Body shaming dzieci – najwyższa pora z nim skończyć. JUŻ.

body shaming dzieci

„Mamo, dlaczego ten pan śmiał się ze mnie, że jestem chudy? Ja nie chcę być chudy! Chcę być grubszy!” – powiedział do mnie mój sześcioletni syn jakieś dwa – trzy tygodnie po zdaniu, które, jak wiele innych podobnych w jego życiu, zostało wypowiedziane przy nim na głos. Teoretycznie skierowano je do mnie, ale w jego obecności.

Body shaming dzieci – skinny shaming czy fat shaming – zawstydzanie dziecko poprzez zwracanie uwagi na jego wagę, przejawia się różnorako. U nas wygląda to mniej więcej tak:

Ale on chudy!

Ale z niego chudzielec!

Czy wy go w ogóle karmicie?

On chyba nic nie je!

Oj, niejadek wam się trafił.

Sama skóra i kości!

Żebra można liczyć!

Takie i podobne zdania mogłabym wymieniać bez końca. Mówione przez dorosłych, obcych i znajomych, przez rodzinę i przyjaciół. Teoretycznie w dobrej wierze i z troską. W praktyce każde z tych słów, niczym pocisk, słyszało moje stojące obok dziecko. A potem powoli w sobie trawiło i przetwarzało.

Ludzie nazywają innych brzydkimi na różne sposoby.

Czasem jest to określenie „grubasek”, innym razem „kościotrup”. Czasem „rudzielec”, a czasem „okularnica”. Ludzie wyrzucają z siebie głośne komentarze na temat wyglądu dzieci – cechy, na którą dzieci nie mają wpływu – nie biorąc pod uwagę, jak głęboko to w nich zostanie.

Więc chcę to dziś jasno i wyraźnie powiedzieć każdej osobie, która kiedykolwiek zwróciła na głos uwagę na to, że moje dziecko jest szczupłe: Noł szit, Szerlok. I wyobraź sobie, że on Cię słyszał. I zrozumiał. Ma oczy i lustro w domu, w którym widzi siebie i widzi, jak wyglądają inne dzieci. Nie tylko słyszał, co zostało powiedziane na jego temat, ale słyszał również jakim tonem zostało to powiedziane i z jakim wyrazem twarzy. I to go zabolało.

Więc zamiast przyjemnej rozmowy o tym, co będziemy robili w następny weekend albo co miłego się ostatnio zdarzyło, po raz kolejny tłumaczyliśmy dlaczego to dobrze być szczupłym i mieć dobrą przemianę materii oraz że dorośli ludzie muszę się specjalnie odchudzać, żeby być w dobrej formie i zachować dobry wygląd.

Moje dziecko urodziło się jako hipotrofik.

Tuż przed terminem, z bardzo niską wagą urodzeniową, ze wskazaniem do wielu badań i kontroli, z odroczeniem szczepień od neurologa. Był tak drobniutki, że tonął w najmniejszych niemowlęcych rozmiarach, a czapeczki dla noworodków wyglądały na nim jak namiot. Był delikatny i wrażliwy – i taki pozostał.

W czasie połogu, potem w pierwszym roku jego życia, kiedy dochodziłam do siebie, rozgryzałam karmienie piersią, które mi nie szło, przez cały okres depresji poporodowej zamartwiałam się jego wagą. Czy karmię go wystarczająco? Dlaczego nie umie ssać? Czy odpowiednio często go przystawiam? Dlaczego żadne z nas nie ogarnia tego tematu?

Koniec końców dość szybko przeszłam na butelkę, z korzyścią dla nas obojga, i wszystko było w porządku. Ale gdzieś z tyłu głowy, gdzieś w podświadomości jak uparta mucha wciąż krążyła myśl, że tempo jego przybierania na wadze nie było normalne.

Ale prawda jest taka, że nie ma czegoś takiego jak „normalne”.

Nie istnieje rozmiar odpowiedni i nieodpowiedni, tak samo jak nie istnieje nieodpowiedni czy odpowiedni kształt ciała. Gdyby którykolwiek z nich istniał, w sklepach sprzedawaliby tylko jeden rozmiar spodni, bluzek, czy sukienek.

Wystarczy spojrzeć na nas – jego rodziców – żeby wiedzieć dlaczego jest szczupły i wysoki. Oboje tacy jesteśmy. Oboje jako dzieci byliśmy z kategorii najszczuplejszych.

W klasie maturalnej ważyłam 45 kg przy 176 cm wzrostu. Przez całe lata nasłuchałam się, że jestem anorektyczką, że można policzyć mi żebra, że jestem płaska jak deska, i wiele podobnych. Czy moje poczucie własnej wartości w ogóle istniało? Łatwo można sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ale to nie były czasy, żeby ktokolwiek przejmował się tymi tematami.

Czy kompleksy ze mną zostały aż do dorosłości i ciągną się za mną po dziś dzień, chociaż już jestem grubo po trzydziestce? Zgadnij, Sherlocku.

Jakimś cudem body shaming dzieci jest w naszym społeczeństwie czymś akceptowalnym. W większości inteligentni ludzie zdają sobie sprawę, że dorosłych nie należy nazywać grubasami czy chudzielcami. Więc dlaczego ci sami inteligentni dorośli ludzie bez skrępowania robią to dzieciom? Może wydaje im się to zupełnie nieszkodliwe?

No to niespodzianka: body shaming dzieci jest szkodliwy jak diabli*.

Mam jedną małą prośbę. Następnym razem, kiedy zobaczysz dziecko, chłopca czy dziewczynkę, zresztą dorosłego też, i poczujesz nagłą i pilącą jak cholera potrzebę, żeby skomentować jego czy jej wygląd albo jakąkolwiek cechę, na którą nie ma wpływu, POWSTRZYMAJ SIĘ i zastanów się, czy sam chciałbyś o sobie usłyszeć takie słowa.

Powiedz coś neutralnego, na przykład „Jaki słodziak!” albo „Ktoś tu chyba lubi Spidermana?”. Niech to będzie pozytywne, ale bez cienia oceniania. Choćby Cię wewnętrznie skręcało, żeby głośno zauważyć wzrost czy wagę dziecka.

Po prostu

tego

nie rób.


*Z badań WHO wynika, że polskie dziewczynki zajmują pierwszą pozycję wśród nastolatek z 42 krajów, jeśli chodzi o negatywną samoocenę.(…) Aż 61 polskich piętnastolatek uważa się za grube, przy czym prawie połowa z nich nie ma faktycznej nadwagi.

Psychologowie szukają powodów tak niskiej samooceny we wzorcach, które promują media i we współczesnym kulcie ciała. Winią też media społecznościowe, w których może pojawić się zdjęcie zrobione znienacka, co zmusza nastolatki do przychodzenia w makijażu do szkoły i myślenia o swoim wyglądzie niemal w każdej minucie. Więcej na ten temat tutaj: KLIK




Pielęgnacja skóry dziecka zimą

Chociaż zima w tym roku wyjątkowo niezimowa, a śniegu jak na lekarstwo, to nic nie zmieni faktu, że ciepło nie jest, a dzieci lubią spędzać czas na powietrzu. Zimowe chłody sprawiają jednak, że wyzwaniem staje się pielęgnacja delikatnej skóry dziecka.

Mój prawie sześciolatek uwielbia aktywne spędzanie czasu i często wychodzimy, zwłaszcza w weekendy. Robimy sobie krótsze i dłuższe spacery (przygotowując się powoli do letniego podboju tatrzańskich dolin), czasem nawet zachodzimy na plac zabaw. Dużo czasu spędzamy na powietrzu, co sprawia, że pielęgnacja skóry malucha jest dla mnie wyjątkowo ważna.

Pielęgnacja skóry dziecka zimą

Skóra dzieci różni się od skóry dorosłych. Przede wszystkim jest cieńsza i mniej sprężysta. Przez to, że skład jej warstwy lipidowej jest inny, a gruczoły potowe i łojowe nie pracują tak intensywnie jak nasze, szybciej się przesusza i traci wodę. To wszystko brzmi bardzo poważnie i naukowo, ale tak naprawdę w ogóle nie jest skomplikowane. Wystarczy pamiętać o kilku podstawowych zasadach.

W domu

To, co możemy zrobić w domu, aby skóra naszego dziecka w zimie była w dobrej kondycji, to na pewno odpowiednie nawilżenie powietrza i odpowiednia temperatura, zwłaszcza w nocy. Dziecko powinno spać w temperaturze ok. 19-22 stopni, przy wilgotności powietrza w granicach 40-60%.

Jeśli chodzi o kąpiel, powinna być przede wszystkim regularna, ale niezbyt długa – maksymalnie do 10-15 minut, ponieważ dłuższy czas spędzony przez dziecko w ciepłej wodzie sprawi, że skóra się wysuszy. Dobrego wpływu na stan skóry nie będzie też miała zbyt duża ilość kosmetyków – należy ich używać oszczędnie, w minimalnych porcjach.

Skórę dziecka po kąpieli należy dokładnie osuszyć, nie zapominając o fałdkach w przypadku niemowlaków. Ręcznikiem nie pocieramy, lecz przykładamy go do skóry – unikamy w ten sposób podrażnień.

Na zewnątrz

Przed wyjściem na spacer w zimowe dni musimy pamiętać o kilku podstawowych rzeczach. Przede wszystkim buzię i ręce dziecka smarujemy dodatkową warstwą kremu o działaniu nawilżającym i natłuszczającym. Robimy to 15, a nawet 30 minut przed wyjściem z domu, żeby krem wchłonął się w skórę i faktycznia dawał ochronę. Działanie takiego kremu to maksymalnie 2 godziny, więc po tym czasie dobrze jest ponownie posmarować dziecko.

Smarując dziecko dobrze jest pamiętać nie tylko o dłoniach i twarzy, ale również o nogach, stopach i ustach. A jak już jesteśmy przy stópkach i rączkach – bardzo ważne, aby rękawiczki i buty nie były zbyt mocno obciskające. Krew musi swobodnie przepływać, aby dziecko miało komfort.

Nie dla wszystkich jest to oczywiste, ale absolutnie nie zasłaniamy szalikiem buzi i nosa dziecka. Powietrze wydobywające się z buzi zwiera parę wodną, która osadzając się na twarzy w zimowy dzień może spowodować odmrożenia.

Nie przegrzewamy dziecka. Dziecko wózkowe wymaga tylko jednej warstwy więcej niż osoba dorosła, natomiast dziecko chodzące ubieramy tak jak siebie. Z dzieckiem wózkowym spacerujemy przy temperaturze nie niższej niż -5 stopni, z dzieckiem chodzącym – nie niższej niż -8.

Po powrocie ze spaceru sprawdzamy stan skóry dziecka. Jeśli jest czerwona, podrażniona, odmrożona – pozwalamy jej odtajać w temperaturze pokojowej, ewentualnie myjemy pod ciepłą, ale nie gorącą wodą.

Jak ja sobie radzę z delikatna skórą mojego dziecka?

Od jakiegoś czasu bardzo zaczęłam zwracać uwagę na skład kosmetyków nie tylko dla siebie, ale i dla Ignasia. Staram się kupować kosmetyki maksymalnie naturalne, aby zminimalizować ryzyko alergii skórnych i jak najmniej tę skórę obciążać, nie wydając przy tym fortuny.

Jest bardzo wiele polskich marek produkujących wysokiej klasy kosmetyki naturalne. A że od lat jestem wierna pewnym markom, bardzo ucieszyła mnie informacja, że polska marka Lirene wprowadziła do swojego portfolio linię wegańskich kosmetyków Eco Baby.

Co mają w sobie te kosmetyki?

Przede wszystkim można ich używać od pierwszego dnia życia dziecka. Kosmetyki te są tworzone na bazie certyfikowanych organicznych i naturalnych składników, pochodzących z kontrolowanych upraw. W skład serii wchodzi pięć kosmetyków: krem do twarzy, mleczko do ciała, szampon, płyn do kapieli i żel do mycia ciała, każde z innym uroczym zwierzątkiem i każde zawierające 98 lub 99% składników pochodzenia naturalnego.

Krem i mleczko mają cudowny, delikatny zapach. Ignaś skwitował to: mama, to pachnie bambusem! Na pewno ta panda jadła bambusa! Zresztą kto zna moje dziecko ten wie, że niałatwo przekonać go do smarowania się czymkolwiek, a te kosmetyki w pełni zaakceptował. I dobrze, bo świetnie nawilżają, natłuszczają i wzmacniają naturalna barierę jego skóry w zimowe dni. Szampon i płyn do kapieli również pięknie pachną i nie szczypią w oczy (sprawdzone poprzez nurkowanie w wannie!).

Ceny kosmetyków są bardzo przystępne, a dostać je można w każdym Rossmannie, co zdecydowanie ułatwia kwestię zakupu.

Dajcie znać czy stosujecie się do moich zaleceń i czy któreś z nich były dla was zaskoczeniem!

Wpis powstał we współpracy z marką Lirene Eco Baby.




Nieszczepione dzieci w żłobku

nieszczepione dzieci w żłobku

Zanim przeczytasz, lojalnie ostrzegam: ten wpis jest moją opinią. Nie prawdą objawioną, nie naukową analizą. Jest czystym wyrażeniem mojego zdania. Możesz się z nim nie zgadzać, możesz się na mnie obrazić, więc jeśli zamierzasz, to od razu Ci mówię: nie czytaj.

Nieszczepione dzieci w żłobku

Warszawski ratusz podjął oficjalną decyzję o nieprzyjmowaniu do publicznych żłobków nieszczepionych dzieci. Do tej pory dzieci antyszczepionkowców miały w takiej sytuacji mniej punktów w rekrutacji, ale to na szczęście wreszcie się zmieniło.

Dlaczego „na szczęście” i „wreszcie”?

Liczby nie kłamią. Według Gazety Wyborczej w kolejkach do warszawskich żłobków czeka 13 000 maluchów. Z tej grupy 2600 rodziców przyznało się do niewypełniania obowiązku szczepienia. W 2018 roku na odrę zachorowało 5 razy więcej osób niż w roku 2017. Od początku 2019 do sierpnia zachorowało 1360 osób, podczas gdy w analogicznym okresie rok wcześniej – 117.

Na odrę??? Która w mojej świadomości, odkąd żyję była NIEISTNIEJĄCĄ chorobą? Chorobą, na którą można umrzeć???

Nie chcesz? Nie szczep. Ale nie narażaj innych.

Nieszczepienie dzieci jest skrajnym egoizmem. Mogłam pójść w tym kierunku, bo kiedy moje dziecko przyszło na świat, naczytałam się głupot i bardzo się bałam, że szczepienia zrobią mu krzywdę. Jednak mimo strachu, mimo że urodził się z hipotrofią urodzeniową, mimo wielu badań, przez które musieliśmy przejść, nie żałuję decyzji o szczepieniach.

Decydując o nieszczepieniu, decydujesz za mnie, za moje dziecko, narażając na śmiertelne choroby wszystkich z otoczenia, włącznie z kobietami w ciąży i starszymi ludźmi. Nie myślisz o pokoleniach, które przyjdą po nas.

Stać Cię, żeby nie szczepić?

Bo to dość kosztowna decyzja. Bierzesz na siebie całą odpowiedzialność, że wydasz kupę kasy za leczenie chorób, którym zapobiegają szczepienia. Ratowanie ludzkiego życia zwykle wypada dość drogo. A skoro stać Cię, żeby podjąć tę decyzję, to stać również na prywatny żłobek. A może się mylę? Nie odpowiadaj. To było pytanie retoryczne.

Kiedy trafiłam z moim dzieckiem do szpitala z zapaleniem płuc, lekarka zadała mi jedno podstawowe pytanie: czy moje dziecko było szczepione na pneumokoki. Już wiem, dlaczego to zrobiła. Pneumokokowe zapalenie płuc to choroba o bardzo ostrym przebiegu. Naraża dziecko na olbrzymie ryzyko i wymaga skomplikowanego leczenia. Ale na pewno osoby, które nie szczepią, mają tego świadomość.

Teoria o autyzmie i rtęci już dawno sto razy została obalona.

Ale nawet gdybym w nią wierzyła, to chyba wolałabym wybrać autyzm i wszystko, co z nim związane, niż ryzyko odry czy krztuśca, czyli de facto ryzyko śmierci. To dlatego mój strach przed szczepieniem nie zwyciężył.

Zanim wprowadzono szczepienia, ludzie umierali na odrę i krztusiec. Ta druga jest chorobą, która powoduje bardzo poważne szkody w organizmie, zwłaszcza w płucach, i długoterminowe skutki zdrowotne, nawet do końca życia. Przerażające jest to, że od jakiegoś czasu ilość zachorowań na krztusiec stale rośnie.

Nieszczepione dzieci w żłobku są zagrożeniem dla dzieci szczepionych.

Tak to działa. Dzięki szczepieniom wytwarza się zbiorowa odporność całej grupy ludzi. Jeśli to zostaje zaburzone, łańcuch się zrywa i to ma swoje poważne skutki.

Nie jestem specjalistką, ale wierzę lekarzom.

To właśnie oni zalecali mi zgodnie, jednym głosem szczepienie mojego dziecka. Zaufałam im, i nie żałuję. Wolałam zaufać ludziom, którzy wiele lat swojego życia poświęcili na naukę o organizmie ludzkim, o zdrowiu i życiu człowieka, niż internetowym artykułom. Bardzo polecam wam artykuły doktora Łukasza Durajskiego (KLIK), u którego znajdziecie dużą dawkę merytorycznej, medycznej, naukowej i potwierdzonej faktami wiedzy. Doktor pisze o toksycznych związkach w szczepionkach, o tym co jest podstawą żeby odroczyć szczepienia, opisuje konkretne szczepionki i ich działanie. A przede wszystkim oczywiście zachęca do szczepień.

Czy krztusiec może zabić? Oczywiście, że tak. Szczególnie narażone są noworodki, niemowlęta i najmniejsze dzieci. W Europie statystyki są brutalne i pokazują, że również odra zaczyna zbierać swoje żniwa. Czy jest lekarstwo na odrę? Nie, jedynym sposobem przed uniknięciem groźnych powikłań jest szczepienie.

Dr Łukasz Durajski

Cieszę się bardzo, że Warszawa, moje miasto, podjęła decyzję o ochronie zdrowia i życia najmłodszych. Bo, całkiem tak jak antyszczepionkowcy, mam prawo być egoistką. Moje zdrowie i życie, zdrowie i życie mojego dziecka i moich bliskich, jest najważniejsze.




Nikt nie lubi matki męczennicy

matka męczennica

Oessu, wypiłam dzisiaj CIEPŁĄ kawę! Jest sukces! Mamy to! Przebrałam się z piżamy w dres o 12:00 i czuje się jak milion dolarów. Uciekłam do Biedry i czuję się jak na randce! Byłam sama w kiblu i czułam sie jak w SPA!

Znacie to? Ile razy słyszałyście takie frazesy od blogerek, od swoich znajomych, czy nawet z własnych ust? Niech rzuci kamieniem pierwsza, która nigdy żadnego z nich nie wypowiedziała.

Ja sama winna jestem wszystkich.

Udostępniłam ostatnio mój wpis sprzed kilku lat, o tym jaki miałam wyrzyg na idealne macierzyństwo, na pozory i iluzję, na to, że internetowe matki nie mają gorszych dni. Wszyscy wiemy, że mają. Ale jakież było moje zdziwienie, że w ciągu tych kilku lat od publikacji tego tekstu postrzeganie macierzyństwa w internecie bardzo się zmieniło. Że matki wiedzą, że wszystkie miewamy przesrane, a mimo to lubią popatrzeć na tę ładniejszą stronę macierzyństwa. Bo zupki i kupki mają na co dzień w domu, a w wolnych chwilach chcą czegoś więcej, czegoś estetycznego.

„Ja mam dość macierzyństwa matek męczenniczek.”

„Wolę oglądać ładne zdjęcia, a nie umęczone życiem matki polki.”

„Jak ktoś chce zobaczyć prawdziwe życie z małym dzieckiem, wystarczy wyjść na spacer obok placu zabaw, na zakupy do Biedronki czy Lidla, albo do przychodni. Tam jest ogrom prawdziwego macierzyństwa.”

– pisały moje czytelniczki i trudno nie przyznać im racji.

My, matki, wszystkie mamy gorsze dni.

Dni, kiedy nie z własnej woli musimy wstać z łóżka o 4:00 rano, kiedy spełniamy tylko kolejne żądania, podcieramy małe tyłki, i nie możemy już dłużej znieść skakania nam po głowie. Mamy dni, kiedy nasze zmęczenie jest nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. Dni strachu, płaczu, ogólnego rozwalenia. Ale to jest normalne. Każdej z nas się to zdarza.

A teraz spójrzmy na to z innej strony.

Obierzmy trochę inna perspektywę. Na pewno wiele z was pochodzi z domów, w których mama zajmowała się wszystkim. Dla dzieci rezygnowała z pracy zawodowej, ze swoich pasji, zainteresowań, rezygnowała z siebie po to, żeby dzieci miały na stole zawsze ciepły obiad, żeby zapewnić im opiekę w pełnym wymiarze. Na ołtarzu macierzyństwa złożyły ofiarę z samych siebie. My, wypowiadając te wszystkie wyświechtane frazesy, robimy dokładnie to samo. Tworzymy wizerunek matki odczłowieczonej. Matki, która we własnej głowie nie jest już kobietą, żoną, wartościowym pracownikiem, człowiekiem z zainteresowaniami, z pasjami. Jest matką dzieciom. End of story.

A życie mamy tylko jedno.

Na końcu jego drogi nikt nie da Ci nagrody za bycie matką – męczennicą. Nie dostaniesz medalu za zaniedbanie siebie na rzecz dbania o swoje dzieci.

Nie narzekaj, że pijesz zimną kawę przez dziecko, bo wiesz lepiej ode mnie, że to nie ono jest powodem.

Nie narzekaj jak bardzo jesteś zmęczona, wymieniając szczegółowo ile razy wstałaś w nocy żeby zmienić pieluchę, dać pić czy poprawić kołderkę.

Nie mów swojemu partnerowi, że ma prawo spędzić czas poza domem, a potem nie miej do niego pretensji, że Ty spędzasz tego czasu dużo mniej. I Ty, i on, oboje macie prawo do czasu wolnego spędzonego w samotności, do rozwijania swoich pasji i zaintersowań.

Oddaj czasem dziecko pod opiekę innej osoby niż Ty sama.

Ucz swoje dziecko samodzielności, bez względu na to jak bardzo uwielbiasz fakt, że jest ono od Ciebie zależne.

Nie stawiaj siebie i swoich potrzeb na ostatnim miejscu. Zamiast kolejnych dziecięcych ubranek, których i tak masz już całą komodę i pół szafy, kup sobie bieliznę, fajny ciuch i kosmetyki. Zrób paznokcie, pójdź na masaż. Zasłużyłaś na to.

Nie krytykuj innych matek za to, że są „samolubne”, bo wyjechały na dwa dni zostawiając dziecko z ojcem lub podały na obiad mrożoną pizzę. Zamiast tego sama czasem stań się egoistką, bo to bardzo zdrowe!

Nie krytykuj ojca swojego dziecka za sposób, w jaki się nim opiekuje i w jaki uczestniczy w wychowaniu. Nie miej też pretensji, że nie czyta w Twoich myślach, kiedy potrzebujesz jego pomocy.

Matka nie będzie się dobrze opiekować swoim dzieckiem, jeżeli sama najpierw nie zaopiekuje się sobą.

Matka musi być czasem egositką, bo będzie to miało dobry wpływ nie tylko na nią samą, ale i jej rodzinę. Matka musi zadbać o własne szczęście, żeby miało to przełożenie na szczęście jej rodziny. Matka musi mieć coś POZA tą rodziną. Hobby, karierę zawodową, samotny wolny czas spędzony poza domem, przyjaciółki, chwile ciszy. Cokolwiek. I musi zdawać sobie sprawę, że elementy te (nie muszą być wszystkie naraz, wystarczy dowolna kombinacja) nie tylko dadzą jej równowagę psychiczną, ale że po prostu należą jej się jak psu buda.

Dbajmy o nasze rodziny. Dbajmy o nasze dzieci. Kochajmy je, przytulajmy, całujmy, karmmy, dawajmy im wszystko, lub prawie wszystko, czego potrzebują. Ale pamiętajmy, że mimo iż są one olbrzymią częścią naszego życia, to życie nadal należy do nas.

Nie wmawiajmy sobie i innym matkom, że zapominając kim są, zapominając o swoich potrzebach i o swoim znaczeniu w jakikolwiek sposób stają się lepszymi matkami. Żyjąc tylko i wyłącznie życiem swoich dzieci nie stają się w oczach innych bardziej kochające czy bardziej odpowiedzialne.

Nikt nie lubi matki męczennicy.

Bo tylko ona sama widzi siebie wyłącznie jako matkę. Dla innych ludzi jest po prostu człowiekiem. Użalającym się nad sobą człowiekiem, który zrezygnował sam z siebie na rzecz innego, słodkiego, małego, bardzo kochanego, ale nadal tylko – człowieka.

Macierzyństwo może wysysać z nas życie. Dajemy w nim z siebie wszystko, a wciąż mamy wrażenie, że to nie wystarczy. I oczywiście, że wymaga ono od nas pewnych poświęceń, bo decydując się na dziecko postanowiliśmy powołać od zera byt, który w pełni musimy ukształtować. Nasza robota jest cholernie ciężka, ale, jak w każdej innej robocie – potrzebujemy czasem od niej przerwy.

Posypuję dziś głowę popiołem.

To nie znaczy, że od dziś zobaczycie u mnie sam lukier, tęczę i jednorożce, dziecięce stylóweczki i buźkę bombelka w każdej możliwej konfiguracji. Zawsze będziecie mogły do mnie przyjść po prawdę, zniecierpliwienie, zmęczenie i smutek, które są nieodłączną częścią macierzyństwa. Ale jestem przekonana, że złoty środek istnieje i jest nam wszystkim niezbędny do życia.

Dlatego wypij dziś ciepłą kawę.

Zrób paznokcie.

Kup sobie fajny stanik.

I żyj.




Antybiotyk – cichy zabójca dziecka?

Zbierałam się do napisania tego tematu jak sójka za morze. Jakiś czas temu chciałam opisać go ogólnie i czysto teoretycznie. Chciałam opisać moje podejście do antybiotyków i stosunek lekarzy do tego tematu. Do czasu, aż rzeczywistość i dwie choroby mojego dziecka mocno te plany zweryfikowały.

„Podanie dziecku przez lekarza antybiotyku jest dla lekarza porażką.”

– powiedział mi jakiś czas temu pediatra Łukasz Dembiński. Gdyby tylko wszyscy lekarze i wszyscy rodzice chcieli się do tego stosować, świat byłby piękniejszy, a koncerny farmaceutyczne ździebko biedniejsze. Ale to tak, wiecie, z przymrużeniem oka.

Moja historia z antybiotykami zaczęła się na dość wczesnym etapie mojego macierzyństwa. Najpierw były jakieś drobne choroby, przeziębienia. Potem był pobyt w szpitalu i antybiotyk podany „na wszelki wypadek” na, jak się potem okazało, nietolerancję laktozy, na którą, rzecz jasna, antybiotyku się nie podaje.

To był moment, kiedy coś mnie tknęło.

Moje dziecko miało półtora roku, poszło do żłobka, zaczęło więcej chorować. Kupiliśmy nebulizator, zaczęłam częściej widywać się z pediatrami, z których każdy dawał inne zalecenia. Ale jedno wiedziałam na pewno – antybiotyk traktowałam jako absolutną ostateczność, bo wiedziałam, że każda kolejna dawka osłabi naturalną odporność mojego dziecka.

Nie leciałam z każdym katarkiem i kaszelkiem do lekarza.

Zaczynałam od inhalacji solą fizjologiczną, a kiedy zaczynałam mieć poważne podejrzenia, konsultowałam je z lekarzem, za każdym razem pytając o to, czy mamy inne wyjście niż antybiotyk. Często okazywało się, że faktycznie, istnieje inny sposób, żeby zwalczyć chorobę w zarodku nie podając antybiotyku.

Punktem krytycznym był moment, kiedy lekarka na schorzenie zupełnie niezwiązane z antybiotykiem chciała ten antybiotyk podać. Na moje oburzenie zareagowała łaskawym „Nooo, to może zróbmy CRP…”. No to może zróbmy. Oczywiście badanie wykazało, że żaden antybiotyk potrzebny nie jest. Wystarczyła… maść.

Dlaczego tak bardzo byłam przeciwna antybiotykom?

Wiem, że są rodzice, którzy antybiotyki traktują niemal jak cukierki. Słyszałam o przypadkach, w których rodzic posiada receptę na antybiotyk „na zapas” i już przy pierwszych objawach przeziębienia wykupuje go i podaje od razu, bez konsultacji z lekarzem. Pewnie wielu z was ma takich znajomych i myśli sobie, że skoro inni tak robią, to pewnie jest to świetna metoda.

Być może działanie na krótką metę jest szybkie. Ale w dalszej perspektywie antybiotyk źle wpływa na stan jelit, z których w dużej mierze pochodzi nasza odporność, sprzyja rozwojowi grzybów i zabija dobre bakterie. A ponieważ funkcjonowanie układu odpornościowego opiera się przede wszystkim na odpowiednim stosunku dobrych do złych bakterii (85:15), to łatwo można dojść do wniosku, że bezmyślne regularne podawanie dziecku antybiotyków uruchomi dalsze choroby i kolejne problemy zamiast skutecznie wyleczyć i pomóc. A dodatkowo takie działanie może sprawić, że bakterie w organizmie naszego dziecka po prostu uodpornią się na antybiotyki, co sprawi, że tego typu leki przestaną zupełnie działać. A nie o to nam przecież chodzi.

Powoli zmierzam w mojej historii do końca…

…jednak nie tak oczywistego, jakby się mogło wydawać.

Na wiosnę tego roku moje dziecko trochę pokasływało, ale nie jakoś szczególnie. Nie widziałam żadnych objawów, które miałyby obudzić moją czujność. Pojedyncza temperatura powyżej 38 stopni skłoniła mnie do wizyty u lekarza, który stwierdził zapalenie oskrzeli. Oczywiście nie było wyboru – antybiotyk i dwa tygodnie w domu. Kontrolne badanie wykazało, że zapalenie wyleczyliśmy, dziecko odzyskało siły i przez jakiś czas był spokój.

Aż do kolejnej temperatury.

Równo miesiąc po zapaleniu oskrzeli po raz kolejny zawitaliśmy u lekarki. Dość młodej, ewidentnie z niewielkim doświadczeniem. Od razu zapaliła mi się czerwona lampka. Osłuchowo czysto, lekko zaczerwienione ucho.

„Na wszelkie wypadek podamy antybiotyk.”

NA WSZELKI WYPADEK? Serio??? „Nooo, to może zróbmy CRP…”. Wróciło to do mnie jak bumerang. No to może zróbmy.

Tym razem jednak CRP wyszło grubo powyżej normy, od razu skierowanie do szpitala. W szpitalu wynik badania wyszedł dwa razy wyższy, rentgen wykazał bezobjawowe zapalenie płuc. Tydzień antybiotyku dożylnie w szpitalu, potem jeszcze tydzień doustnie w domu. Przez cały czas, kiedy podawany był antybiotyk, i jeszcze długo potem, podawałam probiotyk. Od tamtej pory mamy na szczęście spokój.

Antybiotyk zabija.

Chcę, żebyście to zapamiętali, i przypomnieli sobie moje przygody, kiedy następnym razem przyjdzie wam do głowy podać antybiotyk „na wszelki wypadek”. Antybiotyk na szczęście nie zabija dziecka, tylko jego odporność, a już w najmniejszym stopniu nie buduje jej. Ale czasem jest konieczny i z tego też warto zdawać sobie sprawę. Jednak trzeba stosować go z głową, ze świadomością tego, że podajemy go tylko we w pełni uzasadnionych przypadkach.

Co by było, gdybym zgodziła się na antybiotyk „na wszelki wypadek” i w ten sposób leczyłabym u mojego dziecka zapalenie płuc, o którym bym się nie dowiedziała, bo przecież leczyłabym go nim na zaczerwienione ucho? Może bym go wyleczyła. A może trafiłabym do szpitala tydzień później, ze znacznie poważniejszymi objawami. A moje dziecko stałoby się królikiem doświadczalnym. Dziękuję, postoję.


Może masz ochotę przeczytać:


Zapraszam do grupy mam, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością! A jeśli spodobał Ci się ten wpis, to polub mój fanpage: KLIK. Będzie mi bardzo miło.




10 decyzji, których nie żałuję jako matka

decyzje, których nie żałujęWraz z momentem wyjścia z nowonarodzonym dzieckiem ze szpitala, a nawet dużo, duuużo wcześniej zaczynamy podejmować decyzje, które ważą na jego późniejszym życiu. Jednocześnie żyjemy w czasach, w których każdy daje sobie przyzwolenie na ocenę podejmowanych przez rodziców decyzji, a nawet ocenę tego, że owymi rodzicami postanowili nie zostać.

Gdziekolwiek nie pójdzie się z dzieckiem, cokolwiek się do niego nie powie – jeśli w okolicy są inni ludzie, można się spodziewać jeśli nie komentarza na głos, to przynajmniej ciekawskiego spojrzenia typu „co też ta matka znowu tam sobie wymyśliła”.

Niewielu postronnych obserwatorów zdaje sobie sprawę, że masę decyzji my, rodzice, podejmujemy po omacku i na czuja. Nikt nam nie mówi co będzie najlepsze dla naszego dziecka, sami musimy się z tym zmierzyć. A jednocześnie gdzieś w głębi duszy czujemy, co być może będzie dla niego całkiem niezłe, dobre, a nawet bardzo dobre.

Nie wiem czy wszystkie decyzje, które ja podjęłam dla mojego dziecka, będą trafione. Ale na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że tych kilku poniżej nie żałuję. A to już bardzo dużo.

Że nie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko od razu po pierwszym

Wiem, że po prostu nie dałabym rady. Długo po porodzie byłam w bardzo złym stanie psychicznym i absolutnie nie czułam potrzeby posiadania drugiego dziecka w jakimkolwiek stopniu, a już na pewno nie tak szybko. Kiedy słyszę te wszystkie opowieści o tym, jak wspaniała jest mała różnica wieku między dziećmi, myślę sobie: „tak, wspaniała, pod warunkiem, że ich mamusia tego dożyje…”. Serio, to nie było dla mnie.

Że krótko karmiłam piersią

Na ten temat napisałam już cały wpis. W obliczu problemów, które napotkałam, żałuję wręcz, że nie skończyłam karmienia piersią znacznie szybciej. A jeśli kiedykolwiek będę mieć drugie dziecko i okaże się, że historia się powtarza, nie podejmę się tego w ogóle.

Że Ignaś od razu spał w swoim łóżku

Moje dziecko spało w kołysce przy moim łóżku przez miesiąc, po czym przenieśliśmy go do własnego łóżka, do własnego pokoiku. Robiliśmy do niego całe kilometry nocami, ale nie żałuję tego, ponieważ nigdy nie było problemu z uczeniem go spania u siebie. To po prostu było dla niego naturalne.

Że moje dziecko bardzo szybko zaczęło spędzać weekendy i dłuższe okresy z dziadkami

Wiele razy wypowiadałam się na ten temat. Zaczęliśmy od samego początku, od kilku godzin, potem weekendów. Pierwszy dziesięciodniowy wyjazd z babcią Ignaś zaliczył w wieku niecałych dwóch lat. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby szalona babcia nie zdecydowała, że da radę i że nie ma takiej opcji, że będzie z tym miała jakikolwiek problem. Oczywiście jak u każdego dziecka, pojawia się tęsknota, ale za każdym razem, kiedy mamy chwile oddechu podczas tych wyjazdów dziękujemy sobie, że podjęliśmy taką decyzję.

Że wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim

Nie wyobrażałam sobie siedzenia na urlopie wychowawczym. Raz, że potrzebowałam wrócić do ludzi, a dwa, że zwyczajnie nie było nas na to stać. Poza tym bałam się tak długiej przerwy w pracy, a potem powrotu i szukania od nowa. Lubię uczucie niezależności bez względu na to, co się w życiu wydarzy.

Że Ignaś chodził do żłobka i chodzi do przedszkola

Mogę śmiało stwierdzić, że moje dziecko nauczyło się dużo więcej w żłobku i w przedszkolu niż ja byłabym mu w stanie pokazać w domu. Mam tez wrażenie, że przy jego dość trudnym charakterze uparciucha dobrze mu robi konfrontacja z rzeczywistością, w której jednak musi się dostosować do pewnych konkretnych zasad. No cóż, ja bywam dużo mniej konsekwentna niż panie w przedszkolu…

Że zaszczepiłam moje dziecko

Trudny temat. Ignaś urodził się maleńki, z całą masą skierowań do neurologa i na przeróżne badania. Bałam się go szczepić, ale jeszcze bardziej bałam się nie szczepić. Zrezygnowałam ze szczepionek – kombosów, szczepiłam maksymalnie jednym wkłuciem na wizytę, i tylko w pełni zdrowia (zresztą takie było zalecenie neurologa). Szczepienia zajęły nam dużo więcej czasu niż gdybyśmy mieli je robić zgodnie z oficjalnym kalendarzem, ale dziś wiem, że to była na tamten czas najlepsza decyzja dla mnie i dla niego.

Że zdecydowałam się na poród siłami natury

W czasie mojej ciąży zaistniała możliwość, że będę miała cesarskie cięcie, bo dzidziuś nie chciał się obrócić głową w dół. I w zasadzie, po pierwszym szoku (byłam nastawiona na poród naturalny), bardzo do tej myśli przywykłam. I kiedy okazało się, że jednak młody zrobił fikołka, nagle ogarnęło mnie przerażenie. Zaczęłam brać pod uwagę cesarkę na życzenie, od której koniec końców odwiódł mnie poród lekko przedterminowy. Dziś jestem z siebie dumna, że dałam radę urodzić siłami natury i bez znieczulenia, którego bałam się chyba bardziej niż samego bólu.

Że urodziłam moje dziecko w momencie życiowej stabilizacji

Wiem, że nie każdy ma tę możliwość i jestem za nią bardzo wdzięczna losowi. Udało mi się zajść w ciążę w momencie, kiedy byliśmy już z mężem po ślubie, mieszkaliśmy na swoim, oboje pracowaliśmy na etacie z umową na czas nieokreślony. To był dla nas obojga duży komfort psychiczny i to sprawiło, że nie stresowaliśmy się w tym czasie żadnymi większymi problemami.

Że w ogóle zostałam matką

Zdarzało mi się, na samym początku, w bardzo ciężkich momentach myśleć, że tego żałuję. Jednak na dzień dzisiejszy wiem, że to była bardzo dobra decyzja. Nic mnie tak w życiu nie wystawiło na próbę, nic mnie aż tyle nie nauczyło, nic nie postawiło przede mną tak gigantycznego wyzwania, jak bycie matką. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że gdyby nie macierzyństwo, nie byłabym tym, kim jestem i nie byłam tak silna, jak jestem.

To są MOJE decyzje. Nie mojej koleżanki, sąsiadki, mamy czy babci, tylko moje. To ja je podjęłam z pełna odpowiedzialnością i jestem z nich dumna. Jeśli Ty podjęłaś inne – to super! Bo to znaczy, że to właśnie było dla Ciebie i dla Twojego dziecka najlepsze. A tak długo, jak jest ono ubrane, najedzone i zadbane, wszystko robisz dobrze. Tak samo dobrze jak ja, jak Twoja koleżanka, sąsiadka, mama i babcia.

Bo dla naszych dzieci to, co robimy i jakie decyzje podejmujemy, to wszystko razem stworzy tylko jedno wspólne, zacierające się z czasem wspomnienie i obraz tego, jak bardzo były kochane. A na koniec dnia tylko to się liczy.


Może masz ochotę przeczytać:


Zapraszam do grupy mam, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością! A jeśli spodobał Ci się ten wpis, to polub mój fanpage: KLIK. Będzie mi bardzo miło.