O karmieniu dziecka słów kilka albo nawet więcej

Odpowiedzią na pytanie dlaczego karmienie mojego dziecka spędza mi sen z
powiek dosłownie od momentu jego urodzenia może być fakt, iż Ignaś
urodził się (w terminie) ważąc 2460 g. Szczerze, patrząc dzisiaj na jego
zdjęcia z okresu noworodkowego, nie wiem jak mogłam wtedy mówić, że był
ładny. Żarcik! Wiadomo, że dla mnie był najśliczniejszy. Ale do rzeczy.

Nie wiem jak częsty jest to problem, że dziecko nie załapuje o co
kaman ze ssaniem piersi tuż po porodzie, ale u nas tak właśnie było. A
że miałam to szczęście lub nieszczęście urodzić w szpitalu św. Zofii w
Warszawie, gdzie położna to szef wszystkich szefów i bóstwo wcielone
oraz skarbnica wiedzy wszelakiej, nieomylna i niezawodna, to dalej było
tylko gorzej. Te trzy dni leżenia tam po porodzie wspominam
jednoznacznie – co zmiana, to przychodziła kolejna piguła, szarpała mnie za, excusez le mot,
suty, szarpała moje dziecko, pozycja taka, śmaka, owaka, bo przecież on
musi zassać! A w międzyczasie proszę do niego wstawać co dwie godziny
(hell yeah) i karmić go sondą ze strzykawki, niech ssie palec, bo
butelka to zło! A fe! Zostałam wpędzona w tak wielkie poczucie winy, że
kiedy raz jeden jedyny w rozpaczy poszłam na oddział wcześniaków, żeby
mój synek wypił mleko z butelki, płakałam nad nim rzewnymi łzami i
poprzysięgłam walkę z tym plastikowym pomiotem szatana, chociaż nikt na
dobrą sprawę nie umiał mi wytłumaczyć dlaczego i po co, dla jakiego
wyższego celu.
Dalej była jeszcze wizyta u doradcy laktacyjnego,
który doradził mi to samo, na co sama wpadłam, czyli karmienie przez
nakładki, dalsza walka z karmieniem przez sondę, walka z samą sobą i
sporadyczne podawanie butli, ratowanie sobie życia laktatorem, nawał
pokarmowy, dwa zapalenia piersi, karmienie przy dźwięku suszarki, żeby
synek spokojnie jadł, luz blues, a raczej baby blues. Miałam ochotę
rzucić w twarz tymi nakładkami, tą suszarką i tą kapustą wszystkim
wspaniałym doradcom.
Po czterech miesiącach (przyznajcie, że i tak
długo wytrwałam!) poddałam się, przerzuciłam dziecko na butelkę, którą i
tak już wcześniej poznał, i to była najlepsza decyzja, jaką mogłam
podjąć. Żałuję, że tak długo się męczyłam, napierana przez rodzinę (poza
moim kochanym i wspierającym mężem), media i niektórych znajomych. To
był moment, w którym autentycznie odetchnęłam z ulgą, poczułam
niesamowitą wolność i wyswobodziłam się z więzów.
A jak jest
dzisiaj? Ignaś ma rok i trzy miesiące, waży niecałe 9 kg, ale po
licznych wizytach u licznych lekarzy wiem już, że taka jego uroda. Nasz
ulubiony lekarz stwierdził:

No kabanos. Długi i suchy.

Pozostaje mi się z tego tylko śmiać i mieć nadzieję, że kiedyś z tego wyrośnie.
A
w międzyczasie i tak słyszę od szczepiącej go lekarki, że za mało
przybiera, że może to tarczyca, jakieś niedobory, że na pewno coś jest
nie tak, że następnym razem szczepienia nie będzie! Więc robię wszystko
żeby jadł, nadal się spinam (chociaż łudzę się, że już dużo mniej niż na
początku), walczę o każdy gram, chociaż gdzieś tam w głębi wiem, że nie
powinnam. Może mi to kiedyś wybaczy, a już na pewno zrobi to w
momencie, kiedy wkroczy w okres galopującego dojrzewania i nagle lodówka
zacznie się opróżniać samoistnie jeszcze zanim dobrze ją zapełnię. No
to ja już nie wiem, co gorsze.

Podoba Ci się to, co napisałam? Daj mi koniecznie znać! Możesz to zrobić na kilka sposobów:

– Polub mój fanpage na Facebooku KLIK
– Polub ten konkretny wpis lub udostępnij go klikając na ikonkę Facebooka poniżej
– Napisz mi ciekawy komentarz pod wpisem tutaj lub na Facebooku

Będę
Ci wdzięczna za każdy taki gest, bo dzięki niemu będę wiedziała, że moi
czytelnicy gdzieś tam są, czytają i podoba im się to, co piszę.
Dziękuję!!!




10 przydatnych gadżetów na wyjazd z maluchem

Jeżeli wybieracie się na dłuższy lub krótszy (co w tym przypadku jest w zasadzie bez różnicy) wyjazd z dzieckiem i przygotowujecie listę niezbędnych wam rzeczy, zapraszam na moją subiektywną listę gadżetów na takie wojaże. Mam nadzieję, że każdy znajdzie na niej coś interesującego.

Wakacje nad polskim morzem, z małym dzieckiem, to wyzwanie dla każdego rodzica. Można wybrać dwie opcje: pojechać w miejsce bardzo drogie, gdzie właściciel zapewni wszystko włącznie z wanienką, łóżeczkiem turystycznym, zabawką dla dziecka i ekspresem do kawy z kompletem kapsułek, lub udać się w miejsce tańsze, za to z bagażnikiem załadowanym po i ponad dach.
W drugiej sytuacji należałoby się zastanowić co będzie nam absolutnie, ale to absolutnie niezbędne na takim wyjeździe i co na pewno przyda się naszemu dziecku. Moją subiektywna listę dziesięciu niezbędnych mi rzeczy prezentuję wam poniżej.
1. Bagażnik na dach. I to nie tylko dlatego, że go nie posiadam (a ze wszech miar powinnam!!!).

 

 

Taki bagażnik daje nie tylko swobodę w pakowaniu, dodaje przestrzeni, ale również daje kierowcy komfort widzenia czegokolwiek przez tylną szybę. A to jednak duży komfort. Takiego bagażnika nie trzeba od razu kupować wydając fortunę, można go też wynająć za relatywnie niewielkie pieniądze, co jest dużym ułatwieniem.
2. Krzesełko do karmienia.
My posiadamy krzesełko Antilop z Ikei, które niewiele kosztuje,
świetnie się składa i zajmuje stosunkowo niewiele miejsca w samochodzie.

 

Jeżeli macie pewność, że na miejscu będą odpowiednie do tego krzesła,
można wziąć jeszcze bardziej kompaktową wersję takiego krzesełka, co
oczywiście zminimalizuje bagaż, a o to nam przecież chodzi:
3. Inhalator i sól fizjologiczna. Jeżeli waszemu
dziecku w przypadku przeziębienia inhalacje pomagają (tak jak mojemu),
to warto mieć ze sobą ten gadżet. Dzieci, w przeciwieństwie do
dorosłych, czasem bardzo szybko reagują przeziębieniem na zmianę
klimatu. Zwykły glut, a może zepsuć nam wyjazd, i po co?

 

 

4. Dobry, wygodny wózek, kompaktowy, z kółkami
nadającymi się do jazdy po lesie i piachu. Pomijam fakt, że moje dziecko
po maksymalnie 20 minutach stwierdzało, że wózek je parzy, a rączki
tatusia są zdecydowanie lepszym środkiem transportu. W tych krótkich
chwilach, kiedy mój pierworodny uznawał, że może warto skorzystać z
pojazdu, który sugerują rodzice, bardzo dobrze sprawował nam się Baby
Jogger City Mini GT. Na jego recenzję zapraszam tutaj: KLIK, ale już
teraz go polecam, szczególnie w teren.

 

5. Niania elektroniczna – tego gadżetu chyba nikomu
przedstawiać nie muszę. Jeżeli macie od kogo pożyczyć – pożyczcie. My
nie mieliśmy, postanowiliśmy kupić używaną i to był bardzo dobry pomysł.
Niania daje rodzicom swobodę wieczorem, pozwala posiedzieć w ogródku i
spędzić wieczór po dorosłemu. Docenią ją szczególnie Ci, którzy
na co dzień żyją w mieszkaniach. Super sprawa! My na pewno jeszcze z
naszej nieraz skorzystamy.

 

 

6. Nawilżacz powietrza. Albo jakakolwiek inna rzecz, o której pomyślicie:

Moje
dziecko na co dzień bardzo tego potrzebuje, ale może na wyjeździe nie
będzie to konieczne?… No i zajmuje dużo miejsca w bagażniku!

O
nie. To jest bardzo złe myślenie. Jeżeli Twoje dziecko potrzebuje
czegoś w życiu codziennym, to możesz być więcej niż pewny, że na
wyjeździe będzie tego potrzebować jeszcze bardziej. Mój synek w nocy
pije hektolitry wody i tylko nawilżacz pozwala mi się obudzić do niego
jakieś 3-4 razy zamiast na przykład dziesięciu. Jednak coś w moim
myśleniu poszło nie tak i doszłam do wniosku, że na wyjeździe będzie
inaczej. Nie było.

 

7. Apteczka pełna wszystkiego. Dosłownie wszystkiego.
Nie wiedzieć dlaczego to właśnie na wyjazdach lubią aktywizować się
zęby, trzydniówki, uczulenia i inne tego typu atrakcje. Ja, poza
oczywistym kremem z wysokim filtrem, spakowałam również Paracetamol,
Nurofen, amerykański cud, jakim jest żel na ząbkowanie Orajel (przydał
się, oj, przydał), spray na komary Ziajka, żel na swędzące ukąszenia
(miałam Dapis i Fenistil), do kompletu dorzuciłam jeszcze plastry
przeciwko komarom Mosbito, które nakleiłam na łóżeczko, i wtyczkę do
kontaktu Chicco, co i tak nie ustrzegło nas przed kilkoma ukąszeniami.
Obowiązkowo jeszcze Octenisept, witamina D, Calcium w syropie, Nasivin,
termometr zbliżeniowy i maść Clotrimazolum, która od urodzenia ratuje
moje dziecko przed pieluszkowymi odparzeniami, na które jest bardzo
podatne. Do tych wszystkich rzeczy zastosujcie jeszcze radę z punktu 6. i
apteczka gotowa.
8. Wanienka turystyczna – kolejna rzecz, której nie
wzięliśmy, co było dużym błędem. Może być taka jak na obrazku, może być tańsza,  dmuchana, ale warto wziąć cokolwiek innego niż sama mata antypoślizgowa
do wanny, która u nas się nie sprawdziła. Otóż okazuje się, że dziecko
na co dzień kąpane w wanience źle się będzie czuć przerzucone nagle do
dużej wanny. Właścicielka poratowała nas na szczęście dużą miską,
niemniej jednak warto być niezależnym w takich kryzysowych sytuacjach.

 

 
9. Nieprzemakalne spodenki ortalionowe (i kalosze)
przydadzą się głównie, ale nie tylko, przy dziecku raczkującym.
Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że po deszczu moje dziecko również
może mieć ochotę na radosną eksplorację ogródka i w tej sytuacji po raz
kolejny zostałam uratowana – tym razem przez koleżankę. Jednak następnym
razem zamierzam już takie cudo posiadać na własność, bo nawet kiedy
dziecko już nauczy się chodzić, raczej nie uda mi się przewidzieć kiedy
nagle postanowi wygodnie sobie spocząć na czterech literkach na przykład
na samym środku błotnistej kałuży lub zroszonego trawnika.

 

10. Łóżeczko turystycznelast but not least.
Bogu niech będą dzięki za ten wynalazek, w którego posiadanie weszliśmy
w zasadzie przez przypadek. Są takie dzieci (moje! moje!), które w
życiu nie zasną z rodzicem w łóżku, w ogóle na obcej kanapie, obcym
łóżku, w ogóle w miejscu, gdzie nie mają dookoła siebie bezpiecznych
czterech ścianek łóżeczka. Wszelkie próby takiego usypiania kończyły się
u nas prędzej czy później długim i okraszonym rykiem spacerem z
bujaniem w wózku aż do zaśnięcia. Łóżeczko turystyczne uratowało nam
życie, zdrowie i nerwy. To zdecydowanie mój ulubiony gadżet.

 

Jeżeli macie swoje typy rzeczy niezbędnych na wyjazd, z chęcią je
poznam, bo jeszcze niejeden taki wyjazd na pewno zaliczę, a warto być na
nie dobrze przygotowanym.

A pomyśleć, że kiedyś wystarczył mi plecak ciuchów, żel pod prysznic i dezodorant…Jeżeli natomiast planujecie wyjazd bez dziecka i zastanawiacie się jak to logistycznie ogarnąć, zapraszam tutaj: KLIK!

We wpisie zawarte są linki afiliacyjne.




Karuzela szczęścia

Staramy się o dziecko, jest ciąża, jest poród, zaczyna się! Teraz to się dopiero zaczyna! Dzieciaty znajomy nazwał to uczucie karuzelą szczęścia i uważam, że to świetne określenie. To taka karuzela, z której szybko nie zejdziesz, a od natłoku wrażeń kręci Ci się w głowie. Chcąc, nie chcąc, kupiłeś ten bilet lub ktoś Ci go kupił, wsiadłeś i jedziesz. Nie wiesz gdzie, masz wręcz wrażenie, że kręcisz się w kółko, że stoisz w miejscu, że wciąż wracasz w te same miejsca.

Niby nabyłeś już jakąś mądrość, a tu kolejne wydarzenie kompletnie wyprowadza Cię z tej świeżo nabytej równowagi i zakłóca harmonię aż do momentu, kiedy znowu będzie Ci się wydawać, że wszystko wróciło do normy. A figę! Tak dobrze to nie ma i nigdy nie będzie.
Przecież przyszedłeś na wesołe miasteczko dla przyjemności, a teraz zadajesz sobie pytanie po co Ci to było? Po co ta cała adrenalina, zawroty głowy, nudności?
Nie ma odpowiedzi. Jedni powiedzą, że dla satysfakcji, dla spełnienia, inni, że dla poczucia totalnej radości i szczęścia, może dla tych wszystkich uczuć naraz? Tak jest – dla całej lawiny uczuć – pozytywnych, czasem negatywnych, ale nigdy neutralnych, obojętnych. Może być Ci ciężko, możesz płakać, możesz też się śmiać i krzyczeć z euforii, ale o dwóch rzeczach pamiętaj zawsze: na tej karuzeli nie jedziesz sam, a kiedy z niej zejdziesz, nic już nie będzie takie, jak wcześniej.

Podoba Ci się to, co napisałam? Daj mi koniecznie znać! Możesz to zrobić na kilka sposobów:

– Polub mój fanpage na Facebooku KLIK
– Polub ten konkretny wpis lub udostępnij go klikając na ikonkę Facebooka poniżej
– Napisz mi ciekawy komentarz pod wpisem tutaj lub na Facebooku

Będę Ci wdzięczna za każdy taki gest, bo dzięki niemu będę wiedziała, że moi czytelnicy gdzieś tam są, czytają i podoba im się to, co piszę. Dziękuję!!!




Karuzela szczęścia

munich-1220908

Staramy się o dziecko, jest ciąża, jest poród, zaczyna się! Teraz to się dopiero zaczyna! Dzieciaty znajomy nazwał to uczucie karuzelą szczęścia i uważam, że to świetne określenie. To taka karuzela, z której szybko nie zejdziesz, a od natłoku wrażeń kręci Ci się w głowie. Chcąc nie chcąc, kupiłeś ten bilet lub ktoś Ci go kupił, wsiadłeś i jedziesz. Nie wiesz gdzie, masz wręcz wrażenie, że kręcisz się w kółko, że stoisz w miejscu, że wciąż wracasz w te same miejsca.

Niby nabyłeś już jakąś mądrość, a tu kolejne wydarzenie kompletnie wyprowadza Cię z tej świeżo nabytej równowagi i zakłóca harmonię aż do momentu, kiedy znowu będzie Ci się wydawać, że wszystko wróciło do normy. A figę! Tak dobrze to nie ma i nigdy nie będzie.

Przecież przyszedłeś na wesołe miasteczko dla przyjemności, a teraz zadajesz sobie pytanie po co Ci to było?

Po co ta cała adrenalina, zawroty głowy, nudności? Nie ma odpowiedzi. Jedni powiedzą, że dla satysfakcji, dla spełnienia, inni, że dla poczucia totalnej radości i szczęścia, może dla tych wszystkich uczuć naraz? Tak jest – dla całej lawiny uczuć – pozytywnych, czasem negatywnych, ale nigdy neutralnych, obojętnych. Może być Ci ciężko, możesz płakać, możesz też się śmiać i krzyczeć z euforii, ale o dwóch rzeczach pamiętaj zawsze: na tej karuzeli nie jedziesz sam, a kiedy z niej zejdziesz, nic już nie będzie takie, jak wcześniej.