50 prezentów mikołajkowych dla dzieci do 50 zł

prezenty mikołajkowe do 50 zł

Jesteśmy w połowie listopada, co daje nam dokładnie trzy tygodnie do… Mikołajek!

Kilka dni temu na moich profilach na Facebooku i Instagramie wrzuciłam ankietę, w której zapytałam was ile wydajecie na mikołajkowe prezenty. Wyszło na to, że 50 zł to kwota optymalna.

Wybrałam pięć uniwersalnych kategorii dla każdego dziecka i poniżej znajdziecie propozycje prezentów na Mikołajki do 50 zł. Mam nadzieję, że pomogę wam podjąć decyzję, albo chociaż zainspirujecie się i naprowadzę was na pomysł.

Jeśli szukacie innych pomysłów, pod choinkę i do kalendarza adwentowego, na moim blogu znajdziecie również:

  • Co włożyć do kalendarza adwentowego i nie zbankrutować (drobnostki do 10 zł za sztukę) KLIK
  • 10 pomysłów na prezenty dla niemowlaka i noworodka: KLIK
  • Dla roczniaka: KLIK
  • Ddla dwulatka: KLIK
  • 10 pomysłów na prezenty dla trzylatka: KLIK

Prezenty mikołajkowe do 50 zł

A więc do rzeczy. Poniżej 10 kategorii, a w każdej z nich 5 pomysłów. Dajcie znać czy takie listy są dla was przydatne? I czy bylibyście chętni na podobną listę do 100 zł?

Lalki i duże figurki

Zarówno dziewczynki, jak i chłopcy uwielbiają bawić się lalkami i dużymi figurkami. Mój 5,5-letni Ignaś często biega ze swoim Spidermanem lub Kapitanem Ameryką. Poniżej kilka tego typu zabawek:

  • LOL Surprise 49,99 zł KLIK
  • Hasbro figurka Spiderman 38 zł KLIK
  • Barbie lalka syrena 49,99 zł KLIK
  • Lalka Baby Alive 43,98 zł KLIK
  • Hasbro Super Hero Hulk 49 zł KLIK

Klocki

Kto nie lubi klocków? Rozwijają wyobraźnię przestrzenną, uczą budowania konstrukcji i dają masę frajdy! A dodatkowo są świetną zabawką zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców.

  • Lego Classic Kreatywne Klocki 51,76 zł (uważam, że są warte tych dodatkowych 1,76 zł 😉 KLIK
  • Lego Creator Potężne Dinozaury 49,75 zł KLIK
  • Fisher Price Mega Bloks 45 zł KLIK
  • Konstrukcyjne wafle Marionex 36 zł (nasz hit od kilku lat!) KLIK
  • Korbo klocki machine 49,07 zł KLIK

Książki

Wybór książek dla dzieci w naszych czasach jest niesamowity. Daję wam tylko kilka przykładów pozycji już niemal kultowych, ale w tym zakresie nie ma ograniczeń. A im starsze dziecko, tym większy wybór i tym na pewno bardziej będzie się cieszyć z książkowego prezentu.

  • Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek 43,31 zł KLIK
  • Tupcio Chrupcio Box 31,59 zł KLIK
  • Mapy 34,23 zł KLIK
  • 321 superciekawych faktów, które trzeba poznać zanim się skończy 13 lat 41,49 zł KLIK
  • Śmieciogród 31,49 zł KLIK

Gry i puzzle

To jeden z moich ulubionych sposobów na spędzanie czasu z moim dzieckiem. O ile zabawy samochodzikami i figurkami jakoś nieszczególnie mi podchodzą, o tyle gry i puzzle bardzo do mnie przemawiają. Nie mogło ich tu zabraknąć.

  • Granna Potwory do szafy 22 zł KLIK
  • Dobble Kids 37,90 zł KLIK
  • Czuczu puzzle Wóz strażacki 31,48 zł KLIK
  • Melissa & Doug puzzle dźwiękowe 47,23 zł KLIK
  • Taboo Junior 42,99 zł KLIK

Zestawy kreatywne / urodowe

Zestawy dla małych księżniczek to coś, co kocha niemal każda mała dziewczynka. Dla chłopców proponowałabym zestawy typu Play Doh albo inne zestawy kreatywne. Chociaż oczywiście nie mogę wam zabronić kupienia im zestawu do ozdabiania paznokci lub robienia fryzur. Wybór nalezy do was! 😉

  • Hasbro Play Doh Mikser 44,99 (ale tylko w Lidlu taka cena, więc się spieszcie!) KLIK
  • Clementoni Crazy Chic studio paznokci 49,42 zł KLIK
  • Clementoni Crazy chic fryzury 35,95 zł KLIK
  • Melissa & Doug drewniane pieczątki 38,99 zł (wszystkie pieczątki od Melissa&Doug są CU-DOW-NE, uwielbiam!) KLIK
  • Zestaw kreatywny ozdabianie przedmiotów 45,50 zł KLIK

Małe figurki

Kolekcjonowanie to szaleństwo, które prędzej czy później ogarnia wszystkie dzieci. My zbieraliśmy karteczki i naklejki, oni zbierają Super Zingsy i Moji Popsy.

  • Super Zings Magic Box 46,99 zł KLIK
  • Psi Patrol Pojazd Akcji 34,99 zł KLIK
  • Lego Friends mobilna klinika 35,00 zł KLIK
  • Magic Box Moji Pops 47,30 zł KLIK
  • Schleich zestaw zwierzaków wild life 31,86 zł KLIK

Pojazdy i domki dla lalek

Mali chłopcy marzą o super pojazdach, a małe dziewczynki o domkach dla swoich lalek. Każde z tych marzeń można łatwo spełnić.

  • Cobi Super Wings Jett 39,90 zł KLIK
  • Hot Wheels ciężarówka Pencil Pusher 42,00 zł KLIK
  • Fisher Price Blaze i Mega Maszyny 30,00 zł KLIK
  • Doris domek dla lalek z mebelkami 33,99 zł KLIK
  • Domek dla lalek willa rozkładany 35,99 zł KLIK

Instrumenty

Wszyscy wiemy, że nasze dzieci najlepiej na świecie potrafią grać… na naszych nerwach, ale może warto dać im spróbować gry na jakichś innych instrumentach?…

  • Dzwonki chromatyczne 37,90 zł KLIK
  • Malplay keyboard 42,99 zł KLIK
  • Reig Peppa gitara strunowa 36,99 zł KLIK
  • Saksofon 37,99 zł KLIK
  • Skrzypce 40,90 zł KLIK

Zabawki edukacyjne

Nauka przez zabawę to chyba najlepszy mozliwy sposób, żeby dziecko chłonęło wiedzę w różnych dziedzinach życia. Taki prezent może być przyjemnością zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Obopólna korzyść!

  • Clementoni mikroskop 33,09 zł KLIK
  • Edukacyjny robot solarny 45,00 zł KLIK
  • Bączek tablica drewniana dwustronna 44,03 zł KLIK
  • Albi Brainbox – matematyka gra logiczna 44,96 zł KLIK
  • Czuczu duże puzzle alfabet 37,22 zł KLIK

Pluszaki

I wisienka na torcie, najmilsza, napjprzyjemniejsza forma prezentu, zwłaszcza mikołajkowego. Drobnostka, która zawsze ucieszy dziecko, bo nie ma czegoś takiego jak za dużo pluszaków!

  • Fisher Proce Królik Bing 43,78 zł KLIK
  • Simba lalka pyzatka szmacianka 37,31 zł KLIK
  • Jak wytresować smoka – Szczerbatek 43,00 zł KLIK
  • Meteor Kot Shadow 31,52 zł KLIK
  • Hasbro Fur Real Friends pies kudłaty Shaggy 47,36 zł KLIK

Jeśli któraś z moich propozycji przypadła wam do gustu, napiszcie mi koniecznie która i dlaczego. A jeśli macie więcej pomysłów, również jestem na nie otwarta! Udanych zakupów i udanych Mikołajek. Mam nadzieję, że cokolwiek wasze dzieci nie znajdą w skarpecie, w kapciach, pod poduszką, będą się bardzo cieszyły.




Nikt nie lubi matki męczennicy

matka męczennica

Oessu, wypiłam dzisiaj CIEPŁĄ kawę! Jest sukces! Mamy to! Przebrałam się z piżamy w dres o 12:00 i czuje się jak milion dolarów. Uciekłam do Biedry i czuję się jak na randce! Byłam sama w kiblu i czułam sie jak w SPA!

Znacie to? Ile razy słyszałyście takie frazesy od blogerek, od swoich znajomych, czy nawet z własnych ust? Niech rzuci kamieniem pierwsza, która nigdy żadnego z nich nie wypowiedziała.

Ja sama winna jestem wszystkich.

Udostępniłam ostatnio mój wpis sprzed kilku lat, o tym jaki miałam wyrzyg na idealne macierzyństwo, na pozory i iluzję, na to, że internetowe matki nie mają gorszych dni. Wszyscy wiemy, że mają. Ale jakież było moje zdziwienie, że w ciągu tych kilku lat od publikacji tego tekstu postrzeganie macierzyństwa w internecie bardzo się zmieniło. Że matki wiedzą, że wszystkie miewamy przesrane, a mimo to lubią popatrzeć na tę ładniejszą stronę macierzyństwa. Bo zupki i kupki mają na co dzień w domu, a w wolnych chwilach chcą czegoś więcej, czegoś estetycznego.

„Ja mam dość macierzyństwa matek męczenniczek.”

„Wolę oglądać ładne zdjęcia, a nie umęczone życiem matki polki.”

„Jak ktoś chce zobaczyć prawdziwe życie z małym dzieckiem, wystarczy wyjść na spacer obok placu zabaw, na zakupy do Biedronki czy Lidla, albo do przychodni. Tam jest ogrom prawdziwego macierzyństwa.”

– pisały moje czytelniczki i trudno nie przyznać im racji.

My, matki, wszystkie mamy gorsze dni.

Dni, kiedy nie z własnej woli musimy wstać z łóżka o 4:00 rano, kiedy spełniamy tylko kolejne żądania, podcieramy małe tyłki, i nie możemy już dłużej znieść skakania nam po głowie. Mamy dni, kiedy nasze zmęczenie jest nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. Dni strachu, płaczu, ogólnego rozwalenia. Ale to jest normalne. Każdej z nas się to zdarza.

A teraz spójrzmy na to z innej strony.

Obierzmy trochę inna perspektywę. Na pewno wiele z was pochodzi z domów, w których mama zajmowała się wszystkim. Dla dzieci rezygnowała z pracy zawodowej, ze swoich pasji, zainteresowań, rezygnowała z siebie po to, żeby dzieci miały na stole zawsze ciepły obiad, żeby zapewnić im opiekę w pełnym wymiarze. Na ołtarzu macierzyństwa złożyły ofiarę z samych siebie. My, wypowiadając te wszystkie wyświechtane frazesy, robimy dokładnie to samo. Tworzymy wizerunek matki odczłowieczonej. Matki, która we własnej głowie nie jest już kobietą, żoną, wartościowym pracownikiem, człowiekiem z zainteresowaniami, z pasjami. Jest matką dzieciom. End of story.

A życie mamy tylko jedno.

Na końcu jego drogi nikt nie da Ci nagrody za bycie matką – męczennicą. Nie dostaniesz medalu za zaniedbanie siebie na rzecz dbania o swoje dzieci.

Nie narzekaj, że pijesz zimną kawę przez dziecko, bo wiesz lepiej ode mnie, że to nie ono jest powodem.

Nie narzekaj jak bardzo jesteś zmęczona, wymieniając szczegółowo ile razy wstałaś w nocy żeby zmienić pieluchę, dać pić czy poprawić kołderkę.

Nie mów swojemu partnerowi, że ma prawo spędzić czas poza domem, a potem nie miej do niego pretensji, że Ty spędzasz tego czasu dużo mniej. I Ty, i on, oboje macie prawo do czasu wolnego spędzonego w samotności, do rozwijania swoich pasji i zaintersowań.

Oddaj czasem dziecko pod opiekę innej osoby niż Ty sama.

Ucz swoje dziecko samodzielności, bez względu na to jak bardzo uwielbiasz fakt, że jest ono od Ciebie zależne.

Nie stawiaj siebie i swoich potrzeb na ostatnim miejscu. Zamiast kolejnych dziecięcych ubranek, których i tak masz już całą komodę i pół szafy, kup sobie bieliznę, fajny ciuch i kosmetyki. Zrób paznokcie, pójdź na masaż. Zasłużyłaś na to.

Nie krytykuj innych matek za to, że są „samolubne”, bo wyjechały na dwa dni zostawiając dziecko z ojcem lub podały na obiad mrożoną pizzę. Zamiast tego sama czasem stań się egoistką, bo to bardzo zdrowe!

Nie krytykuj ojca swojego dziecka za sposób, w jaki się nim opiekuje i w jaki uczestniczy w wychowaniu. Nie miej też pretensji, że nie czyta w Twoich myślach, kiedy potrzebujesz jego pomocy.

Matka nie będzie się dobrze opiekować swoim dzieckiem, jeżeli sama najpierw nie zaopiekuje się sobą.

Matka musi być czasem egositką, bo będzie to miało dobry wpływ nie tylko na nią samą, ale i jej rodzinę. Matka musi zadbać o własne szczęście, żeby miało to przełożenie na szczęście jej rodziny. Matka musi mieć coś POZA tą rodziną. Hobby, karierę zawodową, samotny wolny czas spędzony poza domem, przyjaciółki, chwile ciszy. Cokolwiek. I musi zdawać sobie sprawę, że elementy te (nie muszą być wszystkie naraz, wystarczy dowolna kombinacja) nie tylko dadzą jej równowagę psychiczną, ale że po prostu należą jej się jak psu buda.

Dbajmy o nasze rodziny. Dbajmy o nasze dzieci. Kochajmy je, przytulajmy, całujmy, karmmy, dawajmy im wszystko, lub prawie wszystko, czego potrzebują. Ale pamiętajmy, że mimo iż są one olbrzymią częścią naszego życia, to życie nadal należy do nas.

Nie wmawiajmy sobie i innym matkom, że zapominając kim są, zapominając o swoich potrzebach i o swoim znaczeniu w jakikolwiek sposób stają się lepszymi matkami. Żyjąc tylko i wyłącznie życiem swoich dzieci nie stają się w oczach innych bardziej kochające czy bardziej odpowiedzialne.

Nikt nie lubi matki męczennicy.

Bo tylko ona sama widzi siebie wyłącznie jako matkę. Dla innych ludzi jest po prostu człowiekiem. Użalającym się nad sobą człowiekiem, który zrezygnował sam z siebie na rzecz innego, słodkiego, małego, bardzo kochanego, ale nadal tylko – człowieka.

Macierzyństwo może wysysać z nas życie. Dajemy w nim z siebie wszystko, a wciąż mamy wrażenie, że to nie wystarczy. I oczywiście, że wymaga ono od nas pewnych poświęceń, bo decydując się na dziecko postanowiliśmy powołać od zera byt, który w pełni musimy ukształtować. Nasza robota jest cholernie ciężka, ale, jak w każdej innej robocie – potrzebujemy czasem od niej przerwy.

Posypuję dziś głowę popiołem.

To nie znaczy, że od dziś zobaczycie u mnie sam lukier, tęczę i jednorożce, dziecięce stylóweczki i buźkę bombelka w każdej możliwej konfiguracji. Zawsze będziecie mogły do mnie przyjść po prawdę, zniecierpliwienie, zmęczenie i smutek, które są nieodłączną częścią macierzyństwa. Ale jestem przekonana, że złoty środek istnieje i jest nam wszystkim niezbędny do życia.

Dlatego wypij dziś ciepłą kawę.

Zrób paznokcie.

Kup sobie fajny stanik.

I żyj.




Co włożyć do kalendarza adwentowego i nie zbankrutować

co włożyć do kalendarza adwentowego

Przychodzi ten czas w roku, kiedy ci bardziej szaleni rodzice decydują się porwać na zrobienie swoim pociechom kalendarza adwentowego. Taki kalendarz pokazuje dziecku ile dni zostało do Gwiazdki, uczy cierpliwości i umila czas czekania.

Do zeszłego roku zarzekałam się, że to głupota, której nigdy nie zrobię. Cóż, tylko krowa nie zmienia poglądów… Na dole wpisu znajdziecie zdjęcia jak wyglądał nasz własnoręcznie zrobiony kalendarz, który zapewne wykorzystamy i w tym roku.

Wszystko pięknie, super atrakcja, dziecko się cieszy. Ale kiedy zaczęłam przygotowania do tej skomplikowanej operacji, zdałam sobie sprawę, że pojęcia nie mam co włożyć do kalendarza adwentowego tak, żeby nie zbankrutować.

Jaki założyć budżet?

Pamiętajmy, że mamy do kupienia 24 drobiazgi. Jeśli nic nie stoi nam na przeszkodzie, możemy na to wydać i 1000 zł, i więcej. Ja jednak założyłam, że 10 zł na bzdetę to jest moje absolutne maksimum i tego się trzymałam. Czasami kupowałam wielopaki, które rozbijałam na kilka dni, do niektórych zabawkowych wkładów dokładałam małą słodycz, itp. Trzeba tym budżetem trochę pożonglować, żeby nie pójść z torbami.

Gdzie kupować?

Pierwsza kwestia to wybór sklepów. Na pewno warto zrobić rozeznanie w sklepach typu Lidl i Biedronka. Im bliżej świąt, tym więcej w nich ofert kierowanych do najmłodszych (i moich nerwów na każdych zakupach przy tłumaczeniu, że JESZCZE NIE TERAZ.). Trochę takich bzdetek można znaleźć w Carrefourze czy Tesco, które mają dość rozbudowane działy zabawkowe. Raczej odradzałabym Smyka i Empik, bo tam już ryzykujemy przekroczenie budżetu. Ale warto próbować. No i zostaje internet – możemy poszukać jednego, max trzech sklepów, tak żeby nie przepłacić za przesyłkę i zakładając, że kupujemy z wyprzedzeniem, zamówić w sieci.

Co włożyć do kalendarza adwentowego?

Dochodzimy do meritum. Poniżej moja lista inspiracji. Mam nadzieję, że znajdziecie na niej coś dla siebie. Dajcie mi znać czy zdecydujecie się w tym roku na taki kalendarz i które z propozycji przypadły wam do gustu.

Podałam orientacyjne ceny konkretnych produktów, żeby można było łatwo oszacować końcową sumę.

co włożyć do kalendarza adwentowego

Słodycze

  • Mix żelków (można rozparcelować na kilka dni) 11,99 zł (425 g) KLIK
  • Pierniczki 5,19 zł KLIK
  • Lizaki 8,85 (6 szt.) KLIK
  • Cukierki 8,29 zł (1 kg) KLIK
  • Mamby 4,29 zł KLIK

Przybory papiernicze

  • Kolorowe gumki do ścierania 10.23 zł (3 szt.) KLIK
  • Kolorowa temperówka 1,85 zł KLIK
  • Mini kredki 9,85 zł KLIK
  • Mini flamastry 3,70 zł KLIK
  • Stempelki 8,69 zł KLIK
  • Dziurkacz 7,76 zł KLIK

Zabawki

  • How Wheels 6,90 zł KLIK
  • Mini puzzle 1,84 zł KLIK
  • Laleczka Cupcake 10,46 zł KLIK
  • Kucyk Pony 7,52 zł KLIK
  • Breloczek 10,83 zł KLIK
  • Saszetka Super Zings 3,99 zł KLIK
  • Figurki 6,91 zł KLIK
  • Saszetka Lego 9,90 zł KLIK
  • Pluszak zawieszka 11,43 zł KLIK

Inne

  • Ciastolina Play Doh 4,99 zł KLIK
  • Kulka do kapieli 1,99 zł KLIK
  • Spinki do włosów 6,00 zł KLIK
  • Gumki do włosów 7,20 zł KLIK
  • Tatuaże 2,00 zł KLIK
  • Bańki mydlane 1,99 zł KLIK
  • Naklejki 3,47 zł KLIK
  • Książeczka 5,97 zł KLIK

Mam nadzieję, że moje propozycje przypadły wam do gustu, a przynajmniej naprowadziły was na to, co u was może się sprawdzić.

To co? Zaczynamy kompletować?




Historia o tym, jak stawałam się matką

co to znaczy być matką

Tytuł „matka” zdobywamy, kiedy na świat przychodzi nasze dziecko. Może nawet trochę wcześniej, już w ciąży, ale nawet wtedy mówimy o sobie „będę mamą”, a nie „jestem mamą”. Ale czy zyskać ten tytuł oznacza, że już nią jesteśmy w pełni? Jestem matką od pięciu i pół roku i nadal mam wrażenie, że niewiele o tym wiem.

Pamiętam to dziwne, obce mi uczucie, kiedy wróciliśmy z noworodkiem ze szpitala, a mój mąż musiał na chwilę po coś wyjść z domu, zostawiając mnie samą. Wróć. Nie samą. Pierwszy raz nie samą. Spojrzałam na śpiące w bujaczku dziecko i ze zdwojoną mocą uderzyła we mnie świadomość, że teraz już nigdy nie będę sama. Od tego momentu zaczął się mój proces stawania się matką.

Stawanie się matką to wrażenie, że wiesz wszystko, a tak naprawdę nie wiesz niczego.

Że jesteś już specjalistką, a tak naprawdę błądzisz po omacku. Kiedy przez pierwsze dwa lata mojego macierzyństwa brnęłam przez mętne wody depresji poporodowej, sądziłam, że nikt lepiej ode mnie nie wie czym jest zmęczenie i umordowanie byciem matką. Byłam męczennicą i niewolnicą swojego stanu, a przecież tak naprawdę, z dzisiejszej perspektywy, to był tylko etap. Etap, który pomógł mi stać się matką, jaką jestem dzisiaj.

Jako świeżo upieczona mama sądziłam, że moje życie właśnie się skończyło. Że jestem tak bardzo ograniczona i ubezwłasnowolniona, że już nigdy nie będę panią własnego czasu tak jak kiedyś. Nadal nie jestem. Ale mam świadomość, co zyskałam. Mam wrażenie, że bycie matką pomogło mi dojrzeć i sprawiło, że umiem walczyć o swoje i bronić swoich decyzji. Bronić swojego dziecka i swojej rodziny.

Śmiesznie jest być mamą niemowlęcia.

Twój świat kręci się wtedy wokół zupek i kupek, wokół mleka i braku snu. „Śmiesznie” mogę napisać teraz, ale wtedy wcale mnie to nie śmieszyło i nie tęsknię za tym etapem. Kiedy moje dziecko skończyło trzy lata i pojechaliśmy na pierwsze zagraniczne wakacje, przypomniałam sobie, co powiedziała mi sąsiadka, matka dwójki dzieci, kiedy spotkała mnie z wózkiem kilka dni po porodzie. „Noooo, to jeszcze tak ze trzy lata i będziecie mieć spokój.”. Spokojem bym tego nie nazwała, ale miała rację. Od tamtych wakacji zaczęłam być matką bardzo świadomie. Zobaczyłam, jak moje decyzje mają wpływ na moje dziecko. Jak moje reakcje odbijają się w nim. Jak wzajemnie dla siebie jesteśmy partnerami. Zobaczyłam moje odbicie w jego oczach.

Stawanie się matką to proces, który trwa i nigdy się nie kończy. To wieczne zastanawianie się, co jeszcze możesz zrobić, i wieczne poczucie, że robisz za mało.

Stając się matką upadam i wstaję razem z moim dzieckiem.

Kiedy przeżywamy razem bunty. Bunty syna i bunty matki. Upadam, kiedy tracę cierpliwość i podnoszę na niego głos. Wstaję, kiedy znów udaje nam się razem coś fajnego wypracować, nauczyć na nowo naszych relacji.

Bo stawanie się matką to uczenie się relacji rodzic – dziecko wciąż od nowa. Wraz z każdym kolejnym etapem, każdym kolejnym rokiem. I to jest coraz trudniejsze. Szaleńczo trudne jest zrozumienie i zaakceptowanie faktu, że moje dziecko jest odrębną istotą ludzką. Że ma swoje decyzje. I uszanowanie tych decyzji. Pojęcie, że proces podejmowania ich nie jest taki, jak u mnie. Że nie musi być i prawdopodobnie nigdy nie będzie.

Stawanie się matką to nieustająca świadomość, że już jutro moje dziecko będzie zupełnie inne niż jest dzisiaj. Że będzie starsze, większe, mądrzejsze. Że nauczy się kolejnych wspaniałych rzeczy. Że powie mi, czego się dowiedziało. Że znów zaskoczy mnie swoimi zmianami.

I ja też jutro będę inną matką, niż jestem dzisiaj.

Moja granica cierpliwości znów się przesunie. Moje rozumienie wielu rzeczy znów się powiększy. Zrozumiem, co to znaczyć być matką, tylko po to, żeby za moment znów nie wiedzieć o tym niczego.

Nie umiem powiedzieć wam co to znaczy być matką.

Bo odpowiedź jest inna dla każdej z nas. To doświadczenie, które każda z nas odbiera inaczej. Każda z nas jest na innym etapie. Jestem matką złożoną z puzzli i strzępków, które z roku na rok kształtowały mnie taką, jaką jestem dziś i nadal kształtują. W jednym momencie stoję kilka tygodni po porodzie pod prysznicem i w strugach lejącej się na mnie wody płaczę, bo mam wrażenie, że życie się skończyło. W drugim momencie jestem z moim dzieckiem w szpitalu, trzęsąc się o jego zdrowie i życie. W trzecim momencie jestem z nim na placu zabaw i cieszę się, że wreszcie zaczął bawić się sam, a ja mogę usiąść na ławce. W czwartym momencie zauważam, że nie wiadomo kiedy nauczył się układać puzzle.

Stawanie się matką to momenty, które ulatują, ale tak naprawdę w nas zostają. Momenty, które nas tworzą. Wstaję rano i staję się matką na nowo, dziś, jutro i pojutrze. I tak do końca życia.




10 trików, które sprawiają, że przestały uciekać mi pieniądze

jak oszczędzać pieniądze

Odkąd pamiętam i odkąd zaczęłam mieć jakiekolwiek swoje pieniądze, jestem w stanie wydać każdą kwotę. KAŻDĄ. Ile mi nie dacie, ile nie zarobię, pieniądze po prostu uciekną mi z portfela, nawet sama nie wiem, na co. Zawsze znajdzie się jakaś potrzeba lub okazja, a jednocześnie najgorzej idzie mi kupowanie dla siebie. Na porządnych zakupach ubraniowych nie byłam od lat, ale kiedy zapytacie mnie, co w tym czasie kupiłam do domu, dla męża i dla dziecka… Nie starczy mi palców u rąk i nóg, żeby to zliczyć.

Heheszki heheszkami, ale mniej śmiesznie to wygląda, kiedy nagle okazuje się, że potrzebne są jakieś dodatkowe pieniądze na nieprzewidziane, poważne wydatki. Dlatego od pewnego czasu postanowiłam wydawać pieniądze bardziej świadomie, zwłaszcza, że przy dziecku nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne większe sumy.

Co tu dużo gadać. Posiadanie finansowych zapasów jest dobrą sprawą, bo kiedy na przykład zepsuje nam się pralka lub lodówka, kiedy zaleje nas sąsiad lub nastąpi inna nieprzewidziana sytuacja, nie siądziemy i nie zapłaczemy gorzko, tylko skorzystamy z kasy, którą odłożyłyśmy sobie na czarną godzinę. Ale żeby ją odłożyć, trzeba zacząć od małych kroków, czyli zdiagnozowania, z jakiego powodu uciekają nam pieniądze i zablokowanie tych wycieków.

U mnie wycieków było kilka, i to znaczących.

1. Zużywanie zbyt dużej ilości płynu do prania

Może wam się to wydawać śmieszne lub dziwne, ale wydawałam masę kasy na środki piorące. Nie bardzo zwracałam uwagę na to ile leję do pralki na jedno pranie, szybko zużywałam dość duże opakowania płynów i dziwiłam się, że tak często muszę kupować nowe. Aż pewnego dnia moja pralka się zbuntowała i sama mi powiedziała, że wlałam za dużo środka piorącego. Serio! Przyszedł moment na refleksję, spojrzałam na opakowanie ile powinnam go lać, zajrzałam do pralkowego otworu i sprawdziłam, gdzie wyznaczony jest limit maksymalnej ilości. I okazało się, że nagle minęło niemal pół roku odkąd ostatnio kupiłam środek piorący, a z bieżącego korzystam, i korzystam, i korzystam…

2. Kupowanie na zapas, bo może nie ma

Walczę z tym nieustająco i wymaga to ode mnie dużo mobilizacji i pamiętania o tym, żeby sprawdzić co i w jakiej ilości mam już w domu, ZANIM zrobię zakupy. Wiecie jak to działa? Idę bezmyślnie na zakupy, czasem z listą, czasem bez (o tym niżej) i dopiero w sklepie zastanawiam się: czy ja mam kluski? Czy ja mam ryż? Ile mi zostało ziemniaków? A potem ląduję z trzema opakowaniami klusek, pięcioma opakowaniami ryżu i dziesięcioma kilogramami ziemniaków, BO MOŻE NIE MA. Nie jestem chomikiem i nie mam tyle miejsca, żeby to wszystko przechowywać, a więc wniosek jest jeden: lepiej sprawdzić.

3. Kupowanie plastikowych siatek

Moja zmora. Mam jedną szafkę w kuchni poświęconą TYLKO na plastikowe siatki, wypełnioną nimi po brzegi. A tyle innych rzeczy mogłabym tam trzymać! Już nie wspominając ile pieniędzy w sumie w nie władowałam zamiast po prostu nosić ze sobą zawsze jedną lub dwie materiałowe torby. To, co dla naszych mam i babć było naturalne – pamiętam, jak moja babcia na targ chodziła z dużym wiklinowym koszykiem – dla nas wciąż jeszcze jest problemem, bo zostaliśmy zaśmieceni plastikami, których wygoda nas rozleniwia. A przecież za każdym razem za nie płacimy! Całe szczęście wchodzą kolejne ustawy, które będą nam ułatwiały decyzję, żeby jednak pamiętać o zabieraniu ze sobą własnej torebki na zakupy.

4. Niekorzystanie z promocji

Żyjemy w czasach, kiedy nieustająco na wszystko są promocje w różnych sklepach. W tym samym czasie kosmetyki, środki chemiczne lub inne rzeczy codziennego użytku można kupić w jednym miejscu w regularnej cenie, a w innym na przykład o połowę taniej. Są na facebooku grupy poświęcone tej tematyce i nauczyłam się, że kiedy przychodzi moment, że muszę kupić coś niezbędnego, a dość kosztownego, zadaję w nich pytanie gdzie w tej chwili jest na to promocja. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nikt nie odpowiedział.

5. Kupowanie bez namysłu i bez porównania cen

To trochę tak jak z promocjami, tylko dotyczy na przykład mebli lub bardziej gabarytowych zakupów. Najlepiej pokażę to na przykładzie. Planowałam kupić w IKEA małą szafkę do sypialni, jednak przerastała ona mój budżet, a bardzo mi na niej zależało. Zaczęłam więc obserwować oferty na OLX i znalazła się osoba, która dokładnie taką szafkę w idealnym stanie sprzedawała o jedną trzecią taniej. Dodatkowo wystawiłam na OLX nasze stare szafki w bardzo dobrym stanie i… wyszłam praktycznie na zero. Chcę przez to pokazać, że jeżeli dobrze przemyślimy duży wydatek, może się okazać, że jest sposób, żeby znacząco go zminimalizować.

6. Chodzenie na zakupy na głodniaka i bez listy

Nie ma nic gorszego. NIC. Uczucie głodu na zakupach sprawia, że kupujemy masę rzeczy do jedzenia, których potem albo nie zjadamy, albo o nich zapominamy i psują się gdzieś z tyłu lodówki. No i lista. Zauważyłam, że idąc z listą na zakupy, wchodzę w tryb zadaniowy. Kupuję tylko to, co mam zapisane, idąc punkt po punkcie, bo nie skupiam już swojej uwagi na tym, czego potrzebuję. Zrobiłam to przecież wcześniej w domu, tworząc moją listę. A co za tym idzie – moje wydatki są przemyślane.

7. Chodzenie na zakupy z mężem i dzieckiem

Nie wiem, czy wy też tak macie, ale u mnie, kiedy idziemy na zakupy we trójkę, moje oba „ogony” zawsze wrzucą mi do koszyka coś, czego nie przewidziałam w planie zakupów. Mąż skarpetki albo jakieś niezwykle niezbędne do życia narzędzia, piwko, chipsy, itp. No a Ignaś, wiadomo. Pięciolatek na zakupach za punkt honoru stawia sobie to, że NIGDY nie wyjdzie ze sklepu bez jajka niespodzianki, samochodziku, czekoladki, lizaczka, Bóg jeden raczy wiedzieć, czego jeszcze. Niczego tak sobie nie cenię (dosłownie!), jak samotnych zakupów…

8. W OGÓLE chodzenie na zakupy

To jest coś, czego nauczyłam się dopiero po przeprowadzce do domu. W mojej okolicy nie mam praktycznie żadnego dobrze wyposażonego osiedlowego sklepu. Chodzi oczywiście o zakupy przez internet. Sklepowe półki zawsze skuszą nas czymś dodatkowym. Kolory i zapachy produktów, sposób ich rozłożenia, wszystko działa na nas jako klientów tak, że ciężko się czasami powstrzymać, żeby nie wyjść poza listę zakupów. Natomiast zakupy przez internet, z dowozem do domu, maksymalnie ograniczają to ryzyko.

9. Wydawanie pieniędzy na PIERDOŁY

Kolejny błyszczyk lub pomadka? Kolejne cienie do powiek? Kolejny resorak dla synka, jakieś słodycze, tu to, tu tamto, i tak się to zbiera. Wydatki, nad którymi nie panujemy w ogóle, niby małe, ale w skali miesiąca i roku trochę się tego zbiera. Trochę dużo. Zwłaszcza przy dziecku ciężko nad tym zapanować, ale jeśli nam się to uda (a mi udaje się z miesiąca na miesiąc coraz lepiej!), to zauważymy znaczącą zmianę w tym, ile zostaje nam w portfelu lub na koncie na koniec miesiąca.

10. Niezwracanie uwagi na wysokość rachunków za wodę i prąd

Sprawa kluczowa, bo comiesięczne rachunki to coś, co po prostu schodzi nam z konta (mniej więcej jak kredyt na dom lub mieszkanie, ale na niego akurat wpływu nie mamy…), bardzo mocno poza naszą kontrolą. A prawda jest taka, że mamy bardzo duży wpływ na to, ile możemy wydać co miesiąc na wodę, gaz, prąd, ogrzewanie.

Co więc możemy zrobić? Przede wszystkim możemy dbać o to, abyśmy my i nasi bliscy, a już zwłaszcza warto nauczyć tego dzieci, wyłączali wodę podczas czynności takich jak mycie zębów, mycie głowy czy mydlenie ciała pod prysznicem. Nawet sobie nie zdajemy sprawy ile litrów wody może przepłynąć w tych, zdawałoby się, krótkich momentach. Dodatkowym rozwiązaniem jest słuchawka prysznica i perlatory w kranach o zmniejszonym przepływie.

Druga sprawa to elektryczność.

Zdarza wam się przestawiać urządzenia w stan uśpienia zamiast je wyłączyć? Nie wyjąć telefonu z ładowarki, chociaż bateria już dawno ma 100% naładowania? Zasnąć przy włączonym świetle lub, co gorsza, telewizorze i/lub komputerze? A to wszystko winduje nasze rachunki za prąd w sposób, którego nawet sobie nie wyobrażamy!

Trzecia to ogrzewanie.

W mieszkaniu dość mocno można nad tym zapanować wyłączając grzejniki, które tak naprawdę przydają się, kiedy na zewnątrz temperatura spada do ok. -10 stopni Celsjusza. Są w końcu sąsiedzi, którzy z każdej strony nas „dogrzewają”, więc przez większość sezonu grzewczego możemy tak naprawdę nie korzystać z naszych własnych kaloryferów. Fajną sprawą są też głowice termostatyczne z możliwością czasowego uruchomienia grzejnika, na przykład rano w łazience, wieczorem w pokoju dziecięcym, itp. W domu jest trochę łatwiej, bo piec ogrzewający cały dom można samemu regulować godzinowo i w zależności od dnia tygodnia lub weekdnu.

A jakie są wasze sposoby na oszczędności, zarówno przy mieszkaniu w bloku, jak i w domu?

Ciekawy wpis? Przeczytaj też 10 moich domowych trików i tajemnic: KLIK




Czy jestem wystarczającą matką?

czy jestem wystarczającą matką

Są takie dni, kiedy czuję się niewystarczająca. Niewystarczająca jako człowiek, jako żona, przyjaciółka, pracownik, i w końcu niewystarczająca jako matka. Znasz to uczucie? Masz czasem wrażenie, że każdy poza Tobą samą uważa, że odwalasz kawał dobrej roboty? Że wszyscy dookoła poza Tobą samą sądzą, że świetnie wyglądasz i świetnie sobie radzisz?

Presja, którą narzucamy sobie same sobie jest ogromna. Mamy przed sobą wyzwanie wychowania naszych dzieci na odnoszących sukcesy, szczęśliwych, mądrych i rozsądnych dorosłych, ale niestety nie jesteśmy w tym niezależne. Za plecami, nad głową, na ramieniu, niczym mały chochlik, siedzi nam społeczeństwo wpatrzone w rady wujka Googla, Facebooka i Instagrama z ich idealnym światem i idealnymi radami, i mówi nam, jakimi rodzicami mamy być.

Jestem matką, więc moim podstawowym zadaniem jest dbanie o wszelkie potrzeby mojego dziecka. Mam być też jego animatorką i dostarczać mu wszelkich rozrywek, dbając jednocześnie o nieskazitelność i czystość jego otoczenia. Mam go nauczyć dobrych manier i wychować na przyzwoitego człowieka, a jednocześnie na wszelkie ataki histerii mam reagować niczym oaza spokoju, kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora i wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów (ze wiadomych względów musiałam wyciąć niecenzuralną część tego pięknego cytatu).

Mam być spokojna, ale nie za bardzo, bo inaczej wejdzie mi na głowę.

Jeśli będę na niego krzyczeć, będzie mieć potem w życiu problemy. Jeśli nie będę, też będzie mieć problemy.

Mam go nie szczepić, bo od tego umrze, ale też muszę go zaszczepić, bo umrze.

Mam go karmić piersią, bo dzięki temu się uodporni, ale mam go też karmić butelką, bo za bardzo się ode mnie uzależni.

Mam go bujać, bo to bezcenna bliskość, ale mam go też nie bujać, bo się przyzwyczai.

Mam go karmić ekologicznie, organicznie i zdrowo, żeby nie chorował. Ale nie mogę go karmić zbyt zdrowo, bo przesada w żadną stronę nie jest dobra.

Oglądanie bajek jest złe dla jego mózgu, ale nieoglądanie ich ogranicza jego rozwój.

Zabawa na świeżym powietrzu jest mega ważna, ale ekspozycja na słońce jest niebezpieczna.

Dziecko powinno umieć samo się sobą zająć i być samodzielne, ale jeśli nie będę skupiać na nim uwagi przez cały boży dzień i poświęcać mu całego swojego czasu, nauczę je, że nie może na mnie polegać.

Jeśli pozwolę się dziecku wypłakać, stanie się wyalienowanym samotnikiem. Jeśli od razu będę reagować na jego płacz i wszelkie inne potrzeby, stanie się aroganckim zapatrzonym w siebie gnojkiem.

Nadążasz? Absurd goni absurd.

Oczekiwania, które stawia nam rzeczywiste i wirtualne otoczenie, są obrzydliwie wygórowane i absolutnie nieosiągalne. Powiedz mi teraz: w jaki, do licha ciężkiego, sposób my, jako rodzice, jako matki, mamy to wszystko osiągnąć? Jak, do cholery, mamy sprostać tym wszystkim oczekiwaniom?

Mam takie wrażenie, że matki, zwłaszcza polskie matki, Matki-Polki, wiecznie się czegoś wstydzą. Jeśli karmią butelką, to wstydzą się do tego przyznać. Jeśli karmią piersią, a już tym bardziej jeśli robią to długo, również się tego wstydzą. Wstydzą się porodu naturalnego, wstydzą się cesarki. Wstydzą się, że nie mają siły ogarnąć chałupy po tym, jak umyły lub nie umyły swoje dziecko (owszem, nie codziennie się to udaje!), dały lub nie dały mu kolację, spędziły lub nie spędziły z nim czasu. Wstydzą się, że wróciły do pracy po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym. Wstydzą się, że nie pracują, bo wychowują swoje dzieci na pełen etat.

Umęczone Matki-Polki wiecznie uważają, że muszą złożyć swoje życie w ofierze macierzyństwa.

Żeby zadowolić kogo? Siebie? Swoje dzieci, swoich mężów, rodziny, znajomych? Swoje otoczenie? A życie masz tylko jedno i to jest Twoje życie. Ty decydujesz jak je spędzisz i czy będziesz dobra i wyrozumiała sama dla siebie. Nie musisz w nim składać żadnej ofiary, nie musisz się poświęcać. Wystarczy, że sama dla siebie będziesz wystarczająca. Jeśli Twoje znajome, koleżanki, przyjaciółki wmawiają Ci, że cokolwiek przy swoim dziecku robisz źle, bo robisz to inaczej niż one, to ma to swoją fachową nazwę: mom shaming. Jedna matka drugą matkę zawsze najczęściej oceni, a jeszcze zrobi to na głos, i to nie będzie ocena pozytywna. Jeśli masz takie kumpelki, pseudo-ciocie-dobra-rada i samozwańcze specjalistki od kupek i zupek, to zapomnij, że kiedykolwiek nazywałaś je przyjaciółkami. Bo to nie jest przyjaźń. Macierzyństwo nauczyło mnie jednej bardzo ważnej rzeczy: odcinania i separowania się od ludzi, którzy zalewają mnie swoim jadem i toksynami. Bo to nie dla nich mam być wystarczająca. Kobieta drugiej kobiecie może ewentualnie dyskretnie poprawić koronę nie mówiąc światu, że się osunęła.

Mam jedno dziecko. Pięć lat zajęło mi, żeby przestać się obwiniać za to, że nie czuję się jeszcze na siłach mieć drugiego. Że to nie jest dobry moment. Mając jedno dziecko też jestem spełnioną i wystarczającą matką. Przestałam usprawiedliwiać się sama przed sobą i nie narzucam sobie wewnętrznego przymusu, że ten stan musi się zmienić. Nie czuję się gorsza, bo zrozumiałam ten stan rzeczy i wiem dlaczego tak jest. Nikomu nie muszę się z tego tłumaczyć.

Nic dziwnego, że przez większość czasu czujesz, że to, co robisz, kim jesteś, jaka jesteś, to za mało.

Że wiecznie gonisz za nieosiągalnym. Ja też gonię, ale pogodziłam się już z faktem, że nie dobiegnę tam, gdzie w idealnym świecie miałabym dobiec. Nie jestem idealną matką, którą byłam w swojej głowie zanim urodziłam dziecko. Jestem od tego bardzo daleka. Każdego dnia coraz bardziej zdaję sobie sprawę jak daleka jestem od ideału, i jak coraz bardziej się od niego oddalam. Jak daleka jestem nawet od bycia „w miarę”. W moim domu rzadko panuje porządek, nie jestem wyluzowaną mamuśką, nie jestem też cierpliwa. Często trafia mnie szlag, często po prostu mi się nie chce.

Złożyłam już broń.

Przyjęcia urodzinowe mojego dziecka nigdy nie będą małymi weselami, nie zmierzam też spełniać wszystkich jego zachcianek, żeby tylko go zadowolić. Moje macierzyństwo nie jest książkowe. Jest pełne stresu i zmartwień, bałaganu, łez, histerii, grania na tablecie, oglądania bajek i rozpakowywania zabawek na Youtube’ie. I parówek na kolację. I nie oznacza to, że nie jestem dobrym człowiekiem, żoną, przyjaciółką, pracownikiem, i w końcu dobrą matką. Patrzę na mojego syna, dla którego ogarniam całe to macierzyństwo dzień po dniu, krok po kroku, robiąc to najlepiej, jak umiem. I wiem, że dla niego jestem wystarczająca.

I Ty dla swojego dziecka też jesteś.