10 rzeczy, których na pewno NIE zrobię w te Święta

czego nie zrobię w świętaŚwięta Bożego Narodzenia są pięknym czasem. Spokojnym, magicznym i refleksyjnym. W moim wspomnieniach z rodzinnego domu również takie były i zawsze uczono mnie, że to bardzo specjalne chwile. Pamiętam, że jako dziecko bardzo na nie czekałam i nigdy nie byłam nimi rozczarowana.

Ten wpis miał w pierwotnej wersji nosić tytuł „Czy moje dziecko wybaczy mi, że nie miało magicznych świąt?”. Brzmiał tak dlatego, że, stety lub niestety, nie robię masy rzeczy, które obserwuję obecnie głównie wśród rodziców dzieci aktywnych w mediach społecznościowych. Wystarczy wspomnieć, że dopiero minęła połowa listopada, a my już pędzimy za wszystkim, co dotyczy tych trzech dni w roku. W sklepach już są tłumy, reklamy już atakują nas idealnymi prezentami, instagram atakuje nas perfekcyjnymi przygotowaniami. Mam wrażenie, że od kilku lat Boże Narodzenie zamieniło się w wyścig, w którym startujemy, chcąc, nie chcąc, wszyscy, o północy z 1 na 2 listopada.

A może by tak wyluzować?

Może tak po prostu, ze zdrowym podejściem, nie zrobić kilku rzeczy w imię świętego spokoju i nie spinania się przez prawie dwa miesiące tylko dla tych trzech dni? Oto moja lista rzeczy, których na pewno nie zrobię w tym roku i pewnie przez kilka najbliższych lat też nie.

1. Nie opakuję prezentów we własnej roboty opakowania

Nie jestem uzdolniona manualnie – to raz. Nie mam czasu, bo pracuję na etacie – to dwa. Nie będzie ani zgrabnych wycinanek, ani własnoręcznie zrobionych bilecików, ani innych tego typu czasochłonnych ozdób, bo po prostu nie czuje się do nich powołana. Dla tych trzech sekund rozpakowywania wystarczy mi kupny papier i wstążeczka. A wszyscy i tak będą się cieszyć z prezentów.

2. Nie upiekę pierniczków

Robienie pierniczków jest moją zmorą. Zrobiłam je raz w życiu, poświęcając na to trzy wieczory. Jedynym plusem tej roboty były solidne bicepsy, które uformowały się dzięki wyrabianiu ciasta. Będę musiała przeżyć bez pierniczków.

3. Nie przygotuję własnoręcznie kalendarza adwentowego

Ta sama historia co z opakowaniami. Naprawdę nie wiem, czy jestem aż tak do bólu pragmatyczną osobą, czy aż tak bardzo przywiązaną do własnych wspomnień z dzieciństwa, ale mnie jako dziecko zawsze cieszyły czekoladki wyjmowane z klasycznego kupnego kalendarza. I znowu – brak czasu przemawia za tym, żeby nie podążyć za modą tworzenia własnych kalendarzy. Są piękne i pięknie prezentują się na zdjęciach, ale nie dla mnie takie atrakcje.

4. Nie zamówię rodzinnej sesji zdjęciowej

To pewnie piękna pamiątka i nie wykluczam, że kiedyś się na nią skuszę, ale na pewno nie w tym roku. Z jednej strony to dla mnie kwestia wydatków, które i tak w okolicach świąt są napompowane do granic możliwości, z drugiej – znowu czas! Szczerze mówiąc im dalej piszę ten wpis, tym bardziej przekonuję się, jak strasznie mało go mam…

5. Nie kupię mojemu dziecku świątecznych ubrań

Tak, znowu jestem pragmatyczna. Ciuchy, które można nosić przez tydzień w ciągu roku? Serio? Jedyne szaleństwo, na które sobie pozwoliłam, to piżama z czerwononosym reniferem. Na wigilię będzie pewnie koszula z kołnierzykiem i dżinsy, które po godzinie zamienią się w zwykłą bluzkę i dresik. Tak, moje dziecko również jest pragmatyczne.

6. Nie podpowiem dyskretnie mężowi, co bym chciała pod choinkę

My po prostu kupimy sobie wspólny prezent, coś do domu, z czego oboje będziemy korzystać. To już od kilku lat nasza tradycja, która bardzo dobrze się sprawdza i nie widzę powodu, żeby ją zmieniać. Ba, ja ją wręcz polecam!

7. Nie będę się przejmować, że przytyję

To ostatnia rzecz, którą zamierzam się przejmować, zwłaszcza, że w tym roku (tak, jeszcze w tym, a nie od 1 stycznia) planuję poważnie się za siebie wziąć. Mam do zrzucenia kilka kilogramów, ale umówmy się. Święta nie są najlepszym czasem, żeby przejmować się dietą.

8. Nie ubiorę choinki tak, żeby była fotogeniczna

Mam pudło różnokolorowych ozdób choinkowych, których używam co roku. Czasem dokupuję kilka elementów, ale nie planuję choinki pod kątem fotogeniczności, instagrama i jednego, wiodącego koloru. Moja choinka jest przeważnie lekko krzywym chaosem. I za to ją kocham.

9. Nie przyozdobię całego mieszkania świątecznymi dekoracjami

Szczerze podziwiam osoby, które co roku kupują nowe dekoracje do mieszkania, albo, o zgrozo, wykonują je same. Nawet, kiedy nie miałam dziecka, nie czułam w sobie powołania do okazjonalnych ozdób, które najpierw zbierają kurz, a potem, jeśli nie znajdzie się czasu na ich sprzątnięcie (a przeważnie się nie znajdzie), to ozdabiają dom aż do Wielkanocy. Dziecko natomiast jest dodatkowym usprawiedliwieniem, żeby nie zagracać dodatkowo mieszkania. Ono samo wie jak i czym najlepiej zagracać.

10. Nie spędzę sylwestra na modnej imprezie

To wyjątkowo nie świąteczny, ale mój ulubiony punkt. Nigdy szczególnie nie lubiłam przymusu fantastycznej zabawy na cudownej sylwestrowej imprezie. Cały świat się bawi, baw się i Ty! Musisz koniecznie pokazać wszystkim, że doskonale się bawisz! Brrr. Aż mnie wzdryga. Kiedy na świat przyszło moje dziecko i sytuacja zmusiła nas do kanapowego sylwestra i odrzucenia wszystkich zaproszeń odkryłam, że to jest najlepsza i najdoskonalsza forma spędzania tej nocy. Dres i kapcie. Nic więcej mi nie trzeba.

A co w tym roku zrobię na pewno?

Jak pewnie większość z was jak co roku obejrzę „Love Actually”, pojedziemy obejrzeć z roku na rok coraz piękniejsze świąteczne światełka na ulicach Warszawy, zrobimy sobie we trójkę wyprawę po choinkę i razem ją ubierzemy przy dźwiękach kolęd. Kupię masę mandarynek i pomarańczy, i będziemy się nimi zajadać. Spędzimy rodzinnie wigilię, a potem pierwszy i drugi dzień Świąt. Tylko tyle i aż tyle. Bez pędu, bez stresu i bez wyścigu. Czego i wam z całego serca życzę.




METAMORFOZA: pokój przedszkolaka!

Dzieci rosną w niesamowitym tempie. Ledwo byłam w ciąży, pamiętam jak dziś kompletowanie wyprawki i urządzanie niemowlęcego pokoiku, a tu nagle kawaler kończy 3 lata i zaczyna mieć zupełnie inne potrzeby. Najwyższa pora, aby uroczy pokoik niemowlaka z komodą i malutkim łóżeczkiem przeobraził się w pokój przedszkolaka!

Po porcji inspiracji (KLIK!), którą przygotowałam jakiś czas temu, czas na metamorfozę pokoju mojego synka.

PRZED

Oto, jak pokój wyglądał wcześniej.

Nie był to może taki w 100% pokój niemowlaka, bo w międzyczasie od dnia narodzin Ignasia zdążył z niego zniknąć przewijak, który wcześniej położony był na komodzie, a łóżeczko z typowego łóżeczka ze szczebelkami przekształciło się w widoczne na zdjęciu łóżko dla trochę starszego dziecka, niemniej jednak pokój prosił się o gruntowny remont.

Ściany upstrzone były zwłaszcza na wysokości wspomnianego wyżej przewijaka (rodzice chłopców powinni doskonale zrozumieć dlaczego…), a że planowaliśmy też zdemontować tablicę sensoryczną, zarządziłam malowanie. Uprzedzając pytania: plamy były, mimo moich wysiłków, niezmywalne.

W TRAKCIE

Po zamówieniu wszystkich niezbędnych elementów metamorfozy: łóżka, materaca, dywanu, plakatów wraz z ramkami i oczywiście farb, zabraliśmy się do pracy. W ruch poszły wiertarki, wkrętarki, wałki, pędzle i Bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze. Przy okazji powie wam jedno: jak mi jeszcze kiedyś strzeli do głowy zrobić remont generalny, niech mnie ktoś solidne rąbnie. Macie moje błogosławieństwo. Oby tym razem farby były zmywalne!

Jak widać, lekko nie było, a robotników było trzech, przy czym jeden mocno zaniżał średnią wieku. Warto także zwrócić uwagę na fachową i prehistoryczną linijkę, którą dokonywane były pomiary do malowania pasów! Ktoś jeszcze pamięta te czasy?…

Ale do rzeczy. Kolorystyka pokoju niewiele się zmieniła, ponieważ bardzo nam przypadła do gustu, ale pojawiły się moje wymarzone, wspomniane wyżej pasy.

Co do samej farby, sparzeni poprzednim wyborem, tym razem postawiliśmy na jakość. Zdecydowaliśmy się na farby Magnat Sypialnia i Pokój Dziecka z kilku powodów. Po pierwsze zależało mi na wspomnianej już zmywalności. Mojemu dziecku zdarza się na przykład w twórczym porywie chwycić za kredkę i ozdobić kilkoma wyrazistymi kreskami właśnie ścianę, więc biorąc pod uwagę wysiłek, który włożyliśmy w odmalowanie pokoju, wolałabym tym razem nie ryzykować, że dzieło się nie zmyje.

Po drugie chciałam wybrać farbę przeznaczoną do pokoju dziecięcego, bezpieczną dla dzieci ze skłonnościami do alergii, i wspomagającą jakość powietrza w środowisku, w którym dziecko przebywa najczęściej. Wybór padł na Magnat, ponieważ redukuje ona we wnętrzu poziom szkodliwego formaldehydu obecnego w meblach, dywanach czy panelach podłogowych.

No i w końcu był to mój malarski debiut, więc farbą miało się malować lekko, łatwo i przyjemnie, czyli tak, żeby nie było widać, że robi to kompletny laik. 😉 No i chyba nie widać!

PO

A poniżej efekty naszej pracy. Zniknęła niemowlęca komoda i półki, obniżyliśmy i przesunęliśmy pod okno regał, co dodało malutkiemu pokojowi bardzo dużo przestrzeni. Dywan został wymieniony na większy i bardziej miękki, zniknęły typowo niemowlęce obrazki, a w ich miejsce pojawiły się plakaty z superbohaterami.

Największą zmianą było łóżko! Nowe jest dłuższe i szersze, wygodniejsze i łatwiej dostępne. Baldachim został na swoim miejscu, ponieważ właściciel nie pozwolił go ruszyć.

Swoje miejsce zmienił warsztat, a stolik z miejsca wiecznie zawalonego zabawkami stał się miejscem, gdzie moje dziecko z przyjemnością siada, żeby porysować. Dzięki większej przestrzeni Ignaś z dużo większą chęcią przebywa teraz i bawi się w swoim pokoju, co daje nam kilka bezcennych chwil oddechu więcej.

Poniżej efekty zmian. Mieszkaniec zachwycony!


Wpis powstał we współpracy z marką Magnat.