Pierwsze urodziny – wielka chwila!

DSCN3530

Jeszcze rok temu miałam męża, dziecko i pracę. Miałam spokojne życie. I mimo że ten spokój był pozorny, bo przy rocznym dziecku, pełnoetatowej pracy i czasem dość wymagającym mężu (no dobra, w rzeczywistości jest mega wyrozumiały i łagodny jak baranek!) roboty bywa co nie miara, postanowiłam coś jeszcze zmienić. Coś, czego mi brakowało, co stanowiłoby dodatkowy element tej układanki, a jednocześnie moją odskocznię i moją pasję.

To właśnie tak narodził się pomysł, żeby coś w życiu zmienić, żeby w tej codzienności pojawiło się coś jeszcze, co da mi motywację i siłę do działania, co da mi jeszcze więcej satysfakcji niż to, co miałam do tej pory. W ten sposób narodziło się moje drugie dziecko: mój blog.

Czym jest dla mnie to miejsce?

Tu dzielę się wszystkim, co związane z moim macierzyństwem, z radościami i smutkami, z frustracjami i powodami do zadowolenia. Tu staram się dawać rady i dzielić moim niewielkim, ale czasem przydatnym doświadczeniem, polecać to, co się w moim matczynym życiu przydało i co ułatwiło mi życie.

Nie piszę tego dla siebie, bo gdybym chciała tak robić, opróżniłabym jedną z szuflad w szafie i do niej wkładałabym zapisane dzień po dniu kartki papieru. Wszystko, co tu jest, wszystkie wpisy, recenzje, komentarze, kategorie, zdjęcia, zakładki, wtyczki facebooka i instagrama są tylko i wyłącznie dla was, moich czytelników. Każdy z tych elementów przemyślałam tak, żeby było wam tu dobrze i wygodnie, żebyście tu wracali, dzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami, pisali do mnie, lajkowali i udostępniali moje wpisy, zostawali ze mną na blogu i fanpage’u. Bez was to miejsce nie ma sensu. Bez waszych głosów i znaków, że wam się podoba to, co robię, nie wiem czy tu jesteście i co o tym myślicie.

Blog to mozolna praca.

Ten rok upłynął mi na pisaniu, myśleniu nad tym w jakie to wszystko ubrać słowa, co polecać i co powiedzieć, jak to ująć żebyście nie uciekli po pierwszym zdaniu. Mam wrażenie, że dość często mi się to udawało. Te 365 dni spędziłam na uczeniu się jak prowadzić bloga, na czytaniu książek o tym, jeżdżeniu na konferencje i spotkania, czytaniu masy artykułów i w końcu na wielkiej metamorfozie wyglądu i stylu. Nie chodzę na kompromis, mówię wam wprost co myślę i czasem za to obrywam, a czasem mnie chwalicie, co jest dla mnie po prostu niesamowite. Nie zliczę ilości głosów, które przez ten rok mówiły do mnie: jesteś jak ja, jesteś w mojej głowie, to dobrze, że mówisz o tym na głos, brakuje w sieci takich blogów.

Dużo mnie to kosztowało.

Każde kolejne wyznanie, im bardziej bolesne, im bardziej prywatne, tym trudniejsze było dla mnie, żeby się nim z wami podzielić. Moim papierkiem lakmusowym był mój mąż. Teraz się z tego śmieję, ale im bardziej był przeciwny publikacji danego tematu, tym lepiej na niego reagowaliście i tym bardziej dziękowaliście mi za niego! Za najlepsze wpisy możecie więc podziękować właśnie jemu! 😉

Ta rocznica, każdy znak od was, 7500 osób na facebooku i ponad 1500 na instagramie, 165 983 osób, które od 31 lipca 2015 zawitały na blogu, 355 354 odsłon tego bloga, tytuł jednej z nadziei polskiej blogosfery, to wszystko dla mnie olbrzymia nagroda i motywacja do działania. Chcę lepiej i więcej, chcę się rozwijać i być coraz lepsza w tym, co robię.

Co przyniesie mi kolejny rok?

Nie wiem. Życie jest piękne, a przede mną na pewno wiele dobrego. Będę dalej szła tą ścieżką, którą idę teraz. Być może nieraz sama siebie zaskoczę, być może wy, moi czytelnicy, mnie zaskoczycie. Być może życie mnie zaskoczy. Na to liczę!

Za kilka dni kończę 31 lat. Nie świętuję tej okazji huczną fetą, ale dam wam o tym znać, prześlę symboliczny kawałek tortu i zdmuchnę świeczkę. Czego sobie życzę? Żebyście w codziennym pośpiechu i pędzie znaleźli dla mnie chwilę. Dali znać co u was, zajrzeli do mnie, byli moim wsparciem.

Na pewno na blogu pojawią się w pewnym momencie zmiany. Już teraz myślę o dodaniu nowych kategorii, o wprowadzeniu nowych tematów, ale to jeszcze nie ten moment, jeszcze nie wiem jak to ubrać w słowa.

Moimi wielkimi marzeniami blogowymi na ten drugi rok, ale i na kolejne lata są sukcesy takie jak udział w Gali Twórców Roku, który będziecie mogli mi zapewnić swoimi głosami tylko wy, moi czytelnicy, udział w Blog Forum Gdańsk 2017 i obecność w jednej z trzech dziesiątek corocznego rankingu, który tworzy Tomek Tomczyk na swoim blogu jasonhunt.pl, choćby nawet na dziesiątym miejscu tej brązowej. To marzenia, o których może nie powinnam mówić głośno, ale, hej, nigdy nie wierzyłam w przesądy. Wierzę, że się uda.

Dziękuję wam za ten rok. Dziękuję też sobie. I już się cieszę na kolejny.

Będziecie tu ze mną?

DSCN6140




Synku, tylko nie idź na wojnę!

weapon-424772

72 lata temu synowie szli walczyć w powstaniu. 72 lata temu córki dostały rano wiadomość, że łączniczki mają być gotowe do mobilizacji. 72 lata temu wszystkie matki płakały, bo bały się o życie swoich dzieci. Bo nikt nie zasłużył na taki los – by zginąć w walce o coś tak oczywistego, jak wolność.

Czym różnią się dzisiejsze czasy od tamtych? Powoli zacierają się różnice. To, co kiedyś było grą komputerową, filmową rzeczywistością czy zabawą na podwórku, dziś zaczyna być dla nas, matek z bogatą wyobraźnią, coraz bardziej realne.

Kiedy chociaż przez chwilę dopuszczę do siebie ten strach, obezwładnia mnie on totalnie, utrudnia mi oddychanie, sprawia, że serce boli, że aż trudno mi się poruszać. Nie chcę, żeby moje dziecko żyło w świecie, w którym wojna to nie tylko element lekcji historii. Nie chcę, żeby mój syn kiedykolwiek zmuszony był sytuacją do aktów przemocy i agresji. Nie chcę, żeby musiał stanąć w obronie kraju, który przecież tak bardzo kocham. Ale jeszcze bardziej kocham moje dziecko. I chcę, żeby żyło.

Nie boję się o siebie.

Boję się o niego. To jest znak naszych czasów. Czasów terroryzmu. Czasów Nicei, Brukseli, Paryża i Monachium. Z każdym kolejnym zamachem ta myśl coraz bardziej mnie przeszywa: a co, jeśli kiedyś to dotknie mojego dziecka? A co, jeśli to on będzie kolejnym małym powstańcem w czasach, w których wojna to już nie tylko okopy i bagnet na broń? Gdyby 1 sierpnia 1944 istniały telefony komórkowe, matki wydzwaniałyby do swoich synów co chwila, słysząc tylko głuchy sygnał. Wydzwaniałyby, żeby chociaż przez chwilę posłuchać ich poczty głosowej. Wysyłałyby smsy bez odpowiedzi.

My, matki, żyjemy w coraz większym terrorze.

Matki synów w szczególności. W terrorze terroryzmu, któremu nie możemy pozwolić, aby obezwładnił nasze ciała i umysły, któremu nie możemy pozwolić na wygraną. Ale czujemy z dnia na dzień, że nasze dzieci przestają żyć w bezpiecznym świecie. Że podróż samolotem przestaje być po prostu szybkim i wygodnym rozwiązaniem. Że wybór miejsca na wakacje ogranicza się do zaledwie kilku w miarę bezpiecznych krajów europejskich. Że zwykłe wyjście do centrum handlowego i wybranie się w każde trochę bardziej zatłoczone miejsce staje się dla nas wyzwaniem. To nie jest świat naszego dzieciństwa, w którym wojna i brak poczucia bezpieczeństwa istniały tylko w opowieściach naszych dziadków.

Kiedy w lutym byłam w Rzymie, zdecydowałam, że nie pójdę na plac św. Piotra na żadne zgromadzenie z tych, które się tam wtedy odbywały. W czasie tegorocznych wakacji nad polskim morzem w małej miejscowości, w której wypoczywaliśmy całą rodziną, w ośrodku naprzeciwko naszego pensjonatu wypoczywały rodziny z dziećmi, w których kobiety ubrane były stroje, które jako jedyny kontakt ze światem zapewniały mały „lufcik” na oczach. Czy czułam niepokój? Zbędne pytanie, chociaż przecież każdy na tym świecie ma prawo do dowolnego ubioru i dowolnego wyznania. Ale ten jeden ubiór i to jedno wyznanie kojarzą się już dość jednoznacznie. Tak samo jednoznacznie, jak w momencie, kiedy jadę metrem, a obok mnie staje ciemnoskóry mężczyzna, a ja, od stóp do głów oblana potem, wysiadam na najbliższej stacji, która bynajmniej nie jest moją stacją docelową.

Podejmując decyzję o posiadaniu dziecka zgadzasz się na to, że już zawsze twoje serce będzie poza twoim ciałem. (Elizabeth Stone)

Moje serce nie chce wojny, terroryzmu i strachu. Ale niepokój o dziecko będzie we mnie już zawsze, bez względu na czasy, bez względu na okoliczności.

Synku, tylko nie idź na wojnę.

Rób w życiu wszystko, co chcesz, tylko proszę Cię, nie idź na wojnę. Miej marzenia, spełniaj je, kochaj i bądź kochany. Nie bój się wierzyć w to, w co chcesz wierzyć. Nie bój się swoich przekonań. Nie bój się podróżować, zwiedzać świat, uczyć się i mieć szerokie horyzonty.

Wystarczy, że ja się boję. Bardzo.




Okaż miłość. Pokaż ciało!

DSCN6173

Kiedyś byłam piękna. Szczupła. Smukła. Miałam płaski brzuch, gładkie uda, jędrny biust. Która z nas, matek, tak nie myśli? Która z nas nie patrzy z lekką nutką zazdrości na nastolatki i bezdzietne dwudziestolatki, które na plaży z dumą prężą się z bikini wyczekując przy brzegu na przystojnych ratowników? Która z nas idąc za taką gibką i młodą niunią w szortach krótszych niż ustawa przewiduje nie ma przed oczami swoich własnych wyborów zakupowych, które sprawiły, że stolik z szortami ominęła szerokim łukiem na rzecz z roku na rok coraz dłuższych spodenek, coraz dłuższych spódnic, pareo, namiotów i innych elementów, które coraz mocniej zakrywają jej kobiecość?

Kiedyś ważyłam ponad 10 kg mniej niż dzisiaj. To były czasy, kiedy miałam 18 lat, zdawałam maturę i uważałam, że świat należy do mnie. I należał. Jeździłam, gdzie chciałam, robiłam, co chciałam, nikogo nie słuchałam, ale też powoli sobie dojrzewałam. Dziś jestem 12 lat starsza, bogatsza w doświadczenia, ale widzę też jak przez ten czas zmieniło się moje ciało. Mój Boże, ile bym dała, żeby znów być tamtą nastolatką bez grama tłuszczu! Ale jest jedna rzecz, której bym za to za nic w świecie nie oddała: moje dziecko.

To jest trudny proces.

To jest długotrwały proces. To jest w końcu proces, który wymaga od nas, matek, dużego wysiłku i poświęcenia. Ale jeżeli nie zaakceptujemy, jeżeli nie pokochamy naszych ciał, tych ciał po ciąży, po porodzie, po cesarce, z rozstępami, cellulitem i całym tym inwentarzem, który ciąża, poród i połóg dały nam w gratisie, będzie nam niezwykle ciężko. Będzie nam ciężko założyć kostium i wyjść na plażę, będzie nam ciężko pójść na basen, będzie nam ciężko dobrze się bawić i zapomnieć o naszych kompleksach. A warto o nich zapomnieć i mieć je w głębokim poważaniu! Warto nie dla siebie, tylko dla naszych bliskich. Dla męża, który, wierzcie mi na słowo, nie chce ich widzieć i ich nie widzi. Dla dziecka, dla którego radosna i aktywna mama jest o niebo lepsza niż ta siedząca w kącie, zasłonięta milionem warstw, zawstydzona kobieta. Dla wspomnień.

Nie jestem fit i nie zawsze żywię się zdrowo.

Nie znoszę biegania i aerobiku, w lepszych okresach zdarza mi się chodzić na basen i pilates, ewentualnie odstawić cukier i białe pieczywo, które jednak kocham miłością ogromną i nie umiem długo ich sobie odmawiać. Jestem daleka od ideału, nie żyję w tak modnym ostatnimi czasy rytmie slow. Ale lubię siebie i swoje życie, i uczę się akceptować i lubić swoje ciało.

To jest proces.

Proces godzenia się i kłócenia z samą sobą. To jest płacz, kiedy siadam i widzę, że z przodu wypływa mi trochę brzucha, a z boku wypływa mi trochę czego innego. To nie jest atrakcyjne i zdaję sobie z tego sprawę, ale tak długo, jak długo będę się nad sobą użalać, nie będę szczęśliwa, a moje otoczenie będzie to odczuwać.

Najpiękniejszym momentem tegorocznych wakacji był moment, kiedy wstałam z ręcznika, zdjęłam koszulkę, zostałam w samym kostiumie i zaczęłam się po prostu bawić z moim dzieckiem nie patrząc na ludzi dookoła i nie myśląc o tym, że w takiej czy innej pozycji obnażę niedoskonałości mojego ciała. One są i będą, nie oszukujmy się. Skoro widzę je ja, widzą je też inni. Ale szczerze? Mam gdzieś co o nich myślą, bo liczy się tu i teraz, liczy się moment, kiedy moje dziecko  jest szczęśliwe, bo przyniosłam mu w wiaderku wodę z morza, bo bawiłam się z nim przy brzegu, bo razem spędzaliśmy czas. I drugi moment, kiedy w krótkich szortach i obcisłej bluzce na ramiączka, bo to akurat miałam pod ręką, wskoczyłam na rower i we trójkę popędziliśmy spontanicznie przez las. Dawno już tak dobrze się nie bawiłam. Mój celulit i rozstępy zniknęły dokładnie w tamtej chwili, zniknęły z mojego życia i z mojego słownika. Nie ma ich. Nie istnieją.

Ktoś z boku może powiedzieć, że takie kompleksy są śmieszne. Że przecież dobrze wyglądam. Że z czym ja się chcę godzić.

Żadne kompleksy nie są śmieszne.

Żadne też nie są łatwe, bo dopóki są w nas, to są naszym problemem, z którym my same musimy się zmagać. Ale czy jakiekolwiek dziecko powiedziało kiedykolwiek: „Pamiętam, jak świetnie się bawiliśmy, kiedy mama siedziała na kocu za parawanem!” albo „Moje najlepsze wspomnienie to siedzenie w pokoju, kiedy mama nie chciała wyjść, bo było zbyt gorąco na długie spodnie!” No nie.

Nie nauczymy swoich dzieci, zarówno córek, jak i synów, lubić swojego ciała, jeżeli same nie będziemy lubić własnego. Nie nauczymy ich nie porównywać się do innych ludzi, jeżeli same będziemy to nieustannie robić. Nie stworzymy fantastycznych wspomnień, nie damy im pięknego, beztroskiego dzieciństwa i nie nauczymy ich samoakceptacji, jeżeli same nie będziemy się akceptować. Nasze dzieci, to nasze lustro – odbiją wszystko, co im pokażemy. Niech więc będą jak zwierciadło Ain Eingarp z Harry’ego Pottera, które odzwierciedlało najskrytsze pragnienia, najpiękniejsze rzeczy, do których człowiek może w życiu dążyć. I pokażmy im te właśnie pragnienia.

DSCN6188

DSCN6189_1


Zapraszam do grupy Matki, mamy, mamusie – motherujemy życie, w której radzimy sobie, pomagamy i jesteśmy dla siebie przyjazne: KLIK. Czekam tam na Ciebie z niecierpliwością!




Kiedy jedynaczka rodzi dziecko

DSCN6146

Jedynak to bardzo trudny gatunek człowiek i skomplikowana sprawa. Z jednej strony mówi się o nim, że jest egoistą, że jako dziecko niczym się nie dzieli i myśli tylko o sobie, a jako dorosły często z trudnością odnajduje się w związkach i w sytuacjach, w których trzeba ustąpić pola innym, bywa egocentryczny i zadufany.

Z drugiej jednak strony jedynak to pierwsze, jedyne i ostatnie dziecko swoich rodziców, dopieszczone (często też rozpieszczone), wychuchane, zadbane. Nie doświadcza trudów rywalizacji, kompleksów związanych z porównywaniem, jest w dorosłym życiu dobrym przywódcą, ambitnym i pewnym siebie. Jak każdy typ człowieka – ma swoje wady i zalety. Jedynaków można kochać lub nienawidzić i bardzo często na pierwszy rzut oka widać, że właśnie jedynakami są.

Sama też jestem jedynaczką.

Ubolewam nad tym, nie jestem z tego zadowolona ani dumna, jednak poza haha-hihi żarcikami, że może gdzieś w świecie pęta się gdzieś jakieś moje nieodkryte jeszcze starsze rodzeństwo, bo kto wie, gdzie tam tata hulał w swojej burzliwej młodości, niewiele dało się z tym zrobić.

Ostatnio, przy okazji jednego z najpopularniejszych, jak się potem okazało, tekstów na moim blogu o tym, co muszę zrobić zanim będę mieć drugie dziecko dowiedziałam się, że mam problemy typowe dla jedynaka. A i owszem, trudno, żebym miała inne. Nigdy tego nie ukrywałam, bo choćbym nie wiem jak z tym walczyła, całkiem sporo jest we mnie tych jedynaczych cech. Dziś jednak, poza rozważaniami nad ogólną naturą jedynactwa, chciałabym się zastanowić jak to jest, kiedy jedynaczka rodzi dziecko, bo jak każda relacja w życiu jedynaka, ta także naznaczona jest typowymi dla niego bardzo nieidealnymi cechami.

A więc po pierwsze, jak w każdej dziedzinie, tak i w relacjach z dzieckiem…

…moje jest moje.

Lubię, kiedy moje rzeczy należą do mnie, kiedy nikt innych ich nie rusza i nie używa. Całe życie to, co sobie gdzieś położyłam, leżało tam dopóki tego nie wzięłam. Moich kosmetyków używałam tylko ja, moje ubrania nosiłam tylko ja, moimi zabawkami bawiłam się tylko ja. Nie do końca więc z łatwością przychodzi mi pogodzenie się z faktem, że od kiedy mam dziecko nic tak naprawdę do końca nie należy do mnie, nic nie ma swojego miejsca i nigdy nie wiem kiedy dany przedmiot, który trzymam w ręku, tak bardzo spodoba się mojemu pierworodnemu, że zapragnie on w tej właśnie sekundzie mieć go w swojej łapce. Najgorzej jest bodaj w kuchni, kiedy nagle upragnioną zabawką staje się garnek, w którym właśnie miałam gotować lub łyżka, którą właśnie miałam mieszać. A co się z jedzeniem wiąże…

…oddanie ostatniego, najsmaczniejszego kęsa dziecku staje się aktem najwyższego i najczystszego przejawu miłości macierzyńskiej.

Nie wiem, czy to typowa cecha jedynaka, ale jedzeniem również średnio lubię się dzielić. Oczywiście tym na moim talerzu, bo tym własnoręcznie ugotowanym w gigantycznych ilościach z radością obdzielę pół sąsiedztwa i znajomych. Co za tym idzie, moja pierwsza duża kłótnia z moim przyszłym wówczas mężem była właśnie o jedzenie. Strasznie się z tego teraz śmieję, ale musiało minąć kilka ładnych lat od tamtego momentu, żebyśmy znowu zamówili coś na spółkę, do podziału na pół.

Z moim dzieckiem dzielę się wszystkim, oddam mu każdy kęs, choćbym sama skręcała się z głodu. Ale oznacza to tylko jedno: że jest to miłość absolutna, bezwarunkowa i ponad wszelkie moje ograniczenia.

Mój czas należy do mnie.

To kolejny mój jedynaczy nawyk. Muszę mieć co jakiś czas trochę czasu tylko dla siebie, bo inaczej się uduszę. To może być wyjście z koleżanką, mały wyjazd, jakaś rozrywka tylko dla mnie, wizyta u kosmetyczki lub u fryzjera. Mam męża i dziecko, mam rodzinę, a jednak ten czas, który poświęcam sama sobie, który jest moją własną przyjemnością i moją świętością, jest mi niezbędny do równowagi psychicznej i normalnego funkcjonowania w codziennym życiu. Czerpię radość z zabaw z synkiem, ze wspólnych wyjść i atrakcji, ale uważam i zawsze podkreślam, że tęsknota w małych dawkach jest bardzo zdrowa.

Rzadko słucham rad.

Całe życie słyszałam od różnych ludzi, że robię po swojemu, że jeszcze się przekonam, że powinnam zrobić jak mi radzą. Chcę, żeby raz na zawsze było jasne: nie lubię rad. Dobrych, złych, żadnych. Lubię zrobić po swojemu i przekonać się, czy mam rację. Czasem oczywiście jej nie mam, ale dopiero przekonawszy się o tym rozważam inne rozwiązania. To samo dotyczy wychowania mojego dziecka. Pół biedy, kiedy rady daje mi rodzina i znajomi. Jednak kiedy robi to obca osoba na ulicy, cała się jeżę i szybko uciekam. Sama – owszem – daję rady i uważam, że są jedyne słuszne. Ale to tylko kolejny znak, że jestem typową jedynaczką.

Dużo rozmawiam…

…sama ze sobą. Robię to wszędzie: w biurze, na ulicy, w domu. Nie patrzę jak reagują na to inni ludzie, bo pewnie najchętniej zapakowaliby mnie w kaftan bezpieczeństwa. Ale na urlopie macierzyńskim, w ciągu długich, samotnych dni, kiedy małe to-to leżące na macie edukacyjnej nie bardzo mogło być partnerem do dyskusji, była to bardzo przydatna umiejętność. No i, jak to mówią, czasem trzeba sobie porozmawiać z kimś inteligentnym. Żarcik!

Przelewam.

Brak rodzeństwa sprawił, że jako jedynaczka mam w sobie masę uczuć, które potrzebuję ulokować w kimś, na kim teraz i w przyszłości będę mogła polegać, kto będzie moją podporą i moim elementem wszechświata, który sprawi, że z dnia na dzień będę miała dla kogo żyć. Takimi osobami są w moim życiu mąż i rodzice, takim osobnikiem jest też moje dziecko. Przelewam na nie masę uczuć, która kumuluje się szczególnie gdy go nie widzę, gdy za nim tęsknię, kiedy zdaję sobie sprawę, że mimo tych wszystkich opisanych powyżej trudności, które stawia przede mną bycie jedynaczką, nie wyobrażam już sobie jak to jest nie dzielić swojego życia, czasu i rzeczy z tą małą częścią mnie, którą sama (no, nie do końca sama) stworzyłam.

Nie jestem idealna. Codziennie walczę ze swoimi słabościami, ze swoimi wadami, które staram się obracać w pozytywy. Ale nade wszystko, chociaż tak często, ku swojemu ubolewaniu, stawiam na pierwszym miejscu siebie i swoje potrzeby, miłość, szczęście i radość chcę dzielić z moim dzieckiem. Więc chyba nie jest jeszcze ze mną aż tak źle?




Czy wolno Ci dać dziecku wolność?

DSCN6090

Wolność – trudne słowo, trudna definicja. Sami lubimy być wolni, niezależni, nie lubimy się podporządkowywać, ulegać, chodzić na kompromisy. Jednak kiedy w grę wchodzi wolność i swoboda naszego dziecka, z niewiadomych przyczyn uznajemy, że kontrola jest najwyższą formą zaufania.

Dlaczego tak się dzieje?

Skąd się biorą matki – polki, matki – kwoki, co takiego dzieje się w ich psychice, że wiszą nad dzieckiem, nie pozwalając mu się przewrócić, zabrudzić, zjeść tego cholernego piasku, a nawet (o zgrozo!) samodzielnie się pobawić czy posiedzieć w swoim pokoju bez nadzoru? Wysnuwając z tego śmiały wniosek, że takimi działaniami hodujemy sobie na własnej piersi maminsynków i ciamajdy, można się tylko domyślać, że rośnie nam pokolenie dość nieporadne życiowo.

Dziecko musi znać granice.

Bez tego jakiekolwiek wychowanie nie ma sensu – to wiemy (chyba) wszyscy. Jednak pytanie gdzie dokładnie te granice wyznaczyć stawia tę kwestię w zupełnie innym świetle. Bo na chłopski rozum wyznaczanie mety tuż za startem mija się z celem tego maratonu, który musimy przebiec razem z naszym dzieckiem. Dlaczego mam mu zabronić przekonania się o tym, że jeżeli się przewróci, to będzie miało siniaka lub się rozpłacze (albo, jak najczęściej bywa, i jedno, i drugie)? Ale uwaga, nie pozwolę mu raczej przetestować czym skutkuje zabawa nożem. Ciekawe, prawda?

Mój synek ma dwa lata i jest jedynakiem, nie jestem więc specjalistką od wychowania. Jestem za to nauczycielką i przez lata nauczania widziałam najróżniejsze przypadki dzieci. Mój wniosek zawsze był jeden: te, którym dało się wybór, dało się możliwość doświadczenia świata na własnej skórze, czyli dzieci, z którymi rodzice rozmawiali i którym ci rodzice zaufali (słowo klucz!) były najczęściej najbardziej kreatywne, umiały myśleć w nieszablonowy sposób i umiały swoje zdanie wyrażać na głos. Dzieci bez reszty ułożone pod linijkę i zamknięte pod rodzicielskim kloszem były zwyczajnie nudne.

Druga kwestia, którą chciałabym poruszyć, to nasz prywatna, dorosła wolność, uzyskana dzięki wolności danej dziecku. Mam na myśli oddawanie pod opiekę i korzystanie ze swobody, jaką daje nam taka możliwość. Dziadkowie, ciocie, wujkowie, żłobki, opiekunki dają nam życie, o jakim możemy tylko pomarzyć fizycznie i psychicznie uwiązując się na dziecięcej smyczy. Brzmi okrutnie? Jeszcze okrutniej w moich uszach brzmią słowa

O nie, ja nie jestem w stanie go z nikim zostawić, nie umiem, nie potrafię…
i
Nie mam czasu ani możliwości o siebie zadbać, przecież nie zostawię go z nikim!
lub ewentualnie
Najdłużej zostawiłam go na godzinkę żeby wyskoczyć po bułki!

Litości.

Tyle już tego słyszałam, że źródło cytatów mam niewyczerpane. A przecież wystarczy od samego początku oddać naszego malca pod opiekę najpierw na troszkę, potem na większe troszkę i stopniowo zwiększać to troszkę aż do całych weekendów i okresów jedno lub nawet dwutygodniowych.

Tęsknota jest zdrowa.

Dajmy sobie zatęsknić, dajmy sobie odetchnąć, przypomnieć sobie jak to było mieć 100% niezależności. Zachowajmy równowagę pomiędzy tym, co dziecięce, a tym, co dorosłe. To jest naprawdę fajne uczucie. Na początku czasami trudne, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia! Po pierwszym takim pełnym weekendzie, który mój pierworodny spędził właśnie z dziadkami, pokochałam go na nowo. Po tych dwóch dniach włosy mu jakby urosły, sam też urósł, spoważniał, wydoroślał! I nauczył się chodzić. To nie żart! Już nawet nie wspomnę o tym, że kiedy w niedzielne popołudnie ujrzał nas po raz pierwszy po całej tej rozłące, wcale nie zapałał tak dzikim entuzjazmem, jakiego się spodziewałam. No cóż.

Dajmy dzieciom odrobinę wolności. Podziękują nam robiąc to, co im umożliwiliśmy: sięgając gwiazd. 




Sprzeciwiasz się szczepieniom? Teraz zmienisz zdanie!

Unicef

Różne są w naszym kraju opinie dotyczące szczepień, słyszałam już na ich temat wszelkie możliwe opinie, czytałam wypowiedzi skrajnych obozów, sama umiejscawiając się gdzieś po środku, a jednocześnie nie wdając się w zbędne dyskusje czy kłótnie na ten temat (przez niektórych specjalistów w temacie zwane gównoburzami). Bardzo mocno wzbraniam się przed ferowaniem wyroków czy ocenianiem którejkolwiek ze stron, choć pokusa jest wielka, a podobno każdy szanujący się bloger parentingowy powinien mieć jasne stanowisko na temat: szczepić czy nie szczepić? Otóż ja nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.

Warto zwrócić uwagę, że napisałam, nie bez powodu, „w naszym kraju”. W kraju, gdzie nie ma wojny, gdzie praktycznie nie grozi nam niebezpieczeństwo zamachu terrorystycznego, katastrofy naturalnej, epidemii, gdzie brak jest jakiegokolwiek realnego i poważnego zagrożenia dla naszego zdrowia i życia. Możemy szczepić lub nie szczepić, jako jedyną konsekwencję naszej decyzji ponosząc użeranie się z Sanepidem i pielęgniarką w miejscowej przychodni, ewentualnie w takim czy innym stopniu martwiąc się o zdrowie naszych własnych dzieci. Tak to z grubsza wygląda.

Są kraje, gdzie wygląda to trochę inaczej.

Takim krajem jest Nepal, gdzie ponad rok temu, 25 kwietnia 2015 roku (4 dni po pierwszych urodzinach mojego dziecka!) potężne i tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi o sile 7,8 w skali Richtera zdewastowało olbrzymią część kraju, pozbawiając życia prawie 9000 i raniąc ponad 22 tysiące osób. Szacuje się, że skutki tej katastrofy dotknęły około 1,1 miliona dzieci, które najbardziej ucierpiały na skutek tych wydarzeń, i które po dziś dzień ponoszą konsekwencje tej tragedii.

Polacy zrobili już bardzo wiele, aby pomóc mieszkańcom Nepalu.

Okazali wielkie serca i przekazali ogromne darowizny na odbudowę kraju i wsparcie Nepalczyków w codziennym funkcjonowaniu. Bardzo dużo udało się już zrobić, ale dziś, ponad rok od tragedii, nepalskie dzieci mieszkające w wybudowanych tam wioskach borykają się z kolejnym bardzo poważnym problemem, którego skala może kosztować je nawet życie. To życie, które już raz cudem odzyskały, a które już na początku ich drogi po raz kolejny może być im odebrane.

Trudna sytuacja polityczna i ekonomiczna kraju, w połączeniu z katastrofą naturalną i niesprzyjającym klimatem (deszczami monsunowymi, mroźną zimą i wietrzną wiosną, której towarzyszą pożary) sprawiły, że zasoby paliwa, leków i żywności poważnie się skurczyły, szkoły zostały zamknięte, a ponad trzem milionom dzieci poniżej piątego roku życia grożą choroby, które w Polsce praktycznie już nie istnieją. Choroby, którym zapobiec można właśnie dzięki szczepieniom, bez których gruźlica, odra czy polio oznaczać będą dla nepalskich dzieci szybką i bolesną śmierć.

UNICEF_F11 – Pracownia (2)

UNICEF_F11 – Pracownia (3)

Właśnie dlatego w rocznicę wydarzeń w Nepalu Unicef powołał drużynę do zadań specjalnych.

Drużyna, której kapitanem jest Robert Lewandowski, a do której należą równie silni jak on zawodnicy tacy jak Robert Korzeniowski czy Mariusz Wlazły, założyła charakterystyczne niebieskie koszulki, a jako hasło przewodnie obrała #PamiętamyPomagamy. Dzisiaj ja też dołączam do drużyny Roberta, zakładam niebieską koszulkę, pamiętam i pomagam, a was proszę o to samo: abyście bez względu na podziały szczepię / nie szczepię, bez względu na prywatne opinie czy zapatrywania również pomogli nepalskim dzieciom, które tak samo jak nasze dzieci niczym nie zasłużyły sobie na tak ciężki los.UNICEF_KV_wide_Lewandowski

Pomóc można w bardzo prosty sposób.

Wystarczy wejść na stronę  www.unicef.pl/nepal, a następnie skorzystać z zamieszczonego tam formularza. Każda kwota pomoże dzieciakom w zbudowaniu na nowo odporności, a ich rodzicom da nadzieję, że uda im się jeszcze doświadczyć radości z beztroskiego dzieciństwa i dojrzewania ich pociech w lepszym i spokojniejszym kraju.

Możecie też udostępnić mój wpis, tak, aby zobaczyło go jak najwięcej ludzi dobrej woli, którzy, tak jak my, wesprą akcję. Przycisk do udostępnienia znajdziecie tutaj bezpośrednio pod tekstem, a na facebooku już sami najlepiej wiecie gdzie go szukać. To prosty gest, dla nas znaczący bardzo niewiele, a dla Nepalu mający ogromną siłę.

Zróbmy to razem!

DSCN5951

DSCN5947

DSCN5952

DSCN5958

DSCN5961

DSCN6013

DSCN5960