Moje kosmetyczne odkrycia 2017 roku

najlepsze kosmetyki 2017

Rok 2017 nie był łaskawy dla mojej cery. Mimo że skończyłam 32 lata, nigdy wcześniej, nawet jako nastolatka w czasie dojrzewania, nie miałam takich problemów i nie szukałam tak intensywnie dobrej jakości kosmetyków.

Po części to, a po części potrzeba zmian (od lat używałam niezmiennie tych samych produktów) sprawiła, że odkryłam kilka bardzo przyjemnych kosmetyków, które chciałabym wam dziś pokazać i polecić.

Tusz do rzęs Lovely Pump Up

tusz do rzęs lovely pump up

Wiem, że wiele z was na pewno go już zna, ale dla mnie jest to odkrycie tego roku. Wcześniej całymi latami wierna byłam Max Factor 2000 Calorie, ale coś się w nim w moim odczuciu popsuło i zaczęłam szukać alternatywy. Do tuszu Lovely podchodziłam jak do jeża. No bo jak to – taki tani i taki niby dobry? Kłóciło mi się to, ale któregoś dnia zaryzykowałam. Okazało się, że tusz ma świetną, sztywną szczoteczkę, która doskonale rozczesuje rzęsy (nie lubię silikonowych i elastycznych szczoteczek). Nie kruszy się, jest wydajny, naprawdę świetny jakościowo. W niczym nie ustępuje dużo droższym konkurentom. Polecam spróbować go chociaż raz! Ja się absolutnie zakochałam.

Korektor do brwi Eveline Art Scenic Brown

korektor do brwi eveline art scenicTrend ogarniętych brwi uważam za fantastyczny, bo zupełnie zmienia to i doskonale uzupełnia codzienny makijaż. Jednak jako wiecznie spiesząca się matka nie miałam nigdy czasu na malowanie brwi cieniami. Korektor Eveline po pierwsze je rozczesuje i układa, a po drugie nadaje im kolor i kształt. Rano zajmuje mi to dosłownie dwie minuty więcej podczas codziennego malowania się. Wybrałam kolor brązowy, bo czarny wydawał mi się jednak zbyt intensywny. Warto spróbować, bo cena jest naprawdę atrakcyjna.

Krem ultranawilżający Resibo

krem ultranawilżający resiboDłuuugo szukałam idealnego kremu nawilżającego do twarzy. Nie tylko wydajnego, ale i z gęstą, zwartą, nie lejącą się konsystencją, dobrze wchłaniającego się i naprawdę działającego, a przy okazji delikatnego i z naturalnym składem. Krem Resibo spełnia wszystkie te warunki. Nie należy do najtańszych, bo jego cena waha się pomiędzy 60 a 80 zł, ale jest naprawdę wydajny (jedna pompka starcza na całą twarz) i wystarcza na około dwa do trzech miesięcy. Forma opakowania zapewnia wykorzystanie kosmetyku do ostatniej kropli, bo nie ma prawa dostać się do niego powietrze. Używam go codziennie rano pod makijaż i czasami na noc. Po jednym opakowaniu widzę, że moja twarz jest wyraźnie lepiej nawilżona. Zamierzam być mu długo wierna.

Krem La Roche-Posay Effaclar Duo [+]

krem effaclar duo plusZdaję sobie sprawę, że na temat tego kremu krążą różne opinie, ale mimo wszystko postanowiłam przetestować go na własnej skórze. Jego zadaniem jest wyrównywać koloryt cery i zwalczać niedoskonałości, z czym radzi sobie bardzo dobrze. Ma tez działanie matujące i nawilżające. Okazało się, ze jest dla mnie idealny zarówno rano pod makijaż, jak i wieczorem, na oczyszczoną cerę. I to właśnie przez noc działa najlepiej, ponieważ wycisza wszelkie trądzikowe zmiany i podrażnienia, uspokaja i wygładza skórę. Jego cena waha się pomiędzy 40 a 70 zł, warto więc szukać promocji.

Peeling enzymatyczny Sylveco

peeling enzymatyczny sylveco

Odkrycie tego peelingu to efekt moich kolejnych poszukiwań w stronę kosmetyków naturalnych. Jest bardzo delikatny dla twarzy, a przy stosowaniu raz do dwóch razy w tygodniu bardzo wydajny. Ma konsystencję masła i podczas mycia nim twarzy wydaje się, że nic się nie dzieje, a mimo to buzia robi się wygładzona i miękka. Mimo dość nieprzyjemnego dla mnie zapachu (coś jakby zioła z miodem i cytrusami) uwielbiam go używać i bardzo wspomaga moją walkę z gładką cerą. Uwaga: aby faktycznie odczuć jego działanie, twarz należy myć od trzech do pięciu minut, zgodnie z zaleceniem producenta.

Azjatyckie maseczki w płachtach

Te maseczki to mój wielki hicior 2017 roku. Szukałam czegoś, co pomoże mi zapewnić spore nawilżenie cery, dając trochę lepszy efekt niż kremy. Koreańskie i japońskie maseczki w płachtach nie tylko dają mi mega-giga-bombę nawilżeniową, ale są też cudowne w stosowaniu. Nie trzeba nic smarować, nic zmywać (a często miałam z tym trudność w przypadku maseczek smarowanych) – wystarczy położyć na twarz płachtę na 15-20 minut, a następnie ją zdjąć, wklepując resztki produktu w twarz. Najlepiej robić to wieczorem, bo wtedy działanie przeciąga się na noc i rano budzimy się z buźką niemowlaka. Te maseczki ratowały mnie też po zmyciu ciężkich wieczorowych makijaży. Wystarczyło 15 minut powstrzymać się przed zaśnięciem po męczącej imprezie, a moja cera rano była mi za to wdzięczna.

Polecam zamówić sobie paczkę kilku maseczek i popróbować. Wszystkie poniższe są bardzo fajne, testowałam na sobie i polecam.

Skin79:

Monkey animal Mask mocno nawilżająca

All That Aloe nawilżająco – łagodząca

Holika Holika:

Baby Pet Magic Mask

Aloe 99% Soothing Gel

Juicy Mask sheet Aloe

Pure Essence Avocado

Pure Essence Acaiberry

Skin Rescuer Hyaluronic Acid

Skin Rescuer Vita C

Japońskie szampony i odżywki

japońskie szampony i odżywki

Szampon i odżywka Shikioriori Tsubaki

Szampon i odżywka Beaua 10 essences

Mam bardzo gęste i grube włosy, które, ze względu na to, że mieszkam w pełnym spalin mieście i pracuję w klimatyzowanym pomieszczeniu, ciągle potrzebują nawilżenia i wygładzenia. Zanim kupiłam te produkty, długo przyglądałam im się z daleka, bo odstraszała mnie cena (wahająca się od 50 do 70 zł za sztukę). Któregoś razu skorzystałam z promocji i okazało się, że dzięki tak dużej pojemności (odpowiednio 600 i 700 ml) i pompce dozującej odpowiednią ilość produktu wcale nie wychodzi to drogo. Jednorazowo wydatek jest większy, ale w tym czasie, kiedy zużywam dużą butlę jednego z tych szamponów i odżywek, zużyłabym dwie lub trzy butelki mniejszych kosmetyków. Żaden z tych produktów nie obciąża włosów, ale też włosy nie puszą się po nich nadmiernie. Na dodatek wspaniale pachną i faktycznie sa bardzo dobrze nawilżone.

Mam nadzieję, że udało mi się polecić wam naprawdę dobre kosmetyki. A jeżeli macie jakies swoje kosmetyczne hity, koniecznie mi je polećcie. Jestem otwarta na wszelkie nowości! 🙂




5 największych MITÓW na temat kataru u dzieci

leczenie kataru u dziecka

Kiedy po raz pierwszy doświadczyłam kataru u mojego niespełna rocznego dziecka, ogarnęła mnie zgroza. Leczenie kataru u dziecka totalnie mnie przerażało. Zanim do tego doszło, żyłam w naiwnym przeświadczeniu, że może jakimś cudem mnie to ominie. Że moje dziecko nabyło żelazną odporność już w momencie porodu, a ja nie będę musiała się zmagać ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Chyba nie muszę dodawać, w jakim byłam błędzie. I ile jeszcze tych błędów popełniłam po drodze, zanim jako tako nauczyłam się co tak naprawdę pomaga, a co szkodzi mojemu dziecku podczas moich prób pomagania mu podczas kataru.

Dlatego dzisiaj, nauczona swoimi doświadczeniami, mam dla was kilka nieoczywistych, a dość popularnych mitów na temat kataru u dzieci. Poniższą wiedzę podparłam prezentacją i opinią pediatry Łukasza Dembińskiego, którego miałam niekłamaną przyjemność posłuchać w tym właśnie temacie podczas organizowanego przez markę Disnemar Baby spotkania, którego byłam również prowadzącą.

Leczenie kataru u dziecka można załatwić antybiotykiem

Żyjemy w kraju, gdzie niestety wciąż, zarówno wśród wielu lekarzy, jak i wśród rodziców małych dzieci, pokutuje przekonanie, że antybiotyk jest lekiem na wszystko. W związku z tym pozwolę sobie przytoczyć słowa doktora Dembińskiego wypowiedziane podczas naszego spotkania:

Podanie dziecku przez lekarza antybiotyku jest dla lekarza porażką.

Antybiotyki nie tylko osłabiają organizm i florę jelitową na czas przyjmowania ich i przez jakiś czas po odstawieniu, ale też, w dłuższej perspektywie, trwale osłabiają odporność organizmu małego dziecka. Jeżeli więc nie ma prawdziwych podstaw, aby antybiotyk podać, powinniśmy się z tym wstrzymać i stosować alternatywne metody leczenia.

Z zakatarzonym dzieckiem nie można chodzić na spacery i należy trzymać je w cieple

Nie tylko można chodzić na spacery, ale wręcz należy to robić. Zimne powietrze obkurcza naczynia krwionośne i sprawia, że dziecku łatwiej się oddycha. W czasie kataru dobrze jest też wietrzyć pokój dziecka (o ile aktualny poziom smogu nam na to pozwala…) i utrzymywać w nim temperaturę w okolicach 20 – 22 stopni.

Katar u dzieci nie ma żadnych konsekwencji

Nie jest prawdą, że katar leczony trwa tydzień, a nieleczony siedem dni i że nie ma różnicy, czy zadbamy w tym czasie o drożność nosa i komfort dziecka, czy nie. Powikłania po katarze mogą nie tylko prowadzić do zapalenia uszu lub zatok. Mogą także być u dziecka przyczyną stresu, spadku apetytu, nawracających infekcji, słabszego rozwoju wzrostu, wad zgryzu i zaburzeń logopedycznych, a u niemowlaków również wzdęć i kolek.

Kolor wydzieliny zawsze oznacza konkretną przyczynę kataru

Może oznaczać, ale nie musi. Nigdy z góry nie możemy założyć, że dany kolor kataru wynika tylko z jednego powodu. I tak, wodnisty katar może być spowodowany zarówno alergią, jak i infekcją wirusową. Katar zielony lub żółty może być objawem infekcji bakteryjnej, ale też nie zawsze. Dlatego za każdym razem, kiedy katar trwa już dłuższy czas i wzbudza nasze podejrzenia, należy skonsultować go z zaufanym lekarzem, aby postawił on odpowiednią diagnozę i zalecił odpowiednie środki.

Nieużywanie wody morskiej nie ma wpływu na przebieg leczenia kataru

Nie jest to prawdą z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze woda morska jest dużo skuteczniejsza od kropli do nosa czy środków w aerozolu. Po drugie jej zadaniem jest rozrzedzenie i wypłukanie wydzieliny z nosa, spłukanie zanieczyszczeń i alergenów, a to z kolei hamuje rozwój bakterii. Woda morska nie tylko wspomaga leczenie kataru, ale ma też działanie profilaktyczne, prewencyjne.

Tak się złożyło, że odkąd Ignaś jest na świecie, korzystam z wody morskiej Disnemar Baby. Polecali mi ją lekarze, był to również pierwszy wybór farmaceutów w aptekach, a dodatkowo zawsze miałam łatwość kupienia jej przy okazji zakupów np. w Rossmannie. Disnemar jako jedyny rozpyla się w sposób na tyle delikatny, że moje dziecko nie ucieka od niego i nie irytuje się, a dodatkowo rozpylenie ma na tyle duży zasięg, że psiknąć można w dowolnej pozycji dziecka – zarówno leżącej, siedzącej, jak i stojącej. Tym bardziej było mi miło, kiedy marka ta odezwała się do mnie z prośbą poprowadzenia spotkania na temat małych nosków i kataru, na którym mogłam posłuchać doktora Dembińskiego.

KONKURS

I tym bardziej cieszę się, że przy okazji tak ciekawego tematu mam dla was również konkurs z bardzo prostym pytaniem i bardzo fajnymi nagrodami. Żeby wygrać jeden z trzech zestawów nagród, składających się z kołderki dla dziecka z motywem foczki (naprawdę dużej, idealnej zarówno dla niemowlaka, jak i dla starszaka), dwóch opakowań Disnemar Baby oraz pluszowej maskotki – foczki, wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Jak przekonać oporne dziecko do toalety noska?

Odpowiadać możecie pod tym wpisem w komentarzach, pod konkursem u mnie na fanpage’u (który pojawi się jutro) lub pod postem na Instagramie. Trzy najbardziej kreatywne odpowiedzi zostaną nagrodzone zestawem nagród:

Udział w konkursie jest jednoznaczny z akceptacją regulaminu.

Serdecznie zapraszam!

 

leczenie kataru u dziecka

Wpis powstał we współpracy z marką Disnemar Baby.




Black Friday dla dzieci – co, gdzie i za ile

black friday 2017

UWAGA! Aktualne rabaty i promocje z okazji Black Friday 2019 dla dzieci znajdziecie tutaj: KLIK

black friday dla dzieci

Od kilku lat ostatni piątek listopada stał się w Polsce okazją do wielu atrakcyjnych wyprzedaży i obniżek. W latach ubiegłych nie przywiązałam do niego zbyt dużej uwagi, jednak z roku na rok atrakcyjnych cen jest tego dnia coraz więcej i nie ukrywam, że w tym roku planuję z nich skorzystać kupując gwiazdkowe prezenty.

Skąd wziął się czarny piątek? Tradycyjnie w Stanach był to pierwszy dzień po Święcie Dziękczynienia, kiedy sprzedawcy otwierali swoje sklepy od wczesnych godzin porannych do późnych godzin nocnych, a klienci rozpoczynali bożonarodzeniowe zakupowe szaleństwo. I faktycznie po dziś dzień w niektórych sklepach w Ameryce dzieją się dantejskie sceny, natomiast u nas na szczęście jest dość spokojnie.

Gdzie więc warto jutro zajrzeć? Spieszę z pomocą.

SMYK.COM

Smyk tego dnia oferuje nam między innymi do 60% na zabawki, ale są też spore rabaty na inne kategorie produktów, na pewno warto więc tam zajrzeć.

BOBOMIO.PL

W sklepie bobomio będziemy mieć od 15 do 25% na ubranka i zabawki.

LISTY OD MIKOŁAJA

Listy i wideo od św. Mikołaja polecałam już niejednokrotnie, bo w zeszłym roku b yły naszym świątecznym hitem. W czarny piątek można je zamówić z 50% rabatem!

TANIAKSIAZKA.PL

Jeżeli planujecie zakup dla dzieci książek pod choinkę, to może być świetna okazja. Na stronie taniej książki można znaleźc informację, że ceny „drastycznie” spadną. A więc chyba warto! 😉

FEEDO.PL

Jeden z najpopularniejszych internetowych sklepów z zabawkami również zapowiada spore obniżki.

LAMPS&CO

Sklep z pięknymi dodatkami do dziecięcego pokoju zapowiada 20% rabatu.

ZALANDO

Zalando również planuje duże obniżki, jednak ich wartość poznamy dopiero jutro. Jednak już dziś można tam znaleźć sporo tańszych dziecięcych ubrań.

SHOWROOM KIDS

Na Showroom znajdziemy rabaty do 70% na wiele pięknych rzeczy.

ECCO

O jakości butów Ecco chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Jeżeli marzą wam się buty tej marki dla maluchów, jutro jest doskonały dzień na zakup.

ANSWEAR.COM

Podobnie jak Zalando, Answear szykuje dla nas czarnopiątkowe obniżki, jednak tu wiadomo, że będą one do 50%.

UMALUCHA

Umalucha.pl to sklep z pięknymi wózkami i fotelikami. Warto do nich zajrzeć jeśli planujemy taki zakup.

MALL.PL

To tak zwany sklep wielobranżowy, w którym znajdziemy między innymi zabawki, które jutro będą sporo tańsze.

F&F

Jeżeli tak jak ja lubicie dziecięce ubrania tej marki, warto jutro zajrzeć do najbliższego Tesco.

ENDO.PL

Znany i lubiany polski sklep z dziecięcymi ubrankami również kusi nas czarnopiątkowymi promocjami. Ja chyba dam się skusić!

Poza wymienionymi na powyższej liście sklepami czarnopiątkowe promocje zapowiadane są również na stronach Decathlonu, Bebeli, Ministore, Eobuwie, Deichmann i Coccodrillo. Jest więc w czym wybierać!

A gdyby wam było mało, klikając na poniższy baner możecie jeszcze pobuszować po ceneo.pl. Życzę wam udanych zakupów! Dajcie koniecznie znać co i w jakiej cenie udało wam się upolować. 🙂




10 rzeczy, których na pewno NIE zrobię w te Święta

czego nie zrobię w świętaŚwięta Bożego Narodzenia są pięknym czasem. Spokojnym, magicznym i refleksyjnym. W moim wspomnieniach z rodzinnego domu również takie były i zawsze uczono mnie, że to bardzo specjalne chwile. Pamiętam, że jako dziecko bardzo na nie czekałam i nigdy nie byłam nimi rozczarowana.

Ten wpis miał w pierwotnej wersji nosić tytuł „Czy moje dziecko wybaczy mi, że nie miało magicznych świąt?”. Brzmiał tak dlatego, że, stety lub niestety, nie robię masy rzeczy, które obserwuję obecnie głównie wśród rodziców dzieci aktywnych w mediach społecznościowych. Wystarczy wspomnieć, że dopiero minęła połowa listopada, a my już pędzimy za wszystkim, co dotyczy tych trzech dni w roku. W sklepach już są tłumy, reklamy już atakują nas idealnymi prezentami, instagram atakuje nas perfekcyjnymi przygotowaniami. Mam wrażenie, że od kilku lat Boże Narodzenie zamieniło się w wyścig, w którym startujemy, chcąc, nie chcąc, wszyscy, o północy z 1 na 2 listopada.

A może by tak wyluzować?

Może tak po prostu, ze zdrowym podejściem, nie zrobić kilku rzeczy w imię świętego spokoju i nie spinania się przez prawie dwa miesiące tylko dla tych trzech dni? Oto moja lista rzeczy, których na pewno nie zrobię w tym roku i pewnie przez kilka najbliższych lat też nie.

1. Nie opakuję prezentów we własnej roboty opakowania

Nie jestem uzdolniona manualnie – to raz. Nie mam czasu, bo pracuję na etacie – to dwa. Nie będzie ani zgrabnych wycinanek, ani własnoręcznie zrobionych bilecików, ani innych tego typu czasochłonnych ozdób, bo po prostu nie czuje się do nich powołana. Dla tych trzech sekund rozpakowywania wystarczy mi kupny papier i wstążeczka. A wszyscy i tak będą się cieszyć z prezentów.

2. Nie upiekę pierniczków

Robienie pierniczków jest moją zmorą. Zrobiłam je raz w życiu, poświęcając na to trzy wieczory. Jedynym plusem tej roboty były solidne bicepsy, które uformowały się dzięki wyrabianiu ciasta. Będę musiała przeżyć bez pierniczków.

3. Nie przygotuję własnoręcznie kalendarza adwentowego

Ta sama historia co z opakowaniami. Naprawdę nie wiem, czy jestem aż tak do bólu pragmatyczną osobą, czy aż tak bardzo przywiązaną do własnych wspomnień z dzieciństwa, ale mnie jako dziecko zawsze cieszyły czekoladki wyjmowane z klasycznego kupnego kalendarza. I znowu – brak czasu przemawia za tym, żeby nie podążyć za modą tworzenia własnych kalendarzy. Są piękne i pięknie prezentują się na zdjęciach, ale nie dla mnie takie atrakcje.

4. Nie zamówię rodzinnej sesji zdjęciowej

To pewnie piękna pamiątka i nie wykluczam, że kiedyś się na nią skuszę, ale na pewno nie w tym roku. Z jednej strony to dla mnie kwestia wydatków, które i tak w okolicach świąt są napompowane do granic możliwości, z drugiej – znowu czas! Szczerze mówiąc im dalej piszę ten wpis, tym bardziej przekonuję się, jak strasznie mało go mam…

5. Nie kupię mojemu dziecku świątecznych ubrań

Tak, znowu jestem pragmatyczna. Ciuchy, które można nosić przez tydzień w ciągu roku? Serio? Jedyne szaleństwo, na które sobie pozwoliłam, to piżama z czerwononosym reniferem. Na wigilię będzie pewnie koszula z kołnierzykiem i dżinsy, które po godzinie zamienią się w zwykłą bluzkę i dresik. Tak, moje dziecko również jest pragmatyczne.

6. Nie podpowiem dyskretnie mężowi, co bym chciała pod choinkę

My po prostu kupimy sobie wspólny prezent, coś do domu, z czego oboje będziemy korzystać. To już od kilku lat nasza tradycja, która bardzo dobrze się sprawdza i nie widzę powodu, żeby ją zmieniać. Ba, ja ją wręcz polecam!

7. Nie będę się przejmować, że przytyję

To ostatnia rzecz, którą zamierzam się przejmować, zwłaszcza, że w tym roku (tak, jeszcze w tym, a nie od 1 stycznia) planuję poważnie się za siebie wziąć. Mam do zrzucenia kilka kilogramów, ale umówmy się. Święta nie są najlepszym czasem, żeby przejmować się dietą.

8. Nie ubiorę choinki tak, żeby była fotogeniczna

Mam pudło różnokolorowych ozdób choinkowych, których używam co roku. Czasem dokupuję kilka elementów, ale nie planuję choinki pod kątem fotogeniczności, instagrama i jednego, wiodącego koloru. Moja choinka jest przeważnie lekko krzywym chaosem. I za to ją kocham.

9. Nie przyozdobię całego mieszkania świątecznymi dekoracjami

Szczerze podziwiam osoby, które co roku kupują nowe dekoracje do mieszkania, albo, o zgrozo, wykonują je same. Nawet, kiedy nie miałam dziecka, nie czułam w sobie powołania do okazjonalnych ozdób, które najpierw zbierają kurz, a potem, jeśli nie znajdzie się czasu na ich sprzątnięcie (a przeważnie się nie znajdzie), to ozdabiają dom aż do Wielkanocy. Dziecko natomiast jest dodatkowym usprawiedliwieniem, żeby nie zagracać dodatkowo mieszkania. Ono samo wie jak i czym najlepiej zagracać.

10. Nie spędzę sylwestra na modnej imprezie

To wyjątkowo nie świąteczny, ale mój ulubiony punkt. Nigdy szczególnie nie lubiłam przymusu fantastycznej zabawy na cudownej sylwestrowej imprezie. Cały świat się bawi, baw się i Ty! Musisz koniecznie pokazać wszystkim, że doskonale się bawisz! Brrr. Aż mnie wzdryga. Kiedy na świat przyszło moje dziecko i sytuacja zmusiła nas do kanapowego sylwestra i odrzucenia wszystkich zaproszeń odkryłam, że to jest najlepsza i najdoskonalsza forma spędzania tej nocy. Dres i kapcie. Nic więcej mi nie trzeba.

A co w tym roku zrobię na pewno?

Jak pewnie większość z was jak co roku obejrzę „Love Actually”, pojedziemy obejrzeć z roku na rok coraz piękniejsze świąteczne światełka na ulicach Warszawy, zrobimy sobie we trójkę wyprawę po choinkę i razem ją ubierzemy przy dźwiękach kolęd. Kupię masę mandarynek i pomarańczy, i będziemy się nimi zajadać. Spędzimy rodzinnie wigilię, a potem pierwszy i drugi dzień Świąt. Tylko tyle i aż tyle. Bez pędu, bez stresu i bez wyścigu. Czego i wam z całego serca życzę.




Państwowy żłobek – syf i patologia???

Chyba wszyscy rodzice w Polsce mają świadomość jak ciężko jest dostać się do państwowego żłobka. Chyba każda mama pragnąca wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim wie, co to znaczy martwić się, czy uda się zapewnić dziecku dobrą opiekę na czas jej nieobecności. O żłobkach państwowych krążą różne opinie i ja już swoją po części wyraziłam (link do wpisu o prawdach i mitach nt. żłobków), natomiast dziś chciałabym jasno i wyraźnie powiedzieć:

Nie wyobrażam sobie dla mojego dziecka lepszej opieki niż państwowy żłobek.

Kiedy okazało się, że mój jedynak dostał się do żłobka mimo powszechnie panującej opinii, że jedynacy w żłobkach państwowych nie mają szans, uważałam, że złapałam pana Boga za nogi. Nie stać nas było z mężem na żłobek prywatny (kliknięcie w link przeniesie was do wpisu Ani na temat jej doświadczeń ze żłobkiem prywatnym), który w naszej okolicy kosztował w granicach 1400 – 1700 zł za miesiąc bez względu na frekwencję, ani tym bardziej na nianię, której wynagrodzenie kalkulowaliśmy na minimum 2000 zł. Są to koszty, które nawet, jeżeli małżeństwo zarabia więcej niż średnią krajową, ale ma na przykład do spłaty kredyt za mieszkanie, są po prostu niewyobrażalne.

Oczywiście, że miałam pełno obaw, które starałam się studzić czytając opinie w internecie. Przestraszyłam się trochę, kiedy zobaczyłam sam żłobek, do którego się dostaliśmy, bo wyglądał trochę jak relikt PRL-u (w tej chwili trwa tam już remont). Stary budynek, wykładziny PCV, stylistyka sprzed kilkudziesięciu lat. Ale pierwsze wrażenie szybko zostało przyćmione przez zatrudniony tam personel, przez wszystkie zasady i reguły przedstawione rodzicom na pierwszym spotkaniu oraz przez przypadkowo spotkaną panią z Sanepidu kontrolującą tenże żłobek. Pani powiedziała, że gdyby miała oddać swoje dziecko do żłobka, to właśnie do tego, ze względu na panującą tam czystość i dbałość o jakość jedzenia. W żłobku nie podawano parówek, a dwa razy w tygodniu był wyrabiany własnej produkcji ser, co absolutnie podbiło moje serce.

Jakie było moje dziecko w państwowym żłobku?

Zadbane.

Przez półtora roku, kiedy Ignaś chodził do żłobka, miał swoje lepsze i gorsze okresy adaptacyjne. Wiadomo, jak ciężko jest wyjaśnić półtorarocznemu – dwuletniemu dziecku co się dzieje, dlaczego tu zostaje, dlaczego nie będzie z nim mamy. Jednak moje dziecko zawsze było przez ciocię przytulone, otoczone troską i uwagą. Co było dla mnie ważne, zawsze wychodziło ze żłobka zadowolone i z uśmiechem na ustach, mimo wielu trudnych poranków z płaczem i rozżaleniem. Widziałam po nim, że jest mu tam autentycznie dobrze.

Czyste.

Żłobkowe ciocie cały czas przypominały rodzicom o zostawianiu w szafce dwóch zmian czystych ubrań dla dziecka. Faktycznie, moje dziecko nigdy nie wychodziło ze żłobka brudne. Ignaś nigdy nie wychodził do mnie z napompowaną pieluchą. Nawet kiedy ciocie widziały już, że po niego jesteśmy, prosiły, żeby chwilę zaczekać, bo trwa zmiana pieluszki. Zwracały uwagę na wszelkie zmiany na ciele, problemy skórne i inne sprawy, które nas jako rodziców mogły zaniepokoić.

Zdrowe.

Były choroby, była masa chorób z glutem, kaszlem i antybiotykiem. Pierwsze pół roku chodzenia do żłobka wyglądało u nas tak, jak wszędzie: tydzień w żłobku, dwa – trzy tygodnie w domu. Było ciężko, ale wiedziałam, że to naturalna reakcja na wejście w grupę rówieśników. Jednak poza tego typu chorobami i przeziębieniami moje dziecko nie przyniosło do domu nic. Nie było ani ospy, ani rotawirusa, ani owsików, ani żadnych innych pasożytów. Żłobek wymagał od rodziców dzieci nieobecnych ponad pięć dni zaświadczenia od lekarza o stanie zdrowia dziecka. Nie przyjmował ani dzieci bez zaświadczenia, ani z wyraźnymi objawami choroby.

Najedzone.

Oczywiście, że pierwszym, o co moje dziecko prosiło po wyjściu ze żłobka, było coś do jedzenia. Tak ma do dzisiaj, nawet już w przedszkolu, jako trzyipółlatek. Ale wiem, że moje dziecko posiłki zjadało w żłobku w całości nieprzymuszane do tego. Wiem też, że mu smakowało, a dodatkowo, kiedy była taka potrzeba, miał dostosowaną do siebie dietę bez laktozy i glutenu.

Boli mnie, kiedy niesłusznie oskarża się państwowe żłobki o to, że są siedliskiem zarazy, syfu i patologii. Kiedy przenosząc dziecko do przedszkola płakałam żegnając się ze żłobkowymi ciociami, usłyszałam od nich: „Pani nie płacze. Wie pani, że jemu lepiej niż u nas nigdzie nie będzie.”. I było w tym bardzo wiele prawdy. To właśnie państwowy żłobek zapewnił mojemu dziecku najlepszą opiekę, serce i troskę, jaką mogłam sobie wymarzyć. I nie pozwolę powiedzieć na takie żłobki złego słowa.




Najrzadziej nadawane imiona w Polsce Anno Domini 2017, czyli czy Żyraf ma konkurencję?

najrzadsze imiona w Polsce 2017

Pamiętacie Żyrafa? To imię podbiło moje serce w 2016 roku, kiedy czytałam raporty o najrzadziej nadawanych imionach. Jedno jest pewne – Żyraf nie będzie mieć wśród rówieśników konkurencji. A kiedy zawoła go pani w przedszkolu lub w szkole, nie będzie się martwił, że na to zawołanie obróci się pięciu innych Żyrafów.

Kiedy szukaliśmy imienia dla dziecka, rozważaliśmy kilka czynników – proces wyboru opisałam we wpisie 5 sposobów na prosty wybór imienia dla dziecka. Ostatecznie jest Ignacy, który nie należy do dziesiątki najpopularniejszych imion, a jednak coraz więcej spotykam Ignasiów w różnych miejscach. Mimo to jestem zadowolona z wyboru i mam cichą nadzieję, że moje dziecko też nigdy mi nie zarzuci, że mogłam go inaczej nazwać.

Jednak są rodzice, którzy w swojej oryginalności są w stanie posunąć się znacznie dalej.

I tak wśród dziewczynek mamy kilka trendów. Najsilniejszy z nich, to imiona od razu zdrobnione. Po co tam komu pełna nazwa imienia. Przecież dzwoniąc kiedyś jako pracownik firmy lub pracując, powiedzmy, w telewizji, tak uroczo można się przedstawić jako Jagienka, Janka, Ala czy Zosia. Dalej mamy imiona typowo religijne takie jak Fabiola (znałam kiedyś jedną siostrę zakonną o tym imieniu) czy Fatima. Są też imiona córek wielbicielek high fashion typu Zara czy Escada, oraz Aria i Arya, których rodzice ewidentnie zagustowali w popularnym serialu. Całość zamyka stara dobra Jesika, Jessika czy też Dżesika. Mamy również Agathę i Agathe, Berenikę (mam szczęście znać aż dwie!) i Nadzieję.

U chłopców z kolei mam wrażenie, że rodzice mieli większy polot. Naszą listę otwierają klasyki takie jak Charlie, Brandon i Braian. Jest też Stanley i Harrison (może kiedyś wyrośnie z niego drugi Indiana Jones?…). Mamy udziwnione wersje zwykłych imione takie jak Filippos i Ignacio (że też ja na to nie wpadłam!) oraz imiona słowiańskie: Siemowit, Sławosz, Jaromir i Dobromir. Sięgając jeszcze głębiej w kulturę i historię, mamy Abrahama i Izaaka, a na drugim biegunie Elvisa i Valentino. Listę zamykają synowie czytelników blogów: Jason i Edwin.

Poniżej znajdziecie pełne listy imion, które najbardziej mnie zadziwiły. Jednak muszę przyznać, że konkurencji w tym roku Żyraf nie posiada. No ale do końca 2017 zostały jeszcze prawie dwa miesiące, więc macie czas się popisać!

Imiona pochodzą z raportu Ministerstwa Cyfryzacji, który znajdziecie tutaj: KLIK. Polecam lekturę, masa inspiracji!