Jak przetrwać z dzieckiem w szpitalu

6 czerwca 2016
Untitled design (26)

Był taki czas, że dość niespodziewanie zdrowie mojego synka zaczęło wymagać hospitalizacji. W związku z tym spędziliśmy we dwójkę tydzień na oddziale pediatrycznym w szpitalu na ul. Niekłańskiej w Warszawie i, ku mojemu naiwnemu zdziwieniu, wyszliśmy stamtąd w zasadzie z taką samą wiedzą i stanem zdrowia, z jakim tam weszliśmy.

Po kilku dniach od powrotu do domu cała nasza rodzina nadal miała problemy z powrotem do codzienności i normalności, bo, jak wiadomo, takie przeprawy nie należą do przyjemnych. Dziś na podstawie moich doświadczeń chciałabym przedstawić mały poradnik, który pomoże takim kompletnie zielonym jak ja (przed wizytą) przeżyć szpital dziecięcy i wyjść z niego (prawie) bez szwanku.

1. Asertywność przede wszystkim

Trzeba się nauczyć bić o swoje, domagać wyjaśnień, badań, informacji. Osoby z natury asertywne mają w tym miejscu dużą przewagę. Osoby mniej pewne siebie muszą się tego nauczyć. Plus jest taki, że matkom często włącza się w takich sytuacjach tryb lwicy – zrobią wszystko, aby ochronić swoje małe, posuwając się wręcz do ataku.

 

A dosłownie? Mówię o takich sytuacjach, w których lekarze nie przekazują pielęgniarkom i sobie nawzajem odpowiednich informacji, dziecko jest leczone nieefektywnie, z badań nic nie wynika albo lekarz mówi do was takim medycznym bełkotem, że po rozmowie z nim jedyne, co odczuwacie, to ból brzucha. Ja tak miałam. Udało mi się skonfrontować z lekarką prowadzącą raz jeden jedyny, co przyniosło krótkotrwały skutek, a potem już nie miałam siły i na szczęście pomogli mi mój mąż i mama. Warto mieć w odwodzie taką właśnie asertywną osobę, która w razie czego zadziała za was. Bo część niestety bywa tak, że szpital zamiast leczyć, osłabia.

 

2. Osoby bliskie. W dużych ilościach.

Mąż, mama, rodzeństwo, koleżanka, ktokolwiek. Wsparcie psychiczne to jedno, ale dobrze mieć kogoś, kto zrobi wam zakupy, coś do jedzenia, co będzie miało ciut lepszy smak i ilość niż legendarny szpitalny wikt, przypilnuje waszego brzdąca żebyście spokojnie mogły (lub mogli) wziąć w tym czasie kąpiel lub wyjść na chwilę ze szpitala odetchnąć mniej lub bardziej świeżym powietrzem i zobaczyć, że gdzieś na zewnątrz wciąż istnieje prawdziwy świat. Regulamin szpitala (i mam nadzieję, że wszędzie tak jest) nie nakazuje, aby jedyną osobą opiekującą się dzieckiem była matka. Rodzić może wyznaczyć kogokolwiek. A więc do dzieła! Warto czasem wyjść, a ja miałam ten komfort, że mogłam to zrobić codziennie i bardzo mnie to ratowało. Polecam!

 

3. Tak dużo komfortu, na ile możesz sobie pozwolić

Brzmi dziwnie, ale szpitale w Polsce poza krzesełkiem przy łóżku dziecka nie oferują rodzicowi dosłownie nic. Proszę o wyprowadzenie z błędu jeżeli w którymkolwiek mieście jest jakaś bardziej hojna placówka. W obliczu takich warunków należy sobie zorganizować życie tak, aby było jak najmniej uciążliwe. Spania na podłodze i siedzenia przez cały dzień na twardym zydelku pomoże nam uniknąć na przykład składany na trzy materac (można z niego zrobić coś à la fotel). Poza materacem życie ratował mi również termos, torba termiczna, własny kubek i sztućce, wygodne ubrania i buty, poszewka na poduszkę uszyta z koszuli męża i telefon z internetem. Dla was to może być cokolwiek innego i nie wahajcie się wziąć tego ze sobą, bo może się okazać, że właśnie ta jedna jedyna rzecz poprawiła wam humor w najczarniejszych momentach.

 

4. Dystans, cierpliwość i wyrozumiałość

Do własnego dziecka owszem, ale przede wszystkim do cudzych, i to w dawce dwa lub trzy razy większej niż na co dzień. Serio. Rzadko się zdarza pojedyncza sala, ja byłam na trzyosobowej. I, jak (nomen omen) pragnę zdrowia, nic mi tak w życiu nie pomogło docenić własnego dziecka, jak przebywanie z cudzymi, i to w tak trudnych warunkach.

 

Kiedy do dyspozycji masz jeden mały pokój i krótki korytarz, nagle okazuje się, że nie bardzo jest gdzie uciec w poszukiwaniu chwili spokoju. Najtrudniejsze są wieczory, bo każde dziecko ma inny rytuał i godziny zasypiania, a najtrudniej będzie miało to, które normalnie zasypia najwcześniej (czyli moje!). Kiedy z dnia na dzień wieczór wygląda coraz gorzej, może nas uratować tylko spokój i poczucie humoru. Czasem można, a nawet trzeba się wypłakać, to bardzo oczyszczające.

 

W szpitalu przy małym dziecku potrzebna jest ogromna wewnętrzna siła i energia, ale nie pytajcie mnie w jaki sposób się w nie zaopatrzyć, bo do dzisiaj się nie nauczyłam. Są chwile lepsze i gorsze. Na te gorsze trzeba się uzbroić w cały arsenał potęgi i mocy. Te lepsze, kiedy wasze dziecko pięknie się śmieje i bawi, spokojnie siedzi w swoim łóżeczku lub po prostu ładnie je, przygotują was na te gorsze. Trzeba się nauczyć ładować baterie, a potem rozsądnie tym zapasem gospodarować. Wiem, łatwo powiedzieć.

 

Podsumowując, nasza batalia jeszcze się nie skończyła, ale mam ogromną nadzieję, że nie trafimy już na tak długo do szpitala. Bo, jak mawia stare porzekadło, żeby chorować w Polsce, trzeba mieć zdrowie.

Podobne wpisy

  • www.swiattomskiego.blogspot.co

    Szpital to zawsze ciężkie doświadczenie, a już absolutnie z małym dzieckiem. Ja niestety też mam taką historię za sobą i nigdy więcej nie chciałabym tego powtórzyć. Co lepsze u nas w szpitalu doba kosztowała 25zł plus opłata za ewentualne jedzenie…drogi „hotel”

  • natalia

    Ja miałam ta nieprzyjemnosc 2 razy w szpitalu z corka lezec. Raz tydz po urodzebiu jej na tydzien trafilysny na oddzial na ktorym warunki byly tragiczne. Ja na karimacie na podlodze w izolatce z chlopakiem ktory tak z 13/14 lat mial I ja karmiaca piersia z noworodkiem budzącym się jeszcze w nocy na zmianę pieluchy i jedzenie. Jedna lazienka na kotytarzu w ktorej now Samo sie kapac bo drzwi sie nie zamykaly. Oczywiście żadne jedzenie nam nie przysługiwało bo dziecko na piersi 🙂 gdyby nie fakt ze moj Bartek wlasnie na urlopie tacierzynskim jeszcze byl to bym tam z glodu chyba zmarla I zaryczala sie po prostu :–) po pol roku trafilysmy na neurologie w tym samym szpitalu (Poznan) I tam jak w hotelu osobne pokoje dla kazdego z lazienkami I rozkladana lezanka dla matek (opiekunow w sumie bo ktokolwiek mogl z dzieckiem zostac ) ale znowu brak posilkow, corka dalej na piersi byla. A najglupsze z tym jedzeniem bylo to, ze nie bylo mozliwosci im zaplacic, zeby jeden obiad wiecej dla mnie dowiezli bo takie zarzadzenie dyrektora. Wiec znowu Bartek na urlopie I przyjezdzal z prowiantem 🙂 nie wspominam tego najlepiej od roku na szczescie poki co spokoj mamy 🙂 a Dodam tylko ze na plus bylaw obsluga lekarzy. Wszystko tlumaczyli informowali nie bylo belkotu lelarskiego ani problemu zeby sie cokolwiek dowiedziec 🙂
    Pozdrawiam I zycze jak najwiecej zdrowia 🙂

  • Ja życze przede wszystkim zdrówka! Masz rację, asertywnosć w takich wypadkach musi być, bo nic nie ugrasz 🙂

  • Agata

    W szpitalu pediatrycznym WUM są rozkładane fotele, poduszka, koc, prześcieradło i pościel. Sa również pokoje socjalne dla rodziców. Wszystko ufundowała fundacja Ronalda Mc Donalda.

  • Beata

    Na samo wspomnienie : pobyt w szpitalu z dzieckiem, mam ściśnięcie żołądka..Choć szpital na ul.Niekłańskiej nie okazał się dla nas złą placówką a mieliśmy już wątpliwą przyjemność gościć w Garwolinie i Białej Podlaskiej . Pojechaliśmy tylko na konsultację do Warszawy a zostaliśmy od razu przyjęci na oddział.Nie byliśmy przygotowani na taką sytuację.Wiedziałam, że nie mogę się mazać ( choć najchętniej waliłabym głową w ścianę ) wiedziałam, że moja córka musi tu uzyskać jak najszybszą pomoc. I tak było. Po 4 dobach wyszliśmy, zabieg udał się książkowo..ale to była ulga.Gdyby nie mąż, który był cały czas obok, rodzina z Warszawy, która wspomagała nas jedzeniem, leżakiem czy najzwyklejszym kocem..byłoby ciężko.

  • K.

    Miałam to szczęście, że trafiłam do szpitala z dzieckiem 3-miesięcznym w czasie urlopu w Zakopanem. Uwaga! są tam na oddziale normalne szpitalne łóżka dla rodziców! Dla nas dodatkowo znalazł się „apartament” jednoosobowy z widoczkiem na Giewont. Spędziliśmy tam 9 dni, oczywiście ze wsparciem kochanej rodziny.

  • Okiem Alexa

    My niedawno spędziliśmy tydzien w szpitalu. Wymienialiśmy się z mężem dzień na dzień co było bardzo dobrym rozwiązaniem! Do dyspozycji mieliśmy materac składany na 3. Pobyt rodzica płatny! Wydaje się być to absurdalne, a jednak!

  • Aleksandra Greszczeszyn

    Spędziłam z synkiem 12 dni na patologii noworodka. Koszmar to mało powiedziane. Nie dość, że człowiek zmęczony po porodzie, w połogu, karmiący piersią, spanie na leżaku ogrodowym, to jeszcze opieka w szpitalu poniżej krytyki: ciągłe przypominanie pielęgniarkom o antybiotyku, brak informacji o stanie zdrowia, podawanie butli jak tylko mama wyszła, niemożność odwiedzin itd. itp. Oby nigdy więcej.

  • Anulka

    My właśnie wyszliśmy ze szpitala z 3 letnim synkiem. To był nasz drugi pobyt w szpitalu. Kilka mega ciężkich dni za nami. Nie będzie przesadą jak napiszę, że było to 5 dni wyjętych z życia

  • Ania Stodółka

    Wrocław, ul. Kosz(m)arowa. Pobyt rodzica platny 21zl pierwsza doba, kazda kolejna 18zl. Oprocz rozwalonego lozka polowego rodzic nie dostaje nic. Pielegniarki czepialy sie nawet o kawe o swicie ze woda nie dla dziecka… 23 grudnia wypis na zadanie po tym jak lekarka stwierdzila ze w sumie dziecku juz nic nie jest, ale zostawi nas jeszcze na swieta a potem zobaczymy. Jak syn byl na kroplowce w pierwsze dni, to salowa wchodzac z jedzeniem od razu mowila „o, tu kroplowka to bez jedzenia”. A syn byl na glukozie i elektrolitach. Musielismy mu sami jedzenie zapewnic. Robilam przy dziecku wszystko sama, a jak musialam wyjsc na 15min, to pielegniarka na moja prosbe aby zerknela na synka (bardzo wymiotowal, mogl sie zachlystnac, a ja musialam skoczyc do sklepu po podpaski), stwierdzila ze sie nie rozdwoi i wrocila do picia kawki i zajadania ciasteczek. W rezultacie synkiem zajela sie mama chlopca z ktorym lezelismy na sali. Maz byl u nas codziennie wieczorem, bo praca nie pozwolila mu na inny tok. Wspominam to koszmarnie i teraz rekami i nogami bronie sie przed szpitalami. Oby nigdy więcej!!!

  • Marta Panek

    Ja z Małą w ósmej dobie życia trafiłam do Centrum Zdrowia Dziecka, na oddział patologii i intensywnej terapii noworodka. Decyzja o badaniach szybka, w ciągu dwóch dni usg, scyntygrafia i cystografia – poza szpitalem czeka się na to miesiącami. Po dwóch dniach pobytu w CZD decyzja o operacji – przeprowadzona została trzy GODZINY później.

    Lekarza prowadzącego widziałam kilka razy podczas ośmiu dni pobytu. Po operacji stwierdził że to już nie on prowadzi i że ktoś inny powinien informować mnie o stanie Małej – leżała na OIOMie po drugiej stronie oddziału. Kto powinien to robić – nie sprecyzował. Dwa razy przychodziła lekarka która operowała – ale właściwie tylko na zmianę opatrunku. Rodzicom nie wolno uczestniczyć w pobieraniu krwi, zmianie opatrunku i tak dalej, więc nawet nie udało mi się z nią porozmawiać.
    Chodziłam za lekarzami, obolała, w połogu, żeby dowiedzieć się czegokolwiek i dostać upragnioną informację, że możemy iść do domu. Wspominam to jako koszmar.

    Ale były też dobre strony. Lekarze, mimo że oschli i mało kontaktowi, bardzo kompetentni i jeśli chodzi o decyzje dotyczące dziecka, bardzo sprawni i zdecydowani. Opieka pielęgniarek bez zarzutu, chociaż są też w większości oschłe i wsparcia psychicznego nie uświadczysz. Wsparcie dostajesz od innych Mam – fundacja Polsat zaadaptowała taras i urządziła wspólny pokój socjalny. Jest ponad dwadzieścia łóżek, każde z kocem, poduszką i szafką nocną. Jest aneks kuchenny, lodówka, mikrofala, długi stół i nowiutka łazienka. Czasami ciężko dostać łóżko – obłożenie oddziału jest naprawdę duże. Łóżko kosztuje 8zł/dobę, dodatkowo można dopłacić za szafkę w pokoju socjalnym. Niektóre Mamy tam mieszkają, bo wcześniaki urodzone w 24tc (podczas mojego pobytu były dwa takie maluchy, reszta niewiele większa) spędzają w inkubatorach po dwa-trzy miesiące. Po porach karmienia dzieci zawsze zaczyna się większy ruch w socjalnym i burczenie co najmniej kilku laktatorów na raz.

    Dzięki temu miejscu dla Rodziców naprawdę da się wytrzymać, mimo że w socjalnym często widać łzy, na korytarzu mija się czerwone, spuchnięte oczy, a w pokoju z łóżkami czasami słychać stłumiony szloch. Na sali z dzieckiem spać nie wolno, a noworodki dużo śpią, więc siłą rzeczy spędzasz z innymi matkami sporo czasu. Nikt Cię nie ocenia. Masz z kim pogadać, i samo dzielenie doświadczeń sprawia że jest trochę lżej.

    Poza tym, ostatnio trafiłam na grupę na facebooku: „SOS – Mieszkańcy Wawra Rodzicom z CZD”. Magia. Ludzie przywiozą potrzebną suszarkę do włosów, zrobią obiad, upiorą ubrania, kupią i dostarczą pieluszki rodzicom w potrzebie. Do tego zbierają zabawki, książeczki, audiobooki, stoliki, krzesełka, ubranka – wszystko co się może przydać i regularnie doposażają oddziały i poradnie w tego typu rzeczy.
    Myślę, że możesz pomyśleć o napisaniu o tym na blogu, dzięki temu będą mogli dotrzeć do większej liczby osób 🙂

  • benzyna

    Ja mam zupełnie inne doświadczenia. Mieszkam w Lublinie. Jak syn miał 10 miesięcy trafiliśmy do szpitala z powodu bakteryjnej infekcji przewodu pokarmowego. Opieka była super – pielęgniarki kompetentne, pomocne a do tego miłe (raz synek mocno histeryzował, nie mogłam go uspokoić – pewnie było to echo przykrych wydarzeń typu zakładanie wenflonu i inne; pielęgniarka przyszła, zobaczyła co się dzieje, po czym wróciła z miarką hydroksyzyny na uspokojenie, pomogła mi podać lek, bo trudno mi było jednoczenie ogarniać Niunia i używać strzykawki; nawet o nic nie prosiłam; na drugi dzień pytała jak żyjemy, mówiła że była u nas w nocy sprawdzić, czy syn śpi; tak w ogóle dzięki niej przespał noc); dalej – lekarka o godz. 22-23 przychodziła specjalnie do nas, żeby poinformować mnie o wynikach badań krwi pobranych kilka godzin wcześniej.
    Sale jednoosobowe, poprzedzielane szybami tak, że dzieci i rodzice się widzą. Dla rodzica jest łóżko, osobista łazienka kibelek i prysznic (za pobyt się płaci ok 20-paru zł za dobę; tzw. opłata hotelowa). Jedzenie: dla starszych dzieci był jakiś catering, dla takich maluchów jak mój w kuchni była dostępna kaszka i mleko modyfikowane, na obiad przynosili słoiczek Gerbera.
    Po antybiotyku mój synek wyzdrowiał i wyszliśmy po 5 dniach. Byliśmy na oddziale dziecięcym w szpitalu na al. Kraśnickich we wspomnianym już Lublinie, tak dodam.