru imienia dla oczekiwanego maluszka. A jeżeli nadal macie problem, zawsze możecie skorzystać z pomocnej dłoni Kabaretu Moralnego Niepokoju 😉
Powodzenia!!!



O co ten cały szum?

O co ten cały szum-

Pierwsze pół roku życia mojego dziecka było dla mnie okresem nieustającego szumu w uszach. I wcale nie chodzi o to, że aż tak otumaniła mnie nowo nabyta umiejętność bycia matką. Przyczyna była bardziej prozaiczna. Moje dziecko, jak większość noworodków i niemowląt, uwielbiało dźwięk suszarki.

Suszarka była z nami wszędzie. Zarówno w swojej klasycznej formie, jak i w wersji aplikacji w telefonie, generując duże zużycie prądu i szybkie wyczerpywanie się smartfonowej baterii. Ignaś zasypiał przy suszarce, uspokajał się przy niej i jadł. Tak, karmienie piersią również wiązało się dla mnie z nieustającym szumem. I kiedy powoli kończyliśmy już ten etap, a szum przestawał być potrzebny w codziennym funkcjonowaniu, polski rynek podbiły misie, o których nawet nie mogłam marzyć. Whisbeary, bo o nich mowa, zagościły już u księżniczki Charlotte i młodej Zuckerbergówny, a teraz wreszcie i ja mam szansę je poznać. A wierzcie mi, te misie są zdecydowanie warte poznania.

Made in Poland

Przede wszystkim miś powstał w 100% w Polsce, co bardzo sobie cenię we wszelkich dziecięcych produktach. Stworzyły go oczywiście, bo jakżeby inaczej, dwie mamy, Jula i Zuzia, po raz kolejny udowadniając, że to właśnie matki najwięcej wiedzą o potrzebach innych matek i ich dzieci. Renomę misia potwierdzają również nagrody, które otrzymał: został Zabawką Roku 2014 i uzyskał srebrny laur „Parents’ choice”.

Piękna oprawa

Kolejna rzecz, która mnie w misiu Whisbear zachwyca, to proste i piękne opakowanie, w którym przychodzi do swojego nowego właściciela. Komplet, który do mnie przyszedł, czyli Whisbear z turkusową łapką i otulacz w biało czarne fale, zapakowane były z troską i starannością o detale. Otulacz sprawna ręka zawiązała uroczą kokardką, a miś zapakowany został podwójnie – najpierw w worek wykonany z tego samego materiału co sam miś i otulacz, oraz prosty papier pakowny. Zresztą sami zobaczcie.

Piękna zawartość

Kiedy już rozpakowałam moje pudełko, co sprawiło mi niewysłowioną przyjemność, moim oczom ukazał się starannie uszyty otulacz, który sprawił, że zatęskniłam za czasami, kiedy moje bobo było na tyle maleńkie, żeby się do niego zmieścić – a takie chwile zdarzają mi się naprawdę nieczęsto.
Od razu po obejrzeniu otulacza z namaszczeniem zabrałam się za oglądanie misia, w czym oczywiście towarzyszyło mi moje głodne nowych wrażeń dziecko. Ignaś najpierw złapał za samego misia, ale po krótkiej analizie stwierdził, że worek zawiera jeszcze ciekawszy dla niego obiekt, czyli szumiące serce, za które szybko chwycił i dość długo trwały pertraktacje i przekonywanie, że mamusia również chciałaby się z nim zapoznać.

O co ten cały szum?

Testowaliśmy serce razem. Ignaś klikał w nie wielokrotnie i na tyle często, żebyśmy oboje przekonali się, że działa bez zarzutu, produkując biały szum trochę łagodniejszy od suszarki, zbawienny dla wszystkich kolkowych i niespokojnych niemowląt. Już po odłożeniu serca na półkę i chwilowym zapomnieniu, że tam leży, mój maluch zapłakał. I kiedy szybko pobiegłam mu na ratunek, ze zdziwieniem usłyszałam, że leżące obok serce szumi. W ten sposób zorientowałam się, że CRYsensor, nowa funkcja misiów, działa jak należy.
Warto wspomnieć o tym, że serce bezpośrednio po uruchomieniu szumieć będzie przez 40 minut, po czym łagodnie się wyciszy i przejdzie w stan czuwania, z którego wybudzić go będzie mógł właśnie płacz dziecka, który uruchomi go na kolejne 20 minut.
Tym, co również urzekło mnie w misiu, jest fakt, iż zaprojektowany został na podstawie obrazków rysowanych przez dzieci (czy może być coś słodszego?), a jego łapki dzięki zamontowanym w środku dość silnym magnesom, są w stanie objąć zarówno poręcz łóżeczka, jak i rączkę wózka, dzięki czemu Whisbear może podróżować z nami wszędzie bez ryzyka upadku czy zagubienia. Wisienką na torcie jest dożywotnia gwarancja, jaką objęty jest miś, sprawiająca, iż będzie on służył pokoleniom. Coś pięknego!
Myślę, że moje trudne początki macierzyństwa wyglądałyby inaczej, gdyby już wtedy ludzkość znała Whisbeara i CRYsensor. Już teraz wiem, że jeżeli Ignaś nie zostanie jedynakiem, to Whisbear w postaci misia i otulacza będą moimi najlepszymi przyjaciółmi.
Wpis powstał we współpracy z marką Whisbear.



10 pomysłów na prezenty (pod choinkę) dla noworodka i niemowlaka

prezenty dla niemowlaka

Kiedy ostatnio odradzałam Wam, czego nie kupować dzieciom pod choinkę, padło kilka pytań o to, co jednak należałoby kupować. Postanowiłam więc poszukać trochę różnych propozycji i podzielić je na trzy kategorie wiekowe: noworodek i niemowlę, roczne dziecko i dwulatek. Wewnątrz każdej kategorii postaram się pokazać prezenty różnorodne tematycznie i cenowo tak, aby każdy znalazł coś dla siebie. Dziś zapraszam na propozycje dla najmłodszych interesantów.

Prezenty dla rocznego dziecka można znaleźć tutaj: KLIK, a dla dwulatka tutaj: KLIK.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, więc zachęcam Was również do zamówienia listu i wideo od św. Mikołaja.

  • Tu przeczytacie na czym to polega: KLIK
  • Tu znajdziecie link do listu: KLIK
  • Tu znajdziecie link do wideo: KLIK

1.    Kąpiel

Noworodek i niemowlak są o tyle atrakcyjną grupą obdarowywanych, że w zasadzie obojętne im, co dostaną, bo albo wszystko sprawi im radość, albo będzie przydatne ich rodzicom. Warto zastanowić się nad tym drugim przypadkiem. Oto trzy propozycje z kategorii kąpiel.

 

  1. Ręcznik Kropka w kropkę o rozmiarach 120×120 cm, cena: 110 zł
  2. Kubek do mycia głowy Skip Hop, cena: 41 zł
  3. Pluszowa mata do kąpieli Blooming Bath, cena: 16,25 $ na aliexpress (uwaga, miesiąc oczekiwania)

 

2.    Pamiątki

To taka kategoria „na lata”. Jeżeli rodzic będzie na tyle cierpliwy i wytrwały, żeby wypełniać album, i starczy mu zapału, żeby odcisnąć maleńką stópkę, będą to wspaniałe pamiątki na przyszłość, wciąż bardziej dla rodzica niż dla dziecka. Najprostszym rozwiązaniem jest urocza ramka na zdjęcie. Do tego rozwiązania wystarczy chwila czasu i kilkadziesiąt groszy, aby to zdjęcie wywołać.

 

  1. (od góry) Pearhead, dziecięca ramka z miejscem na tekst, cena: 65 zł; Drewniana ramka ze zdjęciem Marynarz, cena: 69 zł
  2. Album naszego dziecka, wyd. Wilga, cena: 42,62 zł
  3. (od góry) Pearhead, odcisk stópki z miejscem na zdjęcie, cena: 109 zł; Baby Art, magiczne pudełko, odcisk rączki lub stópki, cena: 31,39 zł

 

3.    Przytulanki z misją

Jeżeli mamy już kupować przytulanki, to miło by było, gdyby miały jakiś cel, poza oczywiście czystą przyjemnością przytulania. Takich „bezcelowych” każde dziecko posiada na tony (moje na pewno). Pomyślałam więc, że dobrze by było, gdyby taka przytulanka szumiała, pachniała mamą lub nadawała się do gryzienia w trakcie ząbkowania.
  1. Whisbear, cena: 101,99 zł
  2. Cuski, cena: 99 zł (a na różową jest promocja 75 zł)
  3. Skip Hop, cena: 102 zł

 

4.    Ozdoby do pokoju

Gwiazdka to dobra okazja, aby maluchowi lub jego rodzicom sprezentować sympatyczny element wystroju pokoiku. Mogą to być jakże modne w ostatnich czasach literki składające się na imię dziecka lub inny napis, ręcznie szyta lub personalizowana poduszka lub ładny plakat. Ja, jako rodzic, na pewno z takich prezentów bardzo bym się ucieszyła.
  1. Literki personalizowane Koko Factory, cena za sztukę: 18 zł
  2. Plakat London, Jagodowy Kot, cena: 80 zł
  3. (od góry) Poduszka personalizowana, cena: 59 zł; Poduszka chmurka Koko Factory, cena: 70 zł

 

5.    Ubranka

Moim zdaniem ubranka dla noworodków i niemowląt są zawsze świetnym pomysłem. Jeśli nie znamy rozmiaru, warto kupić trochę na wyrost – zawsze się w końcu przydadzą, a dziecko rośnie w pierwszym roku życia tak szybko, że na ubranka dla malucha można wydać fortunę. Każdy rodzic będzie wdzięczny za taką formę prezentu. Moje propozycje: ubranka personalizowane, eleganckie i te wygodne, na co dzień.

  1. Body personalizowane, cena: 39 zł
  2. (od góry) Marynarka Kanz, cena: 120 zł; Sukienka długi rękaw Kanz, cena: 120 zł
  3. Komplet Kanz, cena: 179 zł (całość)

6.    Maty

Maty to naturalne środowisko życia każdego bobasa. Dopóki nie zacznie pełzać i raczkować, potrafi na nich spędzać, tak jak mój, całe dnie. A kiedy już z nich wypełznie, będzie gotowy na odkrywanie zabawy z wodą. Do tego również może posłużyć nam mata. Jestem ogromną zwolenniczką tego typu prezentów.
  1. Mata edukacyjna Tiny Love, cena: 160 zł
  2. Mata Skip Hop – puzzle piankowe, cena: 365 zł 
  3. Mata Tomy Aqua Splash’n’Print, cena: 61,30 zł

 7.    Karuzelki

Na podstawie własnego doświadczenia wiem, że mało który rodzic ma do tego głowę, a potem już po prostu nie ma czasu, żeby szukać. Jeśli dziecię urodziło się w okolicach listopada lub grudnia warto, po konsultacji z rodzicem, sprezentować mu taki gadżet. Do wyboru są różne: drewniane, pluszowe i takie na wypasie, z projektorami. Wybór należy do nas.

  1. Karuzela drewniana B My Prince Sevi, cena: 100,80 zł
  2. Karuzela pluszowa Timbuktales, cena: 210 zł
  3. Karuzela z misiami Fisher Price, cena: 140 zł

8.    Książeczki

Wprowadzanie formy książeczki od samego początku jest bardzo dobrym pomysłem, bo w następnych etapach dziecko również będzie sięgać po taką formę rozrywki. Co więc zainteresuje malucha? Po pierwsze kontrastowe kolory, dzięki którym moje dziecko było wytrawnym czytelnikiem od urodzenia. Po drugie dźwięki i faktury. Umówmy się, że porywająca fabuła na tym etapie nie jest naszym priorytetem.
  1. Piszcząca książeczka do kąpieli Nemo, cena: 8 zł
  2. Książeczka – harmonijka Oczami maluszka, cena: 13,34zł
  3. K’s Kids, książeczka interaktywna Umiem to zrobić, cena: 34,49 zł

 

9.    Oświetlenie

To kolejny element wystroju wnętrz, który sprawdzi się na tym etapie, szczególnie przy nocnych wycieczkach z butelką mleka. U nas rewelacyjnie sprawdziły się bardzo popularne już teraz cotton balle, natomiast nieustająco zachwycam się cudnym króliczkiem i pięknymi lampami Lamps&Company.

  1. Lampa Miffy marki Mr Maria, cena: 568 zł
  2. Cotton Ball Lights, cena: od 59 do 219 zł (w zależności od ilości kul)
  3. Lampa dla dzieci roboty Lamps&Company, cena: 299 zł

10.   Kocyki

Każdy rodzic wie, że kocyków nigdy za wiele. Cieńsze, grubsze, większe, mniejsze, do łóżeczka, do wózka. Uwielbiamy je! Krótko mówiąc: są rewelacyjnym pomysłem dla maluszka pod choinkę. Możemy wybrać zestaw na cały rok składający się z czterech kocyków (tyle szczęścia naraz!), uroczy szydełkowy kocyk (mój synek posiada podobny i kocyk ten jest czwartym członkiem naszej rodziny…) lub bambusowe cudo z myślą o odległym lecie.
  1. Kocyki 4 pory roku Kropka w kropkę, cena: 239 zł (za 4 kocyki)
  2. Lekki kocyk bambusowy pada lemoniada, Maylily, cena: 149 zł
  3. Duży koc cotton classic chabrowy, Color Stories, cena: 105 zł

Mam nadzieję, że wśród tylu propozycji znaleźliście dla Waszych maluchów lub innych dzieci w rodzinie jakieś ciekawe prezenty. To by oznaczało, że mój wysiłek nie poszedł na marne. Życzę miłych, szybkich i udanych zakupów!




Przepis na dobre życie w trzech krokach

Przepis na dobre życie w trzech krokach

Kiedy ostatnio siedziałam przy recepcji w pracy i czekałam, aż rozgrzeje się laminator (brzmi fascynująco, czyż nie?), a mijająca mnie koleżanka w odpowiedzi na swoje „cześć” ujrzała mój szeroki uśmiech i zapytała dlaczego ja się tak uśmiecham, odpowiedziałam jej, że przecież nie mam się czym martwić, bo na to szkoda życia. Jej reakcją było postanowienie, że musi to również zacząć stosować w swoim życiu.

Ta wymiana zdań dała mi do myślenia, że ludzie często nie zdają sobie sprawy, że tak naprawdę wystarczy, że zrobią bardzo niewiele, a ich życie będzie lepsze, bardziej pozytywne i optymistyczne. Z tego też powodu postanowiłam, że przy najbliższej okazji podzielę się moimi trikami, które sprawiają, że życie jest odrobinę lżejsze i że mam odrobinę mniej zmartwień, a więcej okazji do uśmiechu. Ta okazja nadarzyła się właśnie dziś.

1. Nie zazdroszczę

Są takie sytuacje w życiu – ktoś ma lepiej, komuś się poszczęściło, podczas gdy my ciągle tkwimy w tym samym miejscu, długo już nie mamy sukcesów, coś nam stoi na przeszkodzie. Nie będę tu prawić farmazonów, że przeszkodą jesteśmy my sami, bo nie wierzę w takie górnolotne idee. Na drodze do celu istnieją różne przeszkody, czasami zależne od nas, czasami nie, ale nie to jest ważne. Ważne jest nasze podejście i to, co mówimy na głos, gdy ktoś mówi nam, że mu się udało. Często pierwszą rzeczą, nawet jeszcze przed gratulacjami, będzie „Ale Ci zazdroszczę!”. Stop. Ja się w tym momencie zatrzymuję. Dla mnie to negatywna energia, której nie ma sensu przekazywać dalej. Owszem, nie jestem hipokrytką, w skrytości ducha zdarza mi się zazdrościć. Ale na głos wolę pogratulować i ucieszyć się z sukcesu drugiej osoby, a chwilę potem wdrożyć działania mające na celu mój własny sukces, moje własne pozytywne zmiany. Zawiść jest często tym, co wstrzymuje nas w miejscu i powstrzymuje przed koncentracją na własnych czynach. Najlepsza rada, jaką mogę dać? Trzeba patrzeć na siebie, być punktem odniesienia do samego siebie i wyznaczać sobie własne wzorce. A negatywne myśli odrzucić jak najdalej.

2. Nie żałuję

Nie jestem ani staruszką, która wszystko już o życiu wie i wszystko przeżyła, ale nie jestem też niedoświadczoną nastolatką. Jestem natomiast trzydziestolatką, która pewne doświadczenia ma już za sobą i jedno wiem na pewno: każde z tych doświadczeń wniosło coś do mojego życia, więc żadnego nie żałuję. Nieudane związki nauczyły mnie czego chcę, a przede wszystkim czego nie chcę w tym idealnym (chociaż, jak wiadomo, ideały nie istnieją). Znajomości zakończone w przykry sposób nauczyły mnie, jakimi i iloma informacjami mogę dzielić się z ludźmi i w jaki sposób powinnam to robić. Samotne wyjazdy nauczyły mnie samodzielności i radzenia sobie w ekstremalnych warunkach. Z perspektywy czasu lubię wszystkie moje doświadczenia, bo to one czynią mnie tym, kim jestem dzisiaj.

3. Ludzie z założenia są dobrzy

To najtrudniejszy punkt, dlatego zostawiłam go na koniec. Zawsze uważałam, że dobro dane drugiej osobie do mnie wróci, że serdeczność, którą okazuje, wygeneruje również serdeczność z drugiej strony. To nie zawsze działa, ale też fakt ten nie sprawia, że moja wiara w ludzi podupada. Można to nazwać naiwnością, ale zawsze tak samo dziwię się, kiedy nagle okazuje się, że ktoś jest nieuczciwy, postępuje nieetycznie czy życzy drugiej osobie źle. A jednocześnie do samego końca w duchu usprawiedliwiam takie osoby. Kiedy w autobusie złodziej zerwał mi z szyi złoty łańcuszek, jedyną pamiątkę po babci i jedyną tego typu zawieszkę, którą kiedykolwiek na tej szyi nosiłam, w swojej rozpaczy i smutku mówiłam sobie, że może złoczyńca miał ciężką sytuację w domu, chorą matkę lub dziecko i desperacko potrzebował pieniędzy. I nawet wiedząc, że prawdopodobieństwo takich wydarzeń było nikłe, miałam poczucie, że świat nadal nie jest taki zły.
Łatwo jest zazdrościć, żałować, oskarżać i podejrzewać ludzi. Pozytywna energia i optymizm wymagają od nas więcej wysiłku. Ale kiedy już wdrożymy u siebie taki sposób funkcjonowania, kiedy takie reakcje wejdą nam w krew, zorientujemy się, że nie marnujemy już czasu na to, co zatruwa nam życie i będzie nam z tym dużo lżej. Serdecznie polecam!

 




Za dorosło, za krótko, za trudno

Za dorosło, za krótko, za trudno

Może jestem subiektywna. Nawet na pewno. Nie oszukujmy się – nie po to piszę bloga, żeby karmić moich czytelników suchymi obiektywami. No więc tak, na pewno jestem. Dla mnie lata dziewięćdziesiąte były dzieciństwem, wymianą karteczkami (pierwsze przebłyski Disneya i Zachodu – pamiętacie?!), walkmanem, dyskietkami, graniem na informatyce w Prehistoryka, gumą turbo i batonikami Kukuruku. Poza tym, że jestem blogerką i matką, jestem też nauczycielką z wykształcenia i powołania – najgorszy gatunek, najbardziej upierdliwy. W końcu – jestem rocznikiem 1985 – ostatnim, który przed reformą skończył ośmioklasową szkołę podstawową. I nikt mnie nie przekona, że to nie jest najlepszy system szkolnictwa.

Sentymenty na bok. To nie jest tekst polityczny czy propagandowy, daleka jestem od oceniania poprzedniej i obecnej partii. Jednak nic mnie tak w ostatnim czasie nie ucieszyło jak wiadomość, że moje dziecko nie będzie musiało chodzić do gimnazjum. Dlaczego? Już mówię.

Nagła dorosłość

Jak świat światem, zmiana szkoły, nowa rzeczywistość, nowe otoczenie, znajomi, nauczyciele – to wszystko oznaczało dla dziecka, że weszło w nowy etap. Nagle dziecko po szóstej klasie zaczęło myśleć, że oto dzieciństwo się skończyło, a zaczęła dorosłość. Wraz z domniemaną dorosłością przyszły problemy – bo przecież ani to dorosłość, ani wiek dojrzały, ani nawet jeszcze nie do końca samo dojrzewanie. Można się w tym wszystkim zagubić – papierosy, alkohol, pełen makijaż na co dzień – to, czego podstawówka zabraniała, nagle jest na wyciągnięcie ręki, w gimnazjum nagle staje się normą, a nauczyciele i szkoła niewiele mają do gadania. Wręcz przeciwnie – mają z tym jeden wielki problem. Bo nagle dziecko przestało być dzieckiem. Ale dorosłe też jeszcze nie jest, chociaż tak mu się wydaje.

Dziwny twór gdzieś pomiędzy

Kiedyś droga była prosta – w podstawówce praca na to, aby dostać się dobrego liceum. W liceum – przygotowanie do studiów, od których zależy cała przyszłość. Co zależy od gimnazjum? Kompletnie nic. Można się przez nie prześlizgnąć, nie potraktować go poważnie, bo przecież jakoś to będzie. Za chwilę w liceum wszystko się naprawi. Oceny, reputację, zachowanie.

Wszędzie za krótko

Każdy etap edukacji w obecnej formie jest w moim odczuciu za krótki. Sześć klas szkoły podstawowej, gdzie ledwo skończy się nauczanie początkowe, a już trzeba zacząć pełną parą przygotowania do pierwszego prawdziwego egzaminu w życiu, to stanowczo za mało. Trzyletnie gimnazjum, też krótkie, nijakie. Pół biedy jeżeli uczeń kontynuuje naukę w przylegającym do niego liceum. A trzyletnie liceum, w którym ledwo się wystartuje, a już trzeba zdawać maturę? Komos, dla mnie niewyobrażalny.

Wszystko to jest za krótko na zrealizowanie przez nauczycieli programu, który w naszych polskich realiach jest wiecznie i wciąż niedostosowany, bo z każdym kolejnym etapem zaczyna się tak naprawdę od nowa. Ile razy zaczynaliście naukę historii od czasów starożytnych? No właśnie.
Za krótko jest na prawdziwe przyjaźnie, na zżycie się uczniów ze sobą i z nauczycielami, za krótko na to, by nauczyciel mógł poznać ucznia na tyle, by mu pomóc, dotrzeć do niego, zyskać jego zaufanie i szacunek. Krótkotrwałość etapów nauczania spłyca relacje i sprawia, że zarówno jednej, jak i drugiej stronie mniej na nich zależy.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze przygotowanie na studia. Wiele razy słyszałam opinie wykładowców z politechnik i kierunków ścisłych, że przez cały pierwszy rok studiów muszą ze studentami po nowej maturze nadrabiać program liceum, który już dawno powinni byli znać. A to już ewidentnie oznaka, że jednak tego czasu trochę brakuje.

Najtrudniejszy wiek

Ja wiem, że zawsze będzie trudny wiek, że nawet rozbicie go na dwie szkoły tego nie zmieni. Ale zebranie go w jednym miejscu, w jednej szkole, na pewno nie pomoże. We wcześniejszym systemie zasady były jasne: przez część czasu uczeń był najstarszy w szkole, w znajomym otoczeniu, z utwierdzoną pozycją i w poczuciu bezpieczeństwa, a następnie zaczynał drugi etap nauki, który poprzez jedną konkretna zmianę przygotowywał go do dorosłości i kompleksowo przeprowadzał przez okres dojrzewania, aż do matury i etapu końcowego.

Wiem też, że istnieją badania przeczące szkodliwości gimnazjów i wiem, ze reforma będzie kosztowna. Ale w mojej diagnozie patrzę przede wszystkim na nasze polskie realia, w których realizacja programu szkolnego zajmuje zawsze bardzo dużo czasu, bo program jest ambitny, a my mamy aspiracje do bycia jednym z najlepiej wyedukowanych narodów w Europie. Patrzę też na więzi i relacje międzyludzkie, którym sprzyja czas. A z perspektywy tego czasu mogę powiedzieć, że najtrwalsze przyjaźnie to w moim życiu właśnie te z ośmioletniego okresu szkoły podstawowej, która dała mi bezpieczne, harmonijne i wyważone przygotowanie do pozostałej części edukacji. I wspaniałe wspomnienia. Mój wniosek jest więc jeden: warto stworzyć ku temu warunki.